Nowy numer 43/2020 Archiwum

O jedną wojnę mniej?

Wojna domowa na Sri Lance prawdopodobnie wkrótce się zakończy. Zdobycie przez armię rządową głównej twierdzy rebeliantów to przełom w tym konflikcie.

Armia Sri Lanki, reprezentująca przede wszystkim dominującą większość Syngalezów, 2 stycznia odebrała Tamilskim Tygrysom miasto Kilinoczczi na północy wyspy. Pochłonięci wydarzeniami w Strefie Gazy i „Strefie Gazpromu” nie zwróciliśmy uwagi na tak, wydawałoby się, banalne zdarzenie. Tymczasem wygląda na to, że w ten sposób kończy się rzeź trwająca z krótkimi przerwami od ponad 25 lat. Być może nie kończy się konflikt między buddyjskimi Syngalezami i mieszkającymi na północy i wschodzie „rajskiej wyspy” hinduistycznymi Tamilami, ale wojna między rządem i Tamilskimi Tygrysami chyba tak. Bojownicy trzymają już tylko niewielki teren z dwiema redutami: tzw. Słoniowym Przesmykiem i portem Mullaitivu.

Pogrzebany rozejm
Gdy dokładnie rok wcześniej, 2 stycznia 2008 r., rząd w Colombo wycofał się z porozumienia o zawieszeniu ognia, USA, Kanada i Norwegia – państwa sponsorujące rozejm, wyraziły swe rozczarowanie. Pamiętam, że sam z niesmakiem oglądałem wtedy rysunek w miejscowej gazecie, przedstawiający przedstawicieli różnych grup ludności w radosnym tańcu, biegnących z trumną na barkach w stronę cmentarza. Trumna nosiła napis „rozejm”. Niezadowolenie okazały też Indie, regionalna potęga, które same w latach 1987–1990 próbowały stabilizować sytuację na północy Sri Lanki. Połamały sobie na Tygrysach zęby, tracąc 1100 żołnierzy. W dodatku terrorystka Tamilskich Tygrysów zabiła w 1991 r. indyjskiego premiera Radżiwa Gandhiego, gdy odwiedzał południowoindyjski stan Tamil Nadu. Bo Tamile żyją też na południu Indii, po drugiej stronie Cieśniny Palk.

Tamilskie Tygrysy nie reprezentują wszystkich Tamilów. Najmniej tych, którzy w górach w centrum wyspy pracują na plantacjach herbaty. Także liczna kolonia Tamilów w Colombo trzyma się zwykle z daleka od problemów na północy. Tamilscy politycy biorą udział w rządach, ryzykując śmierć w zamachu za „kolaborację”. Jednak, gdy mój znajomy ze Sri Lanki, Dudley Fernando powtarzał mi, że nawet ludzie w Vanni (dżungli na północy, gdzie Tygrysy do „wczoraj” miały swoje państwo) mają już dość ich władzy, nie dowierzałem, myśląc, że powtarza rządową propagandę. Przywykłem do ostrożnego czytania rządowych przechwałek, o tym, ilu armia zabiła partyzantów. Opowiadano mi żart, że w parlamencie zainstalowano urządzenie wydające przenikliwy dźwięk za każdym razem, gdy mówca kłamał. Urządzenie zepsuło się od zbyt częstego użycia podczas odczytywania raportów o rzekomych sukcesach armii w walce z Tygrysami. Pewnie teraz też rząd się przechwala – myślałem.

Groźne Tygrysy
Bo Tygrysy to nie byle jaka organizacja. Założona w 1972 r. i dowodzona przez Vellupilaia Prabhakarana, którego mało kto widział i który prawdopodobnie odniósł niedawno ciężkie rany od rządowych bomb, toczy od 1983 r. regularną wojnę o tamilskie państwo Ilam na północy i wschodzie wyspy. Tygrysy dokonały w swej historii więcej zamachów samobójczych niż Hamas i Hezbollah razem wzięte. Mają swoje lotnictwo, którym potrafią dokonywać nalotów na bazy rządowe i oddziały morskie, które w 1988 r. zdołały nawet na krótko opanować sąsiednie państwo – Malediwy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama