Nowy numer 48/2020 Archiwum

Szkoła wiolinowych cudów

W szkole muzycznej dla dzieci niewidomych w podwarszawskich Laskach uczy się prawie trzydziestu młodych muzyków. O przyszłość Grześka i Maksa walczą rodzice, szkoła i oni sami. Czy to wystarczy? Co się z nimi stanie, gdy odejdą z Lasek?

Grzesiek Płonka skomponował cały las. Gdy gra, rytmicznie kołysząc się nad klawiaturą fortepianu, widać i słychać rodzinne Tatry, drzewa, szum wiatru i potoku. A w lesie, jak to w lesie, kukułka mieszka. Pojawia się i znika gdzieś między świerkami trójdźwięków i pasażami leśnych ścieżek. „Kuku” słychać to z bliska, to z daleka. Raz brzmi nisko, raz wysoko. – Siedział na drzewie. Jak zobaczył człowieka, to kukuka poleciał. I koniec utworu – Grzesiek kończy grać. Łatwiej zrozumieć jego muzykę niż mowę. Mówi niewyraźnie, niegramatycznie, dziwnie akcentuje. Czasem zjada litery i całe słowa. – Tera sukanie kolekty – zaczyna kolejny utwór. „Sukanie kolekty” usłyszał w domu, w kuchni. Mama te „kolekty” stukała na niedzielny obiad. „Stuk, stuk, stuk” – walił drewniany młotek w połać mięsa. A Grzesiek usiadł przy fortepianie i zagrał tak doskonale, jak doskonale smakowały potem domowe schabowe. W utworze pobrzmiewa to Chaczaturian, to Prokofiew. Płonka po prostu. Grzesiek przestaje grać, uderza kwartę C–F. – Źle, prawda? Źle… – jest lekko poirytowany, nieco smutny. Słuch doskonały nie zawsze pomaga. Słyszy się mikrofałsze, których zwykli śmiertelnicy nigdy nie usłyszą… – Tera busza – krótko informuje. Burza najpierw jest groźna i niezrozumiała. Ciemna i straszna prawie. Na końcu ustępuje pierwszym promieniom słońca. To troszkę tak, jak było w życiu Grześka.

Ciemność
Był rok 1988. Płonkowie czekali na swoje trzecie dziecko. Czekali, już i dopiero, ósmy miesiąc. Nagle odkleiło się łożysko. Szpital, prędko szpital. I pierwszy cud: stół akurat czekał na inną, planową cesarkę. Doczekał się na Grześka – wcześniaka. Ułamki sekund między życiem a śmiercią. Wyjęli go w ostatniej chwili, wycenili na całe 2 pkt. Apgar. Akurat tyle, ile dostaje się roślinkom. Półtora roku później jechali całą rodziną samochodem. Ojciec prowadził, a mama na tylnym siedzeniu trzymała małego. Pisk opon, złowrogi warkot hamulców. Zderzenie czołowe. I cud drugi: przelatującego bezwładnie Grzesia ojciec w ostatniej chwili wcisnął pod przednie siedzenie pasażera. Grześ przeżył. Jego matka nie... Następnego dnia po śmierci matki do Grzesia przyjechała chrzestna Małgorzata. I… została do dziś. – Matka Grzesia była moją wielką przyjaciółką, niezwykłą kobietą, wspaniałym muzykiem. Z czasem wyszłam za mąż za jego ojca i adoptowałam Grześka – opowiada.

Wcześniactwo, ogromne niedotlenienie i wypadek. Efekt: niedowład jednostronny, brak tęczówek, upośledzenie dużego stopnia. Prawie niewidomy Grzesiek miał zeza i oczopląs. Bujał się to do przodu, to do tyłu. Nie mówił. Poruszał się niezgrabnie. Miał też objawy autyzmu – potrafił godzinami tłuc pokrywką od garnka, a nie pozwalał się przytulić. Zupełnie jakby parzyła go skóra. Okropna nadwrażliwość na dotyk. Zaczęły się lata trudnej diagnozy. I jeszcze trudniejszej rehabilitacji. Rodzice mówili lekarzom: „on chyba nie słyszy”. Lekarze badali i mówili: „raczej w normie”. „Raczej”, bo przecież „z dzieckiem nie ma kontaktu”, więc dobrze zbadać się nie da. Przez długi czas „mocno upośledzony” Grzesiek uczył się więc w szkole dla mocno upośledzonych. – Robili z nim, co mogli. Rozwinął się tam emocjonalnie, uspołecznił – mówi matka. – Nauczyli go żuć, bo wcześniej przełykał tylko papkę. Na bazie ówczesnej diagnozy nic więcej nie można było z Grześkiem zrobić.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama