GN 2/2021 Archiwum

Jak się robi prezydenta

Pewnie już wiesz, kto został nowym prezydentem USA. Ja, pisząc te słowa, jeszcze tego nie wiem. Ale wiem, jaką drogę musiał przebyć zwycięzca na drodze do Białego Domu.

Mały może więcej
Podobny system obowiązuje w wyborach właściwych. Z formalnego punktu widzenia, wyborcy oddają swoje głosy nie na Baracka Obamę czy Johna McCaina, i nie na kandydatów na ich zastępców, ale na 538 stanowych elektorów, o których wiadomo, kogo poprą w prezydenckich wyborach, odbywających się w formie pisemnej. Teoretycznie elektor może zmienić zdanie, ale w praktyce prawie to się nie zdarza. Każdy stan ma tylu elektorów, ilu posiada kongresmenów, czyli członków Izby Reprezentantów i Senatu.

Oznacza to niewielkie uprzywilejowanie mniejszych stanów, bo wprawdzie liczba miejsc w niższej izbie Kongresu odzwierciedla liczbę obywateli stanu, ale w Senacie każdy stan ma tę samą liczbę przedstawicieli – dwóch. Wybrani 4 listopada elektorzy oficjalnie zagłosują pisemnie 15 grudnia na konkretnych kandydatów na prezydenta i wiceprezydenta USA. 6 stycznia ich głosy zostaną przeliczone i ogłoszony wynik głosowania. Gdyby doszło do remisu (269:269), prezydenta wybierze w pisemnym głosowaniu niższa izba Kongresu (Izba Reprezentantów), a wyborem wiceprezydenta zajmie się Senat. Zaprzysiężenie prezydenta odbywa się 20 stycznia o godz. 12.00 czasu waszyngtońskiego (godz. 18.00 czasu polskiego).

Wygrał, ale przegrał
Głosowanie na elektorów, czyli wybory pośrednie, sprawia, że możliwe jest, iż prezydentem USA zostanie kandydat, który uzyskał mniej głosów pojedynczych wyborców. Jak dotąd, stało się tak trzykrotnie – ostatnio w 2000 r., gdy na George’a Busha jr. głosowało mniej wyborców niż na demokratę Ala Gore’a, ale kandydat republikanów zyskał więcej głosów elektorskich. Jak to możliwe?

Ano tak, że prawie we wszystkich stanach obowiązuje zasada, że zwycięzca bierze wszystko, czyli zbiera wszystkie głosy elektorskie, przysługujące całemu stanowi. W przypadku wyborów z 2000 r. o ostatecznym wyniku zdecydowała Floryda, gdzie wszystkie głosy elektorskie zebrali republikanie, którzy uzyskali zaledwie 500 głosów więcej niż demokraci. Pomyślcie tylko: o tym, kto zostanie najpotężniejszym politykiem na świecie przesądziło 500 obywateli państwa, które liczy ponad 300 mln ludności!

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama