Nowy numer 47/2020 Archiwum

Nie mam marzeń

Bez komputera nie da się dziś żyć, ale ja go nie mam. Z każdym dniem ubywam – mówi Zofia Morawska. – Niedługo wejdę w 104. rok życia.

Już w dzieciństwie miała słaby wzrok, dlatego musiała nosić okulary. Miała ciemne niesforne włosy, które zaplatała w warkocz upinany w tyle głowy. – A jakie one teraz są, białe? – pyta. W podwarszawskich Laskach, w domku, gdzie siedzimy, mieszkał Antoni Marylski, wspomagający matkę Czacką w tworzeniu Zakładu Opieki nad Ociemniałymi. Dziś ciemny dzień i ledwie widać jego fotografie zawieszone na ścianie. Ale Zofia Morawska nie musi na nie patrzeć, żeby go zobaczyć.

Tak samo, jak na innych, których spotkała: brata Alberta Chmielowskiego, Henryka Sienkiewicza, matkę Różę Elżbietę Czacką – założycielkę Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i zakładu w Laskach, ks. Stefana Wyszyńskiego, który tu uczył religii, ks. Tadeusza Fedorowicza, kapłana ze Lwowa, kapelana Lasek, a także spowiednika Jana Pawła II – ks. Władysława Korniłowicza, twórcy i animatora tutejszego domu rekolekcyjnego, opiekuna duchowego ośrodka i kierownika Sióstr Franciszkanek Służebniczek Krzyża – zgromadzenia założonego przez matkę Czacką. Morawska od 1930 r. pracowała na rzecz zakładu dla ociemniałych w Laskach. Po skończeniu 100 lat sama straciła wzrok.

Brat Albert na wozie
Urodziła się we dworze we wsi Turew, w powiecie kościańskim. – Może to zaważyło, że – jak rodzice – czułam się Wielkopolanką – wspomina. W Turwi przebywali tylko latem. – Był tam piękny salon, nadający się na salę balową – opowiada. – Ale nie tańczyliśmy, żeby nie męczyć służącego, który musiałby potem froterować podłogę. W ciągu roku życie przenosiło się do Krakowa, gdzie pracował tata Kazimierz, profesor filologii klasycznej na UJ, prezes Polskiej Akademii Umiejętności. Za swoje dokonania odznaczony Orderem Orła Białego. (Po latach uhonorowano nim też panią Zofię).

– Rzadko się zdarza, żeby w jednej rodzinie były dwa Orły Białe – zauważa zaprzyjaźniony z rodziną Morawskich mieszkający po sąsiedzku reżyser Krzysztof Zanussi. Ojciec codziennie zabierał ją na spacer po Krakowie. Pamięta, jak kiedyś gwałtownie zatrzymał się na widok zaprzężonego w konie wozu, wyjeżdżającego ze Szpitalnej. – Tata powiedział: „Spójrz na ten wóz, człowiek, który na nim jedzie, będzie świętym” – opowiada. I miał rację, bo to był brat Albert Chmielowski. Ich dom odwiedzała ówczesna elita intelektualna Krakowa. Sam Henryk Sienkiewicz konsultował się z ojcem podczas pisania „Quo vadis”. – Już czytaliśmy „W pustyni i w puszczy”, które osobiście podarował mojej siostrze Helenie. Ale rodzice nie wpuszczali nas do salonu i musieliśmy podglądać go przez dziurkę od klucza – śmieje się.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama