Nowy numer 4/2019 Archiwum

Zaczęło się w grobowcu

Ojciec Ptolomeusz, czyli Jacek Kuczmik, przyjechał do Smoleńska na 2 tygodnie, a został 16 lat. Odtąd dzieli swoje życie na grobowe i pozagrobowe. Przez 7 lat probostwo i mieszkanie miał na cmentarzu w dwupiętrowym grobowcu rodziny Komorowskich.

Nie będę z siebie robił gieroja, z początku się bałem, tam pochowano 7 osób – przyznaje proboszcz jedynej katolickiej parafii w Smoleńsku pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. – Starałem się nie myśleć, gdzie mieszkam, przed zaśnięciem modliłem się za tych, co leżą w piwnicy, kiedy ja leżałem na górze. W rzeczywistości dokuczały mu nie duchy, tylko szczury. Raz w nocy obudził się przerażony, czując, że spadło na niego coś ciepłego i ciężkiego. To był szczur próbujący chodzić po ścianie.

Tu zbijano trumny
Jego pierwsze lokum widać przy wejściu do cmentarza katolickiego, zwanego też polskim, bo głównie Polacy byli na tych ziemiach wyznania rzymskokatolickiego. Z tyłu kiedyś monumentalne, dziś zniszczone przez czas nagrobki. Przed rewolucją otoczone cedrami, teraz zarośnięte paprociami i pokrzywami. – To cmentarz elitarny, tu leżą znaczący obywatele, pomnik z czarnego granitu ma solista opery rzymskiej, który podczas tournée w 1913 r. zmarł w Smoleńsku na zapalenie wyrostka – opowiada gospodarz. – Jako jedyny w Rosji zachował się nagrobek biskupa katolickiego – Stefana Bienisiewicza. Pochowano tu też kilku księży, ale i sławne rodziny, np. mińskich Giedroyciów.

Na początku kuchnio-sypialnia o. Jacka mieściła się na piętrze grobowca. Na parterze urządził kancelarię. Po wodę musiał chodzić do studni odległej o pół kilometra. Korzystał z turystycznej toalety. Jedynie ogrzewanie było w porządku, centralne podłączone do miejskiego – w zimie za gorąco, a latem – plus pięć stopni w środku. Rok przed nim, w 1991 przyjechały tu siostry orionistki i jako pierwsze zamieszkały w grobowcu. Dostały go na polecenie władz miasta, po biurze urzędującego tam dotąd zakładu pogrzebowego. – A tu, gdzie rozmawiamy, zbijano trumny – wtrąca o. Ptolomeusz.

Siedzimy, popijając herbatę w sali domu parafialnego. – Komorowscy to polska rodzina, która po powstaniach została zesłana na Sybir – opowiada. – Potem nie mogła wrócić do swoich dóbr, więc osiedliła się w guberni przygranicznej. To była inteligencja, nie wiem, czym się zajmowali, ale nie byli biedni, skoro stać ich było na taki grobowiec. Wiadomo, że dużo robili dla innych, zakładali ochronki. – Pomagali za życia i po śmierci – śmieje się o. Kuczmik, który po swoich doświadczeniach nie może być śmiertelnie poważny nawet przy okazji rozmowy o nieżyjących. Dziś na „parterze” grobowca urządził stołówkę dla 40 bezdomnych. Na półkach stoją talerze ze znakiem ryby, na ścianach wypisane na kartonie cyrylicą siedem grzechów głównych i „Ojcze nasz”. Żeby wchodziły w głowę podczas posiłku.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy