Nowy numer 47/2020 Archiwum

Hazardziści mimo woli

Otwarte Fundusze Emerytalne w 2008 roku straciły połowę tego, co zarobiły dla nas w ciągu ostatnich dziewięciu lat.

Ponad trzynaście milionów Polaków, chcąc nie chcąc, gra na giełdzie. To ci z nas, którzy muszą ponad 7 proc. swoich dochodów lokować w Otwartych Funduszach Emerytalnych. Część tych pieniędzy OFE przeznaczają na operacje giełdowe. Pośrednio zatem każdy przyszły emeryt jest… hazardzistą. Jak każdy hazardzista czasem przegrywa. Tak jak teraz. W styczniu na emeryturę przejdą pierwsze osoby, które część oszczędności gromadziły w OFE. Miały pecha, bo giełdowa bessa sprawiła, że ich emerytury będą niższe niż byłyby rok wcześniej. Media komentują, że na szczęście w ich przypadku pieniądze z OFE są tylko niewielką częścią emerytury, bo za większość odpowiada państwowy ZUS. Stracą więc kilka, może kilkanaście złotych. Jakoś nikt nie wspomina, że mimo bessy oszczędzanie w OFE jest i tak bardziej opłacalne niż w ZUS!

Mieć ciastko i zjeść ciastko
W mediach podniosły się lamenty. Na forach internetowych rozgoryczeni ludzie wprost piszą o złodziejstwie. Domagają się zakazu inwestowania przez OFE w akcje. Wszyscy zapominają, że OFE może w akcjach lokować tylko 40 proc. naszych oszczędności. Jeszcze rok temu, gdy na giełdzie trwała długo-trwała hossa, ton komentarzy był dokładnie odwrotny. Wszyscy oburzali się, że możliwości inwestowania przez OFE są ograniczone, i wyliczali, ile moglibyśmy zarobić na nasze przyszłe emerytury, gdyby nie te ograniczenia. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie można jednocześnie zjeść ciastka i wciąż go mieć. Albo większe ryzyko i większe ewentualne zyski, albo ostrożna strategia i – w razie niepowodzenia – minimalna strata. Wydaje się, że sensownym rozwiązaniem byłoby nałożenie na OFE nakazu różnicowania strategii w zależności od wieku oszczędzającego. W przypadku ludzi na kilka lat przed emeryturą ryzyko inwestycji powinno być minimalne, bo na nadrobienie ewentualnej straty mogłoby zabraknąć czasu. W każdym razie analitycy giełdowi twierdzą, że długoterminowo OFE nadrobią straty, które w tym roku poniosły.

Nabici w reformę
Wskutek giełdowych problemów nieco bez echa przeszedł rządowy projekt ustawy o sposobie wypłacania emerytur z OFE. Tymczasem oznacza on, że wielu z nas i tak nie ujrzy sporej części pieniędzy, które w pocie czoła oszczędza. Okazuje się bowiem, że po przejściu na emeryturę nie uzyskamy żadnego wpływu na to, jak będą one wydawane. Nie ma mowy o możliwości wypłacenia choćby części pieniędzy, ani o dziedziczeniu przez rodzinę. Będziemy musieli wykupić „klasyczną” emeryturę indywidualną. Jej wysokość zależeć ma od ilości zgromadzonych oszczędności i prognozowanej długości życia. Jeśli ktoś umrze kilka lat po przejściu na emeryturę, niewykorzystana część kapitału przepadnie, a rodzina nie do-stanie ani grosza. Tylko przez trzy lata ma obowiązywać tzw. gwarancja wypłaty, malejąca z każdym miesiącem. Rządowa propozycja oznacza więc, że tylko ci, którzy będą żyli długo, mają szansę wybrać swoje oszczędności do końca. Najbardziej długowieczni skorzystają z pieniędzy tych, którzy umrą wcześniej. Na forach internetowych pełno wypowiedzi oburzonych ludzi. „Jak to? Dzieci nie odziedziczą moich pieniędzy? To po co była ta reforma? Czym to się różni od ZUS?”. „A jeśli zachoruję, to nie mogę własnych pieniędzy wybrać na leczenie? Czemu ktoś może mi tego zabronić? Przecież to moje oszczędności!”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama