Nowy numer 48/2020 Archiwum

Islandia jak Titanic

Gdy patrzy się na dzisiejszą Islandię, nasuwają się słowa Tomasza à Kempis: „Tak przemija chwała tego świata”.

Islandzcy bankierzy jeszcze niedawno mogli sączyć szampana, kąpiąc się w gorących źródłach. Wprawdzie kurs korony spadał już od wiosny, ale w pierwszym półroczu bieżącego roku ich firmy znajdowały się w dobrej kondycji finansowej. Były dobrze zarządzane, a ich aktywa na światowych rynkach wielokrotnie przewyższały islandzki produkt krajowy brutto. Kraj był spokojny i należał do najbogatszych w świecie. Żaden tamtejszy bank nie miał toksycznych obligacji, które pogrążyły amerykańskich gigantów.

Jednak światowy kryzys spowodował, że instytucje finansowe przestały islandzkim bankom pożyczać pieniądze albo pożyczały je bardzo drogo. To wpędziło je w kłopoty. Według „Financial Times”, islandzki rząd i bank centralny nie popisały się: kilka nieostrożnych wypowiedzi, pospieszna nacjonalizacja dwóch dużych banków, liczona w euro półmiliardowa pożyczka dla trzeciego, największego banku Landsbanki, udzielona przez bank centralny, oraz stuprocentowe państwowe gwarancje dla depozytów bankowych – wszystko to oznaczało, że państwo islandzkie, liczące zaledwie około 300 tys. mieszkańców, wzięło na swe barki zbyt wielki ciężar.

Dziurawa łódź ratunkowa
Co gorsza, wysoko oprocentowane lokaty i stuprocentowe gwarancje depozytów w islandzkich bankach skusiły także około 300 tys. brytyjskich obywateli, którzy ulokowali w nich ponad 5 mld euro. Swoje pieniądze w islandzkich instytucjach finansowych ulokowało też co najmniej 20 brytyjskich gmin. Gdy cztery brytyjskie banki stanęły na krawędzi bankructwa, islandzkie instytucje finansowe wydawały się szalupami ratunkowymi. Te jednak okazały się dziurawymi tratwami. Ze strony jednego z islandzkich banków, a także ze strony władz publicznych popłynął sygnał, że Islandia może się nie wywiązać ze zobowiązań wobec brytyjskich klientów. Nerwowa reakcja Londynu, a zwłaszcza premiera Gordona Browna, i zamrożenie aktywów islandzkiego banku internetowego na Wyspach Brytyjskich pogrążyło Islandię do reszty. Wyspa, która chlubiła się swym bogactwem i bezpieczeństwem, zaczęła tonąć niczym „Titanic”.

Prezydent w szpitalu, premier żebrze u Moskwy
Islandzka korona straciła na wartości 70 proc. Wzrost cen towarów importowanych napędza inflację. Rośnie bezrobocie. Gdy w połowie października wznowiono obrót akcjami na islandzkiej giełdzie, kursy w ciągu jednego dnia pikowały, zatrzymując się na poziomie 26 proc. wartości z chwili otwarcia. Zanim się to jeszcze stało, prezydent kraju Ólafur Ragnar wylądował z chorym sercem w szpitalu. Światową sensację wywołała wiadomość, że Islandia pożyczyła od Rosji 4 miliardy euro. – Musimy sobie szukać nowych przyjaciół – stwierdził premier Geir Haarde. Wprawdzie Rosjanie zdementowali informację o pożyczce (potem poinformowano, że trwają negocjacje), ale sama myśl, że kraj należący do NATO mógłby się tak uzależnić od Kremla, była dla wielu wstrząsająca. Bo wprawdzie Islandia nie ma nawet własnej armii, ale jest jakby niezatapialnym lotniskowcem, zacumowanym w strategicznym miejscu między Skandynawią i Ameryką Północną. Kryzys spowodował też, że islandzcy politycy – niegdyś niechętni członkostwu ich kraju w Unii Europejskiej – teraz skłaniają się ku przystąpieniu do tej wspólnoty. Unia zaś oświadczyła, że chętnie widziałaby Islandię w swym gronie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama