Nowy numer 4/2023 Archiwum

Święty emigrant

Przez pół wieku Artemide Zatti służył chorym. Nazywają go świętym na czas pandemii albo „krewnym ubogich”.

Jego wielkość nie polega na tym, że przyjął wolę Bożą, ale że mimo wielu przeciwności losu nie poddał się i wytrwale szukał planu, jaki Bóg miał dla niego. A kiedy już go znalazł, realizował z ewangelicznym radykalizmem, pełnym radości charakterystycznej dla tych, którzy autentycznie spotkali Boga – mówi postulator w jego procesie kanonizacyjnym ks. Pierluigi Cameroni.

Nowe życie

Artemide Zatti urodził się we Włoszech, ale jego przybraną ojczyzną stała się Argentyna. W czasie kryzysu wywołanego rewolucją przemysłową miliony Włochów emigrowały do Ameryki Łacińskiej w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Za chlebem wyjechała też rodzina Zattiego, która w ubogiej Kalabrii przeżywała trudności ekonomiczne. Artemide od najmłodszych lat wraz z rodzeństwem pracował w polu. Inni członkowie rodziny zatrudniali się jako robotnicy lub parobkowie, by zarobić na chleb i polentę. Odporność na przeciwności, jakie niesie życie, i wytrwałość przydały się Artemide, gdy w 1897 roku, jako 16-latek zaczął nowe życie w prowincji Buenos Aires. Musiał skonfrontować się z nieznaną kulturą, odmienną tradycją, innym językiem.

Pracował w hotelu, a później w fabryce cegieł. Ostoją była dla niego mocno zżyta rodzina, w której wiara zajmowała bardzo ważne miejsce. W integracji z nowym otoczeniem pomagała prowadzona przez salezjanów parafia, gdzie Artemide zafascynował się charyzmatem ks. Bosko. Gdy skończył 20 lat, postanowił pójść w jego ślady. Nie było to łatwe. Był najstarszy w grupie kleryków, a zarazem miał największe braki w edukacji. Bardzo się starał nadrobić zaległości. Kiedy jednak opiekował się chorym na gruźlicę kapłanem, sam się zaraził i ciężko rozchorował. Salezjanie wysłali go więc do domu zakonnego w okolicy, gdzie panował lepszy dla zdrowia klimat. Tam spotkał ks. Evasio Garrone. Był on lekarzem w powstającym wówczas w mieście Viedma ubogim misyjnym szpitalu świętego Józefa. Pod jego wpływem Artemide zawierzył się Matce Bożej Wspomożyciele. Obiecał Jej, że jeśli zostanie uzdrowiony, poświęci się opiece nad chorymi. To, co później się wydarzyło, skomentował: „Uwierzyłem, przyrzekłem, wyzdrowiałem”. – Ufność we wstawiennictwo Maryi w sprawie jego uzdrowienia była prostym aktem wiary przepełnionym synowską miłością. Przyrzeczenie było odważnym aktem zaufania Bożej Opatrzności i poświęcenia się opiece nad chorymi. Uzdrowienie było wynikiem aktu wiary i zaufania, które skłoniły Artemide do pozostania z najbardziej potrzebującymi aż do śmierci – podkreśla argentyński salezjanin ks. José Sobrero.

Aby zgodnie z obietnicą złożoną Maryi móc całkowicie poświęcić się chorym, zrezygnował z upragnionego kapłaństwa i został salezjańskim koadiutorem. Teraz będzie pierwszym bratem zakonnym z rodziny salezjańskiej kanonizowanym jako wyznawca.

Krewny ubogich

W szpitalu misyjnym pracował jako pielęgniarz i farmaceuta, a w końcu został jego dyrektorem. O każdej porze dnia i nocy był do dyspozycji chorych, zyskując sobie opinię świętego sanitariusza, a jego sława sięgała daleko na południe kraju, aż do Patagonii. Od ubogich nigdy nie brał pieniędzy, a każdy otrzymany grosz przeznaczał na działalność szpitala. W cierpiących widział Jezusa do tego stopnia, że gdy trzeba było dać pacjentowi strój, mówił do pielęgniarki: „Siostro, czy masz ubranie dla tego 12-letniego Chrystusa?”. Jego głęboka wiara i życzliwość sprawiały, że nawet ludzie dalecy od Kościoła przyznawali, że na jego widok ich niewiara słabnie. Z biografii wiadomo, jak wyglądał jego dzień: „O 4.30 już na nogach. Rozmyślanie i Msza. Odwiedza wszystkich chorych w szpitalu. Potem na rowerze odwiedza chorych rozrzuconych po mieście, mając w torbie zawsze podstawowe lekarstwa. Nie daje się przekonać do samochodu, ponieważ, jak mówi, rower pozwala na bliższy kontakt ze spotykanymi ludźmi. Po obiedzie gra w bocce z rekonwalescentami. Od 14 do 18 ponowne odwiedziny chorych w szpitalu i poza nim. Potem do 20 praca w aptece. I znowu powrót do sal szpitalnych. Do godz. 23 studium medycyny i czytania duchowne. W końcu odpoczynek w ciągłej dyspozycyjności na wypadek jakiegokolwiek wezwania”. Pracujące z nim pielęgniarki wspominają, że przed poranną Mszą często leżał krzyżem na podłodze, zawierzając wszystkie sprawy Bogu.

Biskup Carlos Mariano Pérez, który był przełożonym salezjańskiej inspektorii w ostatnich latach życia Zattiego, podkreśla: „Modlitwa była jak oddech dla jego duszy i był przekonany, że dzierży w swoich rękach wszechmoc Boga. Chociaż problemy materialne absorbowały go, to zawsze przedkładał sprawy wieczne nad doczesne. Znał Pismo Święte i delektował się nim, a także żywoty świętych i traktaty ascetyczne. Wszystko to umiał rozświetlić swoim przykładem i słowami”.

Po upadku ze schodów wykryto u niego chorobę nowotworową. Zmarł w 1951 roku. Na pogrzeb „krewnego ubogich” przybyły niewidziane nigdy wcześniej tłumy, a przy jego grobie w Viedma wciąż modlą się chorzy i potrzebujący szukający nadziei w trudnych czasach. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy