Nowy numer 48/2022 Archiwum

Fenomen równoległej rzeczywistości

Takiej struktury jak Armia Krajowa, tworzącej przy tym zbrojne ramię Polskiego Państwa Podziemnego, nie było nigdzie w okupowanej Europie ani na świecie.

Do końca w zakamarkach duszy tliła się wątpliwość, czy to możliwe, że ta armia naprawdę istnieje – tak jak to opisywały na Zachodzie polskie władze. „»Hurra, są i czekają na nas« – krzyczeliśmy jeden przez drugiego. A więc Armia Krajowa to nie żadna bujda wymyślona przez emigracyjną propagandę” – cichociemny Jerzy Lerski „Jur” opisywał moment, kiedy wraz z kolegami, jeszcze w samolocie nad okupowanym krajem zobaczyli umówione znaki odbierających ich żołnierzy AK.

„Przyjmuję cię w szeregi żołnierzy Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią” – słyszał każdy człowiek wstępujący do Armii Krajowej po złożeniu przysięgi. Deklarował wierność Rzeczypospolitej, posłuszeństwo prezydentowi, Naczelnemu Wodzowi oraz dowódcy AK. Ani słowa o indywidualnych korzyściach. Żadnych obietnic zaszczytów. Obowiązki, posłuszeństwo i… groźba śmierci na wypadek zdrady. A jednak setki tysięcy ludzi ochotniczo składało taką przysięgę.

Jedyną nagrodą miało być poczucie triumfu po zwycięstwie. Idea odzyskania niepodległości była wystarczającym spoiwem do budowy prawdziwie równoległej rzeczywistości w okupowanym kraju. Alternatywnej wobec tej namacalnej, widzianej na ulicach polskich miast, patrolowanych przez uzbrojone patrole w obcych mundurach, gdzie śmierć mogła spotkać za każdy odruch sprzeciwu wobec okupacyjnych zarządzeń.

Siła państwa polskiego

W tej równoległej rzeczywistości zwykły robotnik fizyczny okazywał się komendantem okręgu AK. Człowiekiem, który dysponował tysiącami żołnierzy, gotowych do narażenia życia dla realizacji wyznaczonych zadań.

Zapominamy, że wtedy było to częściej oparte na wierze w solidność konspiracyjnej struktury niż na empirycznie sprawdzalnych faktach. Dzisiaj znamy życiorysy i prawdziwe tożsamości dowódców AK, komendantów okręgów i mniejszych jednostek. Wiemy, kto był kim. Wówczas żołnierze składali swój los w ręce oficerów, których nierzadko ani nie znali, ani nigdy nie widzieli. Wystarczyć miał pseudonimem w podpisie, wiara w strukturalną spójność hierarchii dowodzenia, przekonanie, że wbrew okupacyjnym realiom państwo polskie naprawdę istnieje i działa. To były te elementy, które miały zastąpić regularną armię, w normalnych warunkach dostrzeganą gołym okiem w garnizonach, na defiladach czy – w czasie wojny – na froncie. Objawiła się w ten sposób siła polskiego przywiązania do państwa, które odzyskaliśmy w roku 1918, a które z mozołem ponownie walczyło o powrót do rodziny niepodległych podmiotów na mapie Europy.

Podziemna armia

Żołnierze AK dopiero w ramach szerszych operacji zbrojnych, w akcji „Burza” czy w powstaniu warszawskim, mogli zobaczyć większe jednostki, realnie poczuć siłę podziemnej armii.

AK to Siły Zbrojne w Kraju, współtworzące jednolite Wojsko Polskie wraz z Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie i innymi jednostkami podległymi władzom RP na uchodźstwie. Na mapie polskiej konspiracji to Służba Zwycięstwu Polski jako jedyna została zawiązana wprost z upoważnienia Naczelnego Wodza. I to dlatego ta struktura – przekształcona w Związek Walki Zbrojnej, a następnie przemianowana na Armię Krajową – stała się ośrodkiem jednoczenia i podporządkowania jednolitemu dowództwu organizacji oraz ludzi o diametralnie rozbieżnych poglądach i sympatiach politycznych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy