Nowy numer 38/2022 Archiwum

Na śmierć królowej

Monarchia to dużo więcej niż instytucja władzy.

Elżbieta II nie sprawowała osobistej władzy, jej rolę określano jako „symboliczną”. Samą monarchię dziś powszechnie się lekceważy. Jeśli tylko wzbudzi zainteresowanie, zaraz dyżurni komentatorzy wyjaśnią, że nie ma „realnego” znaczenia, że jej rola jest „czysto” symboliczna, w istocie – dekoracyjna. Ale żałoba Brytyjczyków po śmierci ich królowej wcale nie ma charakteru wyłącznie formalnego. Podobnie jak poruszenie świata.

Z pewnością miała tu znacznie „odwieczność” jej panowania, fenomen podobny do Franciszka Józefa, który na tronie zasiadał tylko dwa lata krócej. Portrety cesarza do tej pory wiszą nie tylko w Wiedniu, ale i w niejednym miejscu w Krakowie. Stał się symbolem swoich czasów. Życie tak długo panujących władców splata się ze wspomnieniami całych pokoleń, w przypadku zmarłej królowej – nawet najstarszych, które pamiętały jeszcze panowanie jej ojca Jerzego VI i bohaterską postawę całej jego rodziny, również małych księżniczek, w czasie wojny z Niemcami. Przede wszystkim jednak królowa budziła tak wielki szacunek, bo z wielkim szacunkiem traktowała koronę, którą nosiła. Ale to wszystko nie byłoby możliwe bez dynastycznego przywiązania narodu. U nas właśnie to przywiązanie kazało szlachcie żądać od pierwszych królów elekcyjnych poślubienia Anny Jagiellonki, a potem – dla zachowania krwi Jagiełłowej na tronie – wybierać potomków szwedzkiej królowej, Katarzyny Jagiellonki, dopóki to tylko było możliwe. To samo dynastyczne przywiązanie kazało wpisać do Konstytucji Majowej Dom Saski jako polską dynastię narodową. Państwo nie zaczęło się wczoraj i ci, którzy je uosabiają, powinni – jeśli ma ono być materialną postacią ojczyzny – sami sobą uosabiać jego ciągłość.

Spotkałem kiedyś na przyjęciu w Belgii emerytowanego pułkownika, z którym – jak się okazało – mieliśmy wspólnych znajomych. Stary żołnierz wojsko już zostawił za sobą, bardzo natomiast żył sprawami kraju. Był przybity jego duchowym i społecznym upadkiem. Chcąc go pocieszyć, powiedziałem, że ich wicepremier, Jan Jambon, ma naprawdę wolę przeciwstawić się dekadencji. Pułkownik mi odpowiedział: „Owszem, to odważny człowiek, ale ci nacjonaliści flamandzcy nie szanują naszego króla”. I powiedział to nie ze złością, raczej z bólem, z poczuciem, że szacunek dla władcy powinien łączyć cały naród, niezależnie od etnicznych i politycznych różnic.

Nawet jeśli monarchia przestaje być czynnikiem cywilizacji chrześcijańskiej (choć ciągle jest czynnikiem chrześcijańskiej pamięci), jest potężnym zwornikiem solidarności narodowej. Przypomina narodom ich własną historię. Uobecnia narodowy (w sensie historycznym) charakter państwa. Podkreśla niezbędność wierności i obowiązku jako zasad życia społecznego.

Zasadniczy błąd w opiniach na temat monarchii, szczególnie współczesnej, polega na traktowaniu jej jako instytucji władzy. To pokłosie błędów nowoczesnej filozofii politycznej, która począwszy od Makiawela, zagadnienie władzy traktuje jako centralne. Władzy, która jest wydzierana, kontrolowana, zwalczana, utrwalana, obalana.

Monarchia tymczasem jest instytucją narodową, nie polityczną. Narodową w tym sensie, w jakim naród jest wspólnotą analogiczną do rodziny. Znaczenie parlamentarnej monarchii można porównać do roli seniorów w rodzinie. Nie kierują już, nie utrzymują, a jednak łączą. Nadają tożsamość. Są źródłem pamięci. W sytuacjach kryzysowych pomagają działać razem. Instytucja głęboko ludzka, odpowiadająca społeczeństwu (jak ich nazywa demokracja – „rządzonym”), budząca natomiast podejrzenia i zawiść polityków wydzierających sobie władzę.

Słowa angielskiego hymnu – „Boże, ocal króla” – nabiorą teraz jeszcze jednego sensu. Nowoczesność, brutalny walec totalitarnej demokracji nieuznającej żadnej prawowitości oprócz własnej, zresztą też nieustannie zmienianej – niszczy wszystko. Jak długo będzie tolerował monarchię?

Z pewnością właśnie przywiązanie dynastyczne jest jej najsilniejszą podstawą. To przywiązanie, które Australijczykom kazało w 1999 roku wystąpić w referendum za zachowaniem monarchii i unii z leżącą na drugim końcu świata Wielką Brytanią. Nie ma monarchii bez przywiązania narodów, to przywiązanie nie zanika automatycznie, gdy monarchia upada, ale nieuchronnie słabnie. Szczęśliwe narody, którym Bóg zachował ich królów. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy