Nowy numer 38/2022 Archiwum

80 lat temu urodził się ojciec Jacek Salij, dominikanin, teolog i pisarz

80 lat temu, 19 sierpnia 1942 r., urodził się Eugeniusz Salij - znany pod zakonnym imieniem Jacek - teolog i pisarz, duszpasterz akademicki. Wstąpił do zakonu dominikanów, "nie wiedząc, dlaczego".

"Dziś nikt nie zliczy, ilu ludzi zastukało do furty klasztoru przy ul. Freta, żeby prosić o radę, mówić o sprawach trudnych, wykrzyczeć rozpacz. Przychodzili i nadal przychodzą ludzie załamani, samotni, ze zdiagnozowanym rakiem, rozpadające się małżeństwa, rodzice, którzy stracili jedyne dziecko" - przypomniała Alina Petrowa-Wasilewicz, współautorka - z Jackiem Borkowiczem - wywiadu rzeki z ojcem Jackiem pt. "Świętowanie Pana Boga". "On słucha. I wyznaje, jak często czuje się całkowicie bezradny. Ma jednak kilka drogowskazów: powtarza, że pod żadnym pozorem nie wolno czynić zła, zapewnia, że Bóg umocni łaską, obiecuje modlitwę" - napisała w artykule pt. "Strażnik drogowskazów" ("Idziemy", 2012).

"Wykazywał on zawsze pewną wrażliwość na sprawy sprawiedliwości społecznej, czy moralnych aspektów wojny i pokoju, która cechuje ludzi lewicy, zawsze jednak stał na gruncie nauczania Kościoła. Dlatego dziś tak wielu, z tak różnych opcji politycznych, chętnie przyznaje się do związków z o. Salijem i tego, że wiele mu w życiu duchowym zawdzięcza" - ocenił Jacek Czaputowicz w eseju "O. Jacek Salij - duszpasterz niepokornych" (ekai.pl, 2022).

Zobacz też: 

"Nadzwyczaj skromny łobuz"

Eugeniusz - imię Jacek nadano mu w zakonie - Salij urodził się 19 sierpnia 1942 r. w Budach na Wołyniu jako drugie dziecko Józefa Salija i Agnieszki z domu Ostolskiej.

"Rodzina Salijów przeżyła rzeź wołyńską jedynie dzięki ukryciu się 15 kwietnia 1943 r. przed niosącymi śmierć banderowcami, po ostrzeżeniu przez ukraińską sąsiadkę" - napisał Czaputowicz.

Obraz Ukraińca banderowca pozostał w rodzinie Salijów bardzo żywy i jednoznacznie negatywny, choć istniały również wspomnienia o kilku sąsiadach "sprawiedliwych". Jak mówił sam o. Salij, "dzięki łasce Bożej" udało mu się jakoś oddzielać tę postać od zwykłego Ukraińca, ale wcześniejsze pokolenie w rodzinie tego nie potrafiło i była to ich ogromna zadra - przypomniała dr Zofia Fenrych w artykule pt. "Nadzwyczaj skromny łobuz ojciec Jacek Salij OP", opublikowanym w Księdze Jubileuszowej "Credo Domine", dedykowanej Jackowi Salijowi OP, powstałej - pod redakcją o. Jarosława Kupczaka OP oraz ks. Cezarego Smuniewskiego - z inicjatywy polskiego Towarzystwa Teologów Dogmatyków (2017).

W 1943 r. rodzina została przesiedlona do niemieckiego obozu pracy we wsi Wiry pod Świdnicą na Śląsku. W styczniu 1945 r., w obliczu zbliżającej się armii sowieckiej, więźniów obozu i okolicznych mieszkańców deportowano do Czech. "Droga była koszmarem zarówno dla wypędzanych Polaków, jak i Niemców. Szczególnym utrudnieniem była ostra zima. W pamięci o. Jacka pozostało zdanie matki, że po drodze zmarły wszystkie dzieci, i polskie, i niemieckie, z wyjątkiem małych Salijów. Uratować ich miało małżeństwo niemieckich staruszków, które zabrało całą rodzinę do siebie do domu" - napisała Zofia Fenrych.

Oswobodzeni przez Amerykanów i - wobec braku możliwości powrotu do siebie na Wołyń - zapraszani przez nich do USA, Salijowie postanowili jednak wrócić do Polski. Osiedli w rezultacie na Dolnym Śląsku, w Piławie Dolnej pod Dzierżoniowem.

Eugeniusz - prócz starszej siostry, która zmarła w dzieciństwie - miał trzech braci i pięć młodszych sióstr. Ciąże Agnieszki Salij kilkukrotnie uznawano za zagrożone, w związku z czym sugerowano aborcję. "Tak było przy Bożenie, Barbarze oraz Krzysztofie. Matka Salijów nigdy się na to nie zgodziła. Według s. Bożeny Salij dwójkę swoich dzieci dosłownie ofiarowała Bogu - jak się okazało, oboje wybrali drogę zakonną" - przypomniała dr Fenrych. "Na podstawie relacji rodzeństwa Salijów można wysnuć wniosek, że w wyniku wczesnej śmierci najstarszej siostry i późniejszych problemów z ciążami z niezwykłym szacunkiem traktowano każde życie i witano je z radością. Prawdopodobnie to również miało wpływ na dominikanina i jego zaangażowanie w obronę nienarodzonych" - oceniła.

Zobacz też:

"Od uczenia są dziewczyny"

W tekście na temat duchowości dominikańskiej o. Salij napisał, że działalność Zakonu Kaznodziejskiego zaczęła się od współczucia. Gdy nastał wielki głód w Palencji, Dominik Guzman sprzedał ukochane książki i kupił żywność ubogim. Wypadki życia podpowiadają, kiedy zakonnik ma opuścić klasztorną bibliotekę i iść służyć biednym.

"Pewnie także z tego powodu o. Jacek z całą gorliwością zaangażował się - jeszcze w latach siedemdziesiątych, w głębokim PRL-u - w obronę życia nienarodzonych. Matka pierwszego uratowanego dziecka otrzymała schronienie u sióstr w Laskach, później powstało stowarzyszenie +Gaudium Vitae+" - napisała Alina Petrowa-Wasilewicz.

Rodzice "mieli niewiarygodny szacunek dla zdobywanej wiedzy" - wspominał o. Salij, który ponoć sam nie lubił się uczyć, szczególnie w liceum, aczkolwiek szkołę jako taką bardzo lubił. "Obowiązywał pogląd, że jeśli chłopak się uczy, to znaczy, że jakiś zbabiały jest. Od uczenia się są dziewczyny" - wyjaśnił. Jego rodzeństwo zapamiętało jednak, że bardzo dużo czytał.

W 1957 r. piętnastoletni Eugeniusz Salij wybrał się samodzielnie do Poznania - oficjalnie na Międzynarodowe Targi Poznańskie. Rzeczywistym celem okazał się jednak klasztor dominikanów - przerywając naukę w liceum, postawił zaskoczonych rodziców przed faktem dokonanym - wstąpił do zakonu.

"Krzysztof Salij stwierdził, że jego brat miał pełną akceptację bliskich dla swojego powołania. Jednak sam dominikanin opowiadał, że ich reakcja nie była bardzo optymistyczna, raczej zachęcali go do ponownego zastanowienia się i nakazywali powrót do domu, gdy tylko okaże się, że nie jest to jego droga" - napisała Zofia Fenrych.

Wybór sam o. Salij uzasadnił następująco: "Myślę, że do dominikanów wstąpiłem z tych samych powodów, z których codziennie chodziłem na Mszę - czyli sam nie wiem, dlaczego".

Będąc już w zakonie, skończył liceum i zdał maturę. Jak sam ocenił, dopiero w zakonie zaczął przykładać się do nauki, ale też nie wiązał z nią swojego powołania. Myślał raczej o wykorzystaniu zdobywanej wiedzy w katechezie, w duszpasterstwie i w zwyczajnej pracy parafialnej.

Niech prąd poniesie

Publiczną tajemnicą jest fakt, że próbowano go wyrzucić z zakonu. W 1963 r., przed ślubami wieczystymi, usłyszał, że "prawie wszystkim wydaje się", że nie nadaje się on do życia zakonnego.

"Nie odwołał się też od tej decyzji i nie prosił o jej zmianę. Zastosował wobec siebie zasadę, którą później doradzał innym, używając metafory rozlewiska rzek: wypłynął na środek i przestał wiosłować, a prąd zabierał go w dobrym kierunku" - napisał Czaputowicz.

"Na szczęście ujęli się za nim inni współbracia oburzeni na takie jego traktowanie. W końcu został dopuszczony do złożenia ślubów wieczystych, co nastąpiło 29 listopada 1964 r. Nie był to koniec jego problemów. Również do święceń kapłańskich został dopuszczony pół roku po swoich braciach" - przypomniała dr Fenrych. "Rzeczywiste przyczyny takiego traktowania zakonnika nie są oficjalnie znane. W całej sprawie sporo jest plotek, przykrych dla o. Jacka i samego zakonu. Dominikanin nikogo nie oskarżył, a cała sytuacja, choć bezsprzecznie trudna dla niego, umocniła go zarówno w wierze, jak i powołaniu" - dodała.

Święcenia kapłańskie otrzymał 25 grudnia 1966 r.

Zobacz też: 

"Szukającym drogi"

Niechętny do rozwoju naukowego zakonnik stał się jednym z najważniejszych teologów w Polsce.

"Sam twierdzi, że dopiero w zakonie nauczył się pracować i od tej chwili pracuje niestrudzenie. Łacina, której +trzeba było się po prostu nauczyć+, stała się bramą do św. Augustyna, którego uwielbia, św. Tomasza, o którym mówi, że lektura jego dzieł to respekt i gryzienie cegły, a także do całej plejady Ojców Kościoła, których wiarę i mądrość nieustannie podziwia" - napisała Petrowa-Wasilewicz.

W roku 1970 o. Jacek Salij został pracownikiem Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. W Katedrze Historii Dogmatów był asystentem (1970-71) a następnie adiunktem (1979-89). W latach 1989-90 był docentem w Katedrze Teologii Dogmatycznej I. W 1990 r. został profesorem nadzwyczajnym.

W latach 1971-83 był duszpasterzem sekcji kultury Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. W 1973 r. został współpracownikiem miesięcznika "W Drodze" - odpowiadał na pytania w rubryce "Szukającym drogi".

"Odpowiadał w niej na wszelkie pytania - o człowieczeństwo Chrystusa, grzech pierworodny, rozwody, antykoncepcję i czy kobieta ma duszę. - Nigdy nie śmiał się z moich pytań, ale na nie odpowiadał, bo ogromnie szanuje każdego człowieka" - wspominał ojciec Maciej Góra OP. "Cierpliwie wyjaśniał problemy, ale najpierw modlił się za autorów" - podkreślił.

"Gdy przeszedł na emeryturę, bardzo szybko z niego zrezygnowano w wielu miejscach. Rozstał się w UKSW - na stronie internetowej niemal nie ma śladu po jego czterdziestoletniej pracy. Za współpracę podziękowali mu także jego współbracia, rezygnując z ważnej dla wielu czytelników miesięcznika +W drodze+ rubryki +Szukającym drogi+" - napisała Zofia Fenrych.

Opozycjonista

W 1975 r. podpisał "List 59" - sprzeciw wobec planowanych zmian w Konstytucji PRL. 20 sierpnia 1980 r. podpisał apel 64 uczonych, pisarzy i publicystów skierowany do władz komunistycznych PRL o podjęcie dialogu ze strajkującymi robotnikami. W latach 1982-89 działał w podziemnej Radzie Edukacji Narodowej. W 1988 został członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność". W latach 1993-96 był członkiem Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego.

"Za kontakty i wspieranie opozycji nękany był przez bezpiekę, której bał się umiarkowanie. W Pałacu Mostowskich wrzeszczącemu ubekowi spokojnie powiedział: +Nie po to się Pan Jezus narodził, żebym się pana bał+. Przerażonemu studentowi, którego bezpieka zmuszała do współpracy, doradził: +Powiedz mu: odp się pan+. - To wulgarne słowo pomogło wtedy w duszpasterstwie - przekonywał po latach. Po ogłoszeniu stanu wojennego, gdy zorientował się, że chcą go internować, ukrył się gdzieś na 10 dni. Do dziś nie zdradza kryjówki, +bo może się jeszcze przydać+" - napisała Petrowa-Wasilewicz.

"Choć sam o. Salij dystansował się od kwestii politycznych, wiele osób uważało go za zdecydowanego i w jakimś sensie wojującego antykomunistę. Z perspektywy czasu i wypowiedzi o. Jacka jawi się obraz człowieka bardzo otwartego na drugiego, a przede wszystkim na Boga w nim, pełnego zachwytu nad życiem jako takim. Jego serdeczność wobec człowieka, również o innym światopoglądzie, dostrzec można wyraźnie w jego uroczym opisie jednego z kuzynów, mocno wierzącego w komunistyczną ideologię: +To zresztą ogromnie sympatyczny i prawy człowiek, Pan Bóg stworzył go z czułością+" - przypomniała Zofia Fenrych.

Jest autorem kilkudziesięciu publikacji naukowych. "Ojciec Jacek Salij to nie tylko uczony, niezwykły erudyta i znawca tradycji chrześcijańskiej, ale jest to również nieprawdopodobnie wciągający pisarz. Jego +Dzieła wybrane+ to literatura fenomenalna. Jesteśmy zaszczyceni, że ojciec Jacek Salij zgodził się właśnie u nas te książki wydać" - ocenił Dariusz Karłowicz na portalu "Teologii Politycznej".

"Nie jestem żadnym erudytą, mam tylko dość porządną fiszkarnię" - wyjaśnił ojciec Jacek Salij OP w jednym z wywiadów.

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama