GN 43/2020 Archiwum

Walka z żywiołami

Jak to możliwe, że mimo odkryć i wynalazków, które codziennie zbliżają nas do osiągnięcia stanu wiecznej szczęśliwości, śnieg i mróz wciąż stanowią wyzwanie

Gwałtowny atak globalnego ocieplenia, który przyniósł dwudziestodniowe mrozy (gdyby nie ocieplenie, to pewnie byłyby trzydziestostopniowe i przynajmniej zamknięto by szkoły), jeszcze raz dowiódł, jak bardzo jesteśmy zależni od humorów natury. To banalne stwierdzenie nie przeszkadza człowiekowi uważać siebie za pana przyrody. Stąd biorą się z jednej strony w gruncie rzeczy buńczuczne stwierdzenia o ludzkim wpływie na globalny klimat, a drugiej strony narzekania, że w XXI wieku wciąż „zima zaskakuje drogowców”.

Jak to możliwe, że mimo wspaniałej cywilizacji, mimo odkryć i wynalazków, które codziennie zbliżają nas do osiągnięcia stanu wiecznej szczęśliwości, śnieg i mróz wciąż stanowią wyzwanie? Ludzie są ewentualnie skłonni zgodzić się z bezradnością rządów wobec tsunami albo wybuchu wulkanu, ale żeby nie można sobie poradzić ze śniegiem? Pewnie i można: wystarczyłoby, żeby rząd, który wspomaga budowę boisk piłkarskich w każdej gminie, zdecydował się na uruchomienie programu ich podgrzewania, a właściwie podgrzewania całego terytorium kraju. Bylibyśmy wtedy pierwszym na świecie państwem ogrzewanym, śnieg topiłby się jak należy i wszyscy byliby szczęśliwi. Skoro szejkowie potrafią budować sztucznie naśnieżane trasy zjazdowe na pustyni, to może u nas da się zamienić cztery pory roku w wieczną wiosnę?

Ja bardzo lubię wiosnę, więc gdyby jakaś partia ogłosiła program radykalnego przedłużenia maja w Polsce, to zdobyłaby moją sympatię, choć głosu bym na nią nie oddał. Przede wszystkim dlatego, że rolę szejka w takim programie pełniłbym osobiście wraz z paroma milionami podatników. Niestety, bez przyjemności bycia szejkiem. Dlatego nie zachęcam polityków do poważnych debat na temat wyeliminowania zaskoczenia atakiem zimy, zachęcałbym ich raczej do umiarkowania w głoszeniu swojej omnipotencji.

Gdyby bowiem słuchać naszych przywódców (chwilowo u władzy, chwilowo w opozycji lub odwiecznie na marginesie), którzy wędrują od kamery do kamery, niczym dziady proszalne z odpustu na odpust, i wszędzie prezentują swoją śpiewkę o własnej mądrości i głupocie innych dziadów, to człowiek mógłby uwierzyć, że za chwilę nastąpią cuda. Na razie cudem jest to, że dawniej dziad przemawiał do obrazu, a teraz gada z obrazu. I to jest prawdziwa klęska żywiołowa, której można by zapobiec. Gdybyż tak w zapale noworocznych postanowień bohaterowie niskobudżetowych produkcji telewizyjnych obiecali umiarkowanie w zawracaniu nam głowy za pomocą mediów! Ale, jak pisałem tydzień temu, takie postanowienia mają, niestety, krótki żywot.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także