Nowy numer 48/2020 Archiwum

Chrystus poległ w powstaniu

Pogarda śmierci – nie ma lepszej definicji polskości.

Najpierw była bestsellerowa płyta Lao Che „Powstanie Warszawskie”, później projekt „Teledyski powstańcze – Warszawa 1944. Bitwa o Polskę”, a przed miesiącem ukazała się niezwykła składanka z rockowymi interpretacjami wierszy Tadeusza Gajcego. Wśród wykonawców są Armia, Dezerter, Kazik i Lech Janerka. Wygląda na to, że powstańcza tradycja stała się ważną inspiracją dla polskiego rocka. Lekceważąc fakt, że pozytywnymi bohaterami kultury masowej byli do niedawna najemnicy bez ojczyzny albo byli esbecy w rodzaju Franca Maurera z „Psów” Władysława Pasikowskiego, muzycy tworzą przejmującą apologię zrywu narodowego. Bohaterowie ich opowieści to ludzie z krwi i kości, postawieni wobec realnych wyzwań, oswojeni z perspektywą śmierci. Żaden z nich nie walczy w imię abstrakcyjnych „wartości ogólnoludzkich”. Wszystko jest jasno określone: miejsce – Warszawa, czas – Godzina „W”, cel – Polska niepodległa.

Po półwieczu komunistycznej propagandy, która ukazywała powstanie jako klęskę spowodowaną nieodpowiedzialnością i niekompetencją dowódców, mamy wreszcie szansę zrekonstruować mit jednoczący Polaków. Czy straceńczy, okupiony krwią tysięcy ludzi bunt przeciwko niemieckiemu okupantowi powinien stać się takim mitem? Jarosław Marek Rymkiewicz nie ma co do tego wątpliwości. W wydanej w ubiegłym roku książce „Kinderszenen” uznaje powstanie warszawskie za najważniejsze wydarzenie w całej naszej historii, co więcej – wydarzenie zwycięskie. To właśnie skutkiem dramatycznych walk na ulicach Warszawy w sierpniu i wrześniu 1944 roku jest, według poety, odzyskanie przez Polskę niepodległości po 1989 roku.

Książka Rymkiewicza wywołała liczne protesty. Autorowi zarzucano niezdrową fascynację śmiercią w duchu niemieckiego nihilizmu. Na łamach „Newsweeka” Cezary Michalski histerycznie domagał się dla siebie prawa do życia, rozwoju i unikania cierpienia, a w „Dzienniku” Jan Klata bronił swojej rodziny: „Zatem teraz nasze własne dziecko wyślemy, żeby je zarżnęli, bo może wtedy nasze prawnuki przyjdą na Powązki i zapalą znicz, który pięknie płonie, i nie będą się mogły uwolnić od zapachu znicza. To jest wampiryczne”. Ostatnio do tego chóru krytyków dołączył Jacek Trznadel, powtarzając w – znakomitym skądinąd – dwumiesięczniku „Arcana” (5/2009) peerelowską tezę o nieodpowiedzialności powstańczych dowódców. Jego zdaniem, przekonanie Rymkiewicza o długofalowym, podskórnym niejako wpływie powstania na historię to fantasmagoria.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama