Nowy numer 43/2020 Archiwum

Rządy prawa i prawo do życia

Skoro dzieci zostały poczęte, pozwólmy im się rozwijać

Życie publiczne można postrzegać jako awanturę, a można jako debatę. Cezary Michalski („Polska jako tabloid”, „Dziennik” 4 II br.) lubi ostre dystynkcje i stanowisko kierowanego przeze mnie Komitetu Pro Dono Vitae pokazuje jako czarne tło dla świetlistych zamiarów Jarosława Gowina. Istotnie, z Jarosławem Gowinem mamy w pewnym zakresie różne poglądy. Ale gdy Jarosław Gowin postuluje ochronę życia ludzkiego w fazie embrionalnej przed niszczeniem i zamrażaniem, mam nie tylko uznanie dla jego intencji, ale wspieram je, zwracając uwagę, że jego zamiar realizuje już obecne prawo. Nie ja jestem tu antagonistą Jarosława Gowina, ale członkowie jego komisji – Jacek Hołówka i Eleonora Zielińska. Prawo polskie zawiera niepełną, ale – w zakresie spraw, o których piszę – skuteczną ochronę dziecka poczętego: zarówno w fazie embrionalnej, jak i płodowej, zarówno poczętego in vitro, jak i in ventre.

Zgodnie z doktryną wyłożoną przez Trybunał Konstytucyjny przed dwunastu laty, nie tyle „przerywanie ciąży” jest przedmiotem zakazu, co dziecko poczęte – przedmiotem ochrony. Trybunał bowiem stwierdził, że „jedyną racją zakazu przerywania ciąży (…) musi być uznanie wartości życia poczętej istoty ludzkiej” (podkr. moje – MJ). Tu nie chodzi o zakaz natury stricte moralnej dotyczący sposobu, w jaki człowiek kieruje własnym życiem; tu chodzi o ochronę osób zależnych od innych, a potrzebujących publicznego potwierdzenia i obrony swych praw. Fakt poczęcia pozaustrojowego więc w sposób nieprzypadkowy, niewpływający bezpośrednio na zdrowie matki i niezaskakujący nieoczekiwaną koniecznością porodu jedynie zwiększa (w świetle obowiązującego prawa) siłę prawa do życia poczętego dziecka. Tu nie zachodzi żadna konkurencja wartości, którą zwolennicy wyjątków od ochrony życia, zawartych w art. 4a ustawy „o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, przedstawiają jako ich uzasadnienie. Tu nie zachodzi żaden z tych wyjątków.

Zasadnicze znaczenie dla sprawy dzieci poczętych in vitro ma fakt, że ochronę życia prenatalnego (o którym w art. 1 mówi ustawa „o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”) ustawodawstwo polskie odnosi bezpośrednio do dziecka poczętego (a nie tylko nienarodzonego). Zasadniczym postulatem Pro Dono Vitae jest więc to, by debata na temat prawodawstwa bioetycznego toczyła się w warunkach przestrzegania praworządności wobec praw przysługujących nienarodzonym, by nie była traktowana jako pretekst do ich pozalegalnego zawieszenia. Cezary Michalski poucza mnie, że prawo w demokracji „zmienia się w reakcji na wciąż nowe ludzkie problemy i potrzeby”. Nie bardzo rozumiem, z czym polemizuje. Mam natomiast wrażenie, że zapomina, iż sama zasada rządów prawa zakłada, że do czasu zmiany prawo obowiązuje. Sokrates w „Kritonie” z szacunku dla prawa, które mogliśmy zmienić, a nie zmieniliśmy, czyni powinność moralną. Prawo w demokracji ulega zmianie, gdy tak zdecyduje (działając w poszanowaniu konstytucyjnych zasad sprawiedliwości) stosowna większość, a nie wtedy, gdy zostanie uznane za „niepostępowe” przez domagające się jego zmiany ośrodki opinii czy grupy interesu. To drugie jest zaprzeczeniem rządów prawa, a więc tego, co zawsze uważaliśmy za demokrację.

Cezary Michalski na koniec pewnie może przygwoździć mnie wiwisekcją moich intencji: że nie jestem zwolennikiem sztucznego zapłodnienia in vitro, mówię o konsekwencjach, a nie zgadzam się co do zasady. Nie jestem zwolennikiem in vitro. Tak jak nie jestem zwolennikiem tego, by dziecko zaczynało swe życie w związku gimnazjalistów bądź w wyniku zdrady małżeńskiej. Ale jeśli do tego doszło, tym bardziej bronię życia. Również w sprawie, która jest przedmiotem sporu – praw dzieci poczętych właśnie (!) in vitro. Skoro zostały poczęte, pozwólmy im się rozwijać. Albo raczej niech pozwolą ci, którzy ignorują prawo, bo prawo w demokracji traktujemy jako utrwalenie woli i przekonań nie władzy, ale społeczeństwa. Tę polemikę z „Dziennikiem” zamierzałem wydrukować na jego łamach. Niestety, przekonałem się po raz kolejny, że debata i wolność argumentu to rzeczy co najmniej drugorzędne dla współczesnego liberalizmu. Praktyka pluralizmu coraz mniej dziś polega na wymianie argumentów. Dialog zastępuje pluralizm monologów. A racje (im bardziej gromkie, tym lepiej) nie służą do wymiany, ale do sprzedaży w określonych rynkowych niszach. Ale nie ma co narzekać, tylko trzeba robić swoje, bo kto zrobi to za nas? Jan Paweł II w adhortacji „Ecclesia in Europa” pięknie pisał, że chrześcijaństwo kształtuje współczesną Europę nie tylko przez nauki (które są przyjmowane), ale i przez kontrowersje (gdy jest odrzucane). Oczywiście to drugie czynimy tylko wtedy, gdy nie boimy się podjąć kontrowersji. A często trzeba, bo efekt służy wszystkim.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama