Nowy Numer 29/2018 Archiwum

To nie koniec świata

Dalsze wyostrzanie sporu między "Polską liberalną" oraz "Polską solidarną", należącego do okresu kampanii wyborczej, nie ma sensu

Niezależnie od tego, co można myśleć o poparciu Andrzeja Leppera dla rządu Kazimierza Marcinkiewicza, pierwszy etap powyborczej batalii o władzę w Polsce skończył się sukcesem Prawa i Sprawiedliwości. Sukces to oczywiście względny. W sztuce godzenia tego, co pożądane, z tym, co możliwe. Wobec powyborczej depresji Platformy Obywatelskiej oraz jej niechęci do poważniejszych zmian, odpowiedzialność za stworzenie rządu spadła na zwycięski PiS, i trudno mieć do niego o to pretensję. Co więcej, z niezwykle trudnego zadania rządzenia bez większości parlamentarnej partia ta wywiązuje się na razie nie najgorzej, usiłując pozyskiwać współpracowników i sojuszników zarówno wśród liberałów z Platformy, jak i populistów z Samoobrony i LPR. Bo cóż ma zrobić? Jeśli ktoś ma lepszy pomysł, niech go zaproponuje, jeśli nie – niech nie szuka dziury w całym, oskarżając PiS o cynizm czy odejście od programu wyborczego. Program wyborczy można realizować, jeśli zdobywa się większość parlamentarną. Jeśli o zwycięstwie PiS przesądziło 27 proc. głosujących, trudno się tej partii czepiać o zawieranie kompromisów.

Ogromne oczekiwania
Zadanie rządu Marcinkiewicza nie będzie łatwe nie tylko dlatego, że stoją przed nim ogromne problemy, a za nim – ogromne oczekiwania, ale także dlatego, że działa on jako rząd mniejszościowy, i to we wrogim otoczeniu medialnym i intelektualnym. Jest oczywiście dobrym prawem mediów krytykowanie rządu, ale intensywność tych ataków ze strony wielu dziennikarzy nasuwa wrażenie, że nie są oni bezstronnymi komentatorami, ale raczej politykami opozycyjnymi. Nie można przecież udawać troski zawartej w pytaniu „Co z tą Polską?”, jeśli w „Prosto w oczy” szydzi się z dramatycznych wysiłków rządu, by tę troskę realizować.

Przeciwnicy PiS są oczywiście bardzo różni i nie można ich sprowadzać do jednego mianownika. Jednak chciałoby się przestrzec tych bardziej umiarkowanych przed ostatecznymi konsekwencjami postawy antyrządowej. Z jednej strony mamy dużą część elektoratu Platformy Obywatelskiej, a także jej umiarkowanych członków, którzy wierzyli, że czynnik fachowy obecny w Platformie jest niezbędny dla skutecznej realizacji programu naprawy państwa i głęboko się rozczarowali fiaskiem koalicji z PiS. Mamy jednak także obrażonych liderów Platformy i ich często niemądre, bo przedwczesne, płytkie i obraźliwe komentarze do poczynań rządu. Wśród przeciwników rządu Marcinkiewicza mamy też rozhisteryzowane „autorytety”, węszące w nim dyktaturę motłochu i wieszczące katastrofę Polski. „Autorytety” te dziwnie się zbliżyły do nihilistycznej „lewicy”, która na łamach „Trybuny”, „Nie” i „Przeglądu” pastwi się nad wszystkimi, którzy wyznają jakiekolwiek wartości.

Pogarda dla „moherowych beretów” jest wyrazem pogardy dla szarego człowieka, zagubionego w dzisiejszej rzeczywistości, niewierzącego „autorytetom”, które go tyle razy zawiodły. Od tej pogardy blisko już niestety do nihilizmu, prezentowanego na przykład przez pewnego publicystę „Trybuny”. Bije on na alarm, wskazując szkodliwość bierności wobec sytuacji powyborczej. Bierność tę pokazuje na trzech gorszących, jego zdaniem, przykładach. Pierwszy to znajomy o „otwartej głowie”, bo niewierzący w Boga, ale pocieszający się, że „za pięć lat nie będzie po nich (czyli PiS – przyp. WR) śladu”. Drugi, „mniej światły, uczęszczający do Kościoła typ, czerpiący wiedzę z »Gazety Wyborczej« i »Tygodnika Powszechnego«”, pociesza się, że bracia Kaczyńscy nie są aż tak źli. Trzeciego w ogóle nic nie obchodzi. Pierwszy wykazuje, zdaniem autora, „naiwność”, drugi – „tchórzostwo”, trzeci „abnegację”. Najwyraźniej, alarmuje dziennikarz „Trybuny”, „pierwszy haust brunatnego powietrza niczego nas nie nauczył” i konkluduje: „potrzebujemy rewolucji” (Trybuna 25 XI 2005 r.).

Histeria salonów
Można zrozumieć emocje przywódców Platformy na krótką metę, gdy dyktowała je wyborcza przegrana. Jednakże utwierdzanie się w nich to nic innego jak „histeria salonu”, o której pisze Piotr Zaremba. Od owej „histerii salonów” niedaleko do postawy, którą zaprezentował w niedawnym wywiadzie pewien znany reżyser, którego twórczość zawiera głównie skandalizujące prowokacje. Pół biedy, że ich ofiarą padł on sam, gorzej, że ucierpieli na tym także współpracujący z nim aktorzy. Reżyser ten stwierdził, ni mniej, ni więcej, że Polska to kraj „proboszczów, gangsterów, sklepikarzy i ćwierćgłówków”, to „kraj kleru”, a Polacy to naród „bojaźliwy do obłędu”, bo chodzi wciąż na cmentarze, kroczy w procesjach, wiesza święte obrazy, czy zajmuje się wszystkim, tylko nie „budowaniem republiki, światłego państwa”. Nie wiem, za co ów nieszczęsny twórca tak gardzi Kościołem i Polakami. Nie wiem, jak sobie wyobraża ową świętą republikę. Chyba jako raj anarchistów. Objęcie władzy przez PiS uważa ów reżyser za katastrofę, a jedynym promykiem nadziei jest dlań fakt, że już w Warszawie pojawiły się koszulki z karykaturą jednego z braci Kaczyńskich. (Przegląd, 25 XI 2005 r.). Smutny nihilista ten nasz reżyser. W gruncie rzeczy szkoda człowieka.

Krytykując poczynania rządu Marcinkiewicza, należy więc uważać na delikatną granicę między rozczarowaniem, złością, histerią i nihilizmem. Choć istotnie w chwili zaniku rywala postkomunistycznego uwidoczniły się poważne różnice w obozie postsolidarnościowym, dalsze wyostrzanie sporu między „Polską liberalną” oraz „Polską solidarną”, należącego do okresu kampanii wyborczej, nie ma sensu. Polska jest jedna, a dobry rząd winien pamiętać zarówno o sposobach podnoszenia sprawności państwa oraz gospodarki, jak i potrzebach „szarego człowieka”.

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji