Nowy numer 48/2020 Archiwum

Będziesz jeździł w raju

– Rajd Dakar jest jak zła bestia, której musisz oddać wiele, o wiele więcej aniżeli chciałbyś – zwykł mówić Fabrizio Meoni. W poniedziałek wieczorem, 10 stycznia, liczył dni do zakończenia rajdu. We wtorek już nie żył.

W ostatnich dziesięciu latach byłem egoistą. Teraz muszę to naprawić i myśleć o mojej rodzinie – mówił. W domu czekała na niego żona Elena i dzieci: trzynastoletni Gioele i dwuletnia Chiara. – To mój ostatni rajd – obiecał przed startem – lata mijają z niebywałą szybkością i im bardziej pędzisz, tym bardziej czas ci ucieka. Ta myśl nie odstępowała go ani na moment. Ale zła bestia i ją pożarła. Nie przeszkodziła mu tylko dotrzymać obietnicy: – To mój ostatni rajd, potem kończę.

Fabrizio Meoni wygrał dwukrotnie te zawody, uważane zresztą za najbardziej niebezpieczne ze wszystkich, jakie istnieją. We Włoszech mówiono o nim „rycerz pustyni” albo „Meoni – Afrykańczyk”. Jednak był tutaj kochany nie tylko ze względu na swoje zwycięstwa. – Otrzymałem w życiu wszystko to, co pozwala mi i mojej rodzinie żyć dostatnio. Jest więc sprawiedliwie pomagać tym, którzy nie mieli tyle szczęścia. Myślał przede wszystkim o dzieciach. Tych porzuconych przez rodziców i osieroconych. – Afryka dała mi wiele, teraz muszę zwracać dług – powtarzał.

W roku 2001, trzydzieści kilometrów od Dakaru, został dzięki niemu wybudowany ośrodek dla dzieci. Rok później na peryferiach stolicy Senegalu powstała szkoła dla prawie 1000 dzieci, która została nazwana jego imieniem. Premia za tegoroczny rajd miała być przeznaczona na dobudowę drugiego piętra szkoły. Po zakończeniu rajdu miał dołączyć do księdza Arturo Buresti, byłego misjonarza w Afryce, z którym założyli stowarzyszenie „W dobrych rękach” dla realizacji swoich projektów.
Miał dołączyć..., ale we wtorek 11 stycznia, podczas 11 etapu rajdu, zdradziła go niewielka wydma piasku. Przewrócił się ze swoim motorem.

Nawet jego „wielkie serce” nie wytrzymało uderzenia.

Ksiądz Arturo był od lat kierownikiem duchowym Fabrizio Meoniego; kiedy ten jako dziecko był ministrantem i gdy już jako dorosłego wprowadzał na drogę dobroczynności. „Zawsze mi mówił: – Ojcze, otworzyłeś mi moje serce. Ja mu odpowiadałem: – Nie. Pokazałem ci tylko drogę, ale to ty poszerzyłeś moje serce. W tej strasznej chwili żona Fabrizia, Elena, uklękła i powiedziała mi: – Ja wierzę w życie wieczne i zmartwychwstanie. Jestem pewna, że Fabrizio jest w niebie”.
Ktoś na stronie internetowej Fabrizio Meoniego napisał: „Żegnaj, Fabrizio, zobaczysz, tak dobrze będziesz jeździł również w raju”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama