Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Życie za Żyda

Ci Polacy pomagali Żydom. Za karę Niemcy spalili ich żywcem: tatę, mamę i pięcioro dzieci.

Czternastoletniej Jance udało się jakoś wyskoczyć z płonącego domu. Ruszyła biegiem przez podwórko. Ale zaraz skosiły ją strzały. Niemieccy żandarmi zdarli jej z nóg nowe oficerki z lśniącymi cholewami, które właśnie sprawił Jance ojciec. Potem żandarm chwycił dziewczynę za warkocz i zaciągnął ją z powrotem w płomienie. Tak zginęli Kowalscy z Ciepielowa, wsi na ziemi radomskiej.

Patrzcie, jak giną

– Ludzie na Zachodzie często słyszą o „polskim antysemityzmie”, o Jedwabnem. Ale czy ktoś słyszał o rodzinie Kowalskich z Ciepielowa? – pyta Krzysztof Noworyta, kierownik działu programowego Narodowego Centrum Kultury. Centrum wraz z IPN organizuje akcję upamiętnienia Polaków, którzy oddali życie za ratowanych przez siebie Żydów. 4 grudnia [2007 r.] minęła 65. rocznica założenia przez polskie podziemie Rady Pomocy Żydom. A 6 grudnia przypada 65-lecie niemieckiej zbrodni w Ciepielowie. Powstał właśnie dokumentalny film o Polakach ratujących Żydów „Życie za życie”. Wkrótce ukaże się też książka.
Kowalscy byli tylko jedną z czterech rodzin, które żywcem spłonęły tego dnia w gminie Ciepielów. Niemcy zamordowali tam 33 osoby. W większości dzieci. Na zachodzie Europy Niemcy nie karali śmiercią za pomaganie Żydom. Mimo to było tam niewielu chętnych do ich ukrywania. A nawet gorzej: francuski rząd Vichy, który współpracował z Hitlerem, z własnej inicjatywy kazał wyłapywać Żydów i dostarczać ich Niemcom.

Tymczasem Polaków Niemcy zabijali nawet za podanie Żydom stłoczonym w pociągu wiadra wody. Mimo to właśnie Polacy dostali najwięcej medali „Sprawiedliwy wśród narodów świata” za ratowanie Żydów: ponad 6 tysięcy. – Wiadomo, że około 2,5 tysiąca Polaków zapłaciło życiem za pomaganie Żydom. Z nazwiska jest znanych w przybliżeniu połowa z nich – mówi Mateusz Szpytma, historyk IPN, autor książki „Sprawiedliwi i ich świat”, która trafi do księgarń 20 grudnia. Szpytma opowiada w niej m.in. o rodzinie Ulmów z Markowej niedaleko Łańcuta.

Niemcy w 1944 roku rozstrzelali ich, bo ukrywali na strychu ośmioro Żydów. Zginęły też dzieci Ulmów: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia i siódme w łonie matki. To był już dziewiąty miesiąc. Sąsiedzi pochowali ich nocą. „Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulmy stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka” – zeznał po wojnie jeden z sąsiadów. Po morderstwie jeden z żandarmów, zgermanizowany Czech Joseph Kokott, powiedział po polsku do sąsiadów ofiar: „Patrzcie, jak polskie świnie giną – które przechowują Żydów”.

Niemce jadą!

Kowalscy z Ciepielowa i ich sąsiedzi zostali zabici jeszcze okrutniej. Żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają. Marian Kosior z Rekówki koło Ciepielowa miał wtedy 12 lat. O poranku starszy brat kazał mu pobiec z ostrzeżeniem do krewnych w drugiej części wsi, że jadą do nich Niemcy. Tak działał wtedy swoisty system alarmowy: Polacy pracujący w urzędzie gminy czasem wiedzieli z wyprzedzeniem, co ma się stać. W niemieckiej żandarmerii w Ciepielowie służył też przez pewien czas mówiący po polsku Ślązak, który współpracował z miejscowymi chłopami.

Marian rzucił się więc do szalonego biegu przez pola. Po kilku minutach dotarł do domu Skoczylasów. Mieszkali w nim też Stanisław i Marianna Kosiorowie z dziećmi, kuzynami Mariana. Chłopak zwrócił uwagę, że czarny pies, który pilnował obejścia Skoczylasów, strasznie ujadał. Jeszcze kilkanaście kroków i zadyszany Marian wpadł do sieni. – Ale w mieszkaniu już były Niemce. I co tu powiedzieć? Taka mi przyszła myśl, że powiedziałem, że po pieniądze przyszedłem – wspomina dziś Marian Kosior.
Stryj Mariana, Stanisław Kosior stał, trzymając na ręku dziecko. – Stryjo powiedział: „nie mom pieniędzy”. Wtedy Niemce kazały mi usiąść na ławce i czekać – mówi pan Marian.

Oczekiwanie trwało wiele godzin. Niemieccy żandarmi czekali, aż do domu wrócą Skoczylasowie, którzy pojechali pracować do sąsiedniej wsi. – W końcu jeden Niemiec poszwargotoł, poszwargotoł, i mnie puściły. Niemce kazały mi iść do domu. Wszedłem na górkę, patrzę: a tam już się pali – mówi pan Marian.
To, co się tam stało, widziała też z daleka Zofia Pliwka, sąsiadka. Miała siedem lat. – Moja siostra Henryka poszła tam odwiedzić wuja, zanim się wszystko zaczęło. I już jej nie wypuścili. Miała 13 lat – wspomina. – Poszłam tam, wołałam: „Heńka, wracaj do domu!”. Ale w sieni na krześle siedzioł Niemiec i mnie do środka nie wpuścił – mówi.

W końcu nad stodołą Skoczylasów pojawił się dym. Zosia jeszcze nie przypuszczała, że w środku zostali zamknięci ludzie. W tym także jej siostra. Też została spalona żywcem. Tylko dlatego, że zaplątała się między dzieci Skoczylasów i Kosiorów, którzy pomagali Żydom. Dwóm zamkniętym w stodole chłopcom udało się jednak wyłamać jedną z desek. Wybiegli na zewnątrz. – Mietek uciekał w stronę drugiej części wsi, przez pole. A Jasio chciał uciekać do lasu, ale tam nie dobiegł – mówi pani Zofia. Niemieccy żandarmi strzelali do chłopców, jak do zajęcy. Trafili. – Mietka zostawili na polu, a ciało Jasia wrzucili z powrotem do ognia – mówi ich kuzyn Marian Kosior. – Jasio miał 10 albo 11 lat. Mietek był jeszcze młodszy – dodaje. Ocalało jednak dwoje dzieci, których nie było wtedy w domu: Bronia i Józek. W jaki sposób pomagała Żydom ich rodzina? Nie było to ukrywanie na stałe. Gospodarze czasami ich nakarmili, czasem pozwalali przenocować w piwnicy. To Niemcom wystarczyło, żeby chłopów ukarać śmiercią.

Janek ratuje życie

 

Gdyby dziadek nauczycielki polskiego Agnieszki Kowalskiej nie wyszedł wtedy wcześniej do pracy, nie spotkalibyśmy się z nią dzisiaj. Był świt 6 grudnia 1942 roku. Dziadek nazywał się Janek. Miał 17 lat. Działo się to w Ciepielowie. – Mój dziadek uczył się szyć. Ponieważ przed świętami było tego szycia więcej, musiał pójść do pracy wcześniej – mówi Agnieszka. – To było dwa domy dalej. Więc wszystko, co później się stało, dziadek widział przez okno – dodaje.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • S_O
    07.02.2018 15:30
    "Przejrzałem 1200 teczek podejrzanych o kolaborację z Niemcami. I nie trafiłem tam na przypadek, aby ktoś wydał sąsiada ". Prof. Gross przejrzal tez setki oświadczen i twierdzi coś calkowicie przeciwnego "przeczytałem setki zeznań ocalałych, ale nie pamiętam ani jednego, w którym autor nie opisałby episodu zdrady, szantazu czy denuncjacji ze strony swoich rodaków z Polski" (Rzeczpospolita, 06.02.2018)

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama