GN 47/2020 Archiwum

Kim jest ten gość za kierownicą?

Królowie szos? Czy może wykorzystywani do granic biali murzyni? Kim są ludzie, którym powierzają swoje życie pasażerowie, ruszający autokarami na krańce Europy?

Cztery godziny jazdy, cztery godziny odpoczynku, znów cztery godziny kierowania autobusem i znowu cztery godziny za kierownicą autokaru siedzi zmiennik. W sumie do 21 godzin w pracy. A potem co najmniej 9 godzin postoju i sen, często w dziupli, nazywanej kabiną sypialną, do której wchodzi się przez niewielki otwór przy schodach do autokaru. (Większość twierdzi, że to nawet dość wygodne). I tak przez kilka dni na okrągło, potem minimum 45 godzin obowiązkowego wypoczynku. To wszystko za około 2,5 tys. zł miesięcznie na rękę, z tego wynagrodzenie to 900–1300 zł, a reszta to diety. Podobnie wychodzą ci, którzy są na tzw. samozatrudnieniu, ale żeby zarobić, muszą wciąż być w trasie. – Z trzydziestu nocy w miesiącu we własnym łóżku spędzam siedem – mówi Zbyszek. – A ja dziesięć – dodaje jego kolega po fachu.
Co na to żony, dzieci? – Żona, hm... musiała się przyzwyczaić. Jak żona górnika. Z czegoś przecież trzeba żyć – mówi jeden z kierowców.

Bigos w Lourdes
– Ostatni raz byłem na urlopie, kiedy najmłodsze dziecko miało 7 lat. Teraz ma 12 – mówi Henryk, prawie 30 lat za kierownicą. Jego koledzy dodają, że ich żony często nie pracują, bo kiedy ojca stale nie ma w domu, a dzieci są małe, to kobieta nie ma czasu, żeby zająć się własną karierą zawodową. Musi natomiast zadbać m.in. o żołądek swego męża. – Siedzę sobie np. w Lourdes i mówię: „Dziś mam ochotę na bigos. Albo fasolkę po bretońsku!”. I wyciągam słoik przygotowany przez żonę – uśmiecha się Staszek.

Niektórzy szoferzy narzekają na takie życie, inni – nie. Z rozmów wynika, że od kierowców obsługujących wycieczki trochę lepiej mają się ci, którzy jeżdżą autobusami liniowymi. Liniowe maszyny są na ogół nowsze, a kierowcy lepiej wynagradzani. – Jestem zadowolony z tej pracy – mówi Tadeusz Banasik, kierowca z blisko 30-letnim stażem, pracujący dla firmy Pastuszak, która obsługuje biuro podróży Becker Reisen. – Czuję się niedowartościowany, bo zarabiam mniej, niż powinienem, a pracuję więcej, niż powinienem. Chociaż mój szef jest w porządku, bo płaci, a są tacy, którzy nie płacą. A na lepszy wóz go nie stać, bo kontrahenci, biura podróży, nie płacą mu na czas – mówi Grzegorz. Uważa przy tym, że gdyby porównać sumy kilometrów z licznika autokaru i z tarcz tachografu, to w żadnej firmie się to nie zgodzi, nawet gdyby dać 500-kilometrowy margines na dojazdy do serwisu itp.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama