Cztery godziny jazdy, cztery godziny odpoczynku, znów cztery godziny kierowania autobusem i znowu cztery godziny za kierownicą autokaru siedzi zmiennik. W sumie do 21 godzin w pracy. A potem co najmniej 9 godzin postoju i sen, często w dziupli, nazywanej kabiną sypialną, do której wchodzi się przez niewielki otwór przy schodach do autokaru. (Większość twierdzi, że to nawet dość wygodne). I tak przez kilka dni na okrągło, potem minimum 45 godzin obowiązkowego wypoczynku. To wszystko za około 2,5 tys. zł miesięcznie na rękę, z tego wynagrodzenie to 900–1300 zł, a reszta to diety. Podobnie wychodzą ci, którzy są na tzw. samozatrudnieniu, ale żeby zarobić, muszą wciąż być w trasie. – Z trzydziestu nocy w miesiącu we własnym łóżku spędzam siedem – mówi Zbyszek. – A ja dziesięć – dodaje jego kolega po fachu.
Co na to żony, dzieci? – Żona, hm... musiała się przyzwyczaić. Jak żona górnika. Z czegoś przecież trzeba żyć – mówi jeden z kierowców.
Bigos w Lourdes
– Ostatni raz byłem na urlopie, kiedy najmłodsze dziecko miało 7 lat. Teraz ma 12 – mówi Henryk, prawie 30 lat za kierownicą. Jego koledzy dodają, że ich żony często nie pracują, bo kiedy ojca stale nie ma w domu, a dzieci są małe, to kobieta nie ma czasu, żeby zająć się własną karierą zawodową. Musi natomiast zadbać m.in. o żołądek swego męża. – Siedzę sobie np. w Lourdes i mówię: „Dziś mam ochotę na bigos. Albo fasolkę po bretońsku!”. I wyciągam słoik przygotowany przez żonę – uśmiecha się Staszek.
Niektórzy szoferzy narzekają na takie życie, inni – nie. Z rozmów wynika, że od kierowców obsługujących wycieczki trochę lepiej mają się ci, którzy jeżdżą autobusami liniowymi. Liniowe maszyny są na ogół nowsze, a kierowcy lepiej wynagradzani. – Jestem zadowolony z tej pracy – mówi Tadeusz Banasik, kierowca z blisko 30-letnim stażem, pracujący dla firmy Pastuszak, która obsługuje biuro podróży Becker Reisen. – Czuję się niedowartościowany, bo zarabiam mniej, niż powinienem, a pracuję więcej, niż powinienem. Chociaż mój szef jest w porządku, bo płaci, a są tacy, którzy nie płacą. A na lepszy wóz go nie stać, bo kontrahenci, biura podróży, nie płacą mu na czas – mówi Grzegorz. Uważa przy tym, że gdyby porównać sumy kilometrów z licznika autokaru i z tarcz tachografu, to w żadnej firmie się to nie zgodzi, nawet gdyby dać 500-kilometrowy margines na dojazdy do serwisu itp.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








