Nowy numer 48/2020 Archiwum

Od grobu do ołtarza

Przez dziewięć dni pokonali trasę od grobu założyciela Zgromadzenia Księży Marianów do miejsca, gdzie zostanie on wyniesiony na ołtarze.

Tyle czasu potrzebowało prawie dwustu pątników, by dojść pieszo z Góry Kalwarii – gdzie trzysta lat temu zmarł sługa Boży ojciec Stanisław Papczyński – do Lichenia, gdzie w połowie września zostanie ogłoszony błogosławionym. – Jego słowa i świadectwo życia pomogły nam nie tylko przygotować się do uroczystości beatyfikacyjnych, ale i przyjrzeć się naszemu powołaniu do świętości – mówi marianin ks. Andrzej Siejak, duchowy opiekun tegorocznej pielgrzymki. Gdy prawie 30 lat temu pielgrzymka się rodziła, jej uczestnicy o ojcu Papczyńskim nie wiedzieli prawie nic. Drogę do Lichenia rozpoczynali też z zupełnie innego miejsca.

Po wojsku
Lato 1981 roku. Bogdan Owczarek, dwudziestotrzyletni mieszkaniec Grodziska Mazowieckiego, wrócił z wojska. Niechciana przez wielu młodych ludzi służba dla niego okazała się wspaniałą przygodą.
Uzdolniony muzycznie pan Bogdan trafił do Orkiestry Reprezentacyjnej Warszawskiego Okręgu Wojskowego w Wesołej koło Warszawy. Był dumny, że znalazł się wśród elity muzyków w mundurach. Na dodatek z Wesołej do rodzinnego Grodziska było niedaleko. Spośród 720 dni służby pan Bogdan aż sto spędził na przepustkach w domu.

Gdy wrócił z wojska, postanowił odwdzięczyć się za minione dwa lata. Po naradzie z rodziną i znajomymi uznał, że najlepszą formą podziękowania będzie piesza pielgrzymka do sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu. Wyruszyli w jedenaście osób. Z Grodziska Mazowieckiego do Lichenia mieli dwieście kilometrów. – O ojcu Papczyńskim wiedziałem tylko tyle, że był założycielem marianów – przyznaje dziś pan Bogdan.

Wzięli ich za „Solidarność”
Pierwszą pielgrzymkę Bogdan Owczarek wspomina tak: – Wyszliśmy w ulewę. Po przejściu kilku kilometrów ogarnęło nas dziwne uczucie: deszcz, droga i my sami. Odległość dzieląca ich od Lichenia wydawała im się nie do przebycia. Mało nie wybuchnęli śmiechem, gdy w jednej z parafii ksiądz na widok ich skromnej grupki powiedział, że wita czoło pielgrzymki. – W innym miejscu ludzie myśleli, że jesteśmy z „Solidarności” i namawiamy do kolejnego strajku albo rewolucji – opowiada dziś Owczarek. W kolejnej miejscowości mieszkańcy wzięli ich za mariawitów i chowali się przed nimi w domach, jak przed zarazą.

Po ośmiu dniach, żywiąc się na plebaniach i w prywatnych kwaterach, śpiąc na sianie, narzekając na zmęczenie i pęcherze na nogach, dotarli wreszcie do Lichenia. Zastali tłumy ludzi, którzy przyjechali z całej Polski autokarami. Kustosz ks. Eugeniusz Makulski powitał ich publicznie i dał za wzór pielgrzymowania do Matki Bożej. Do Grodziska pątnicy wrócili żukiem. Tym samym, który w tamtą stronę wiózł ich bagaże. Obiecali sobie, że za rok znów wybiorą się pieszo do Lichenia.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama