Nowy numer 32/2022 Archiwum

Wierne miłości

Były zwykłymi siostrami, ale w obliczu największej próby zachowały się w sposób niezwykły.

Nikt chyba nie poznał męczenniczek – s. M. Paschalis Jahn i jej dziewięciu towarzyszek – lepiej niż s. Miriam Zając CSSE. Jako postulatorka procesu beatyfikacyjnego przez kilka lat poszukiwała świadectw i dokumentów dotyczących ich życia i okoliczności śmierci. – Życie naszych sióstr było proste, zwyczajne, pełne wdzięczności za dar powołania. Wykonywały powierzone im obowiązki z miłością, oddaniem i poświęceniem, począwszy od prac domowych, gospodarczych, przez edukację dzieci i młodzieży, a nade wszystko niosąc pomoc chorym, cierpiącym, niedołężnym i pozostawionym samym sobie – opowiada. Wraz z wejściem wojsk radzieckich na teren Nysy nie uciekły przed działaniami wojennymi, ale pozostały z podopiecznymi. Taką postawę uznały za swój obowiązek, choć ryzyko utraty życia było niemałe.

Najwyższą cenę za swoją wierność Chrystusowi i bliźnim zapłaciło przeszło sto sióstr elżbietanek. Wszystkie zginęły z rąk czerwonoarmistów w różnych okolicznościach i z różnych powodów – w obronie własnej czystości i broniąc godności innych, którym służyły. – Niektóre zmarły na skutek doznanych udręk, a inne, wcześniej porwane i wywożone w różne miejsca, ginęły podczas ucieczki. Miejsc pochówku wielu z nich nie znamy – dodaje. Dlaczego zostało wybranych tylko dziesięć z nich? – O nich wiadomości było wystarczająco dużo, aby rozpocząć proces – wyjaśnia s. Miriam.

Długa droga

„Wyzwolenie”, jakie niosła od wschodu Armia Czerwona przedwojennym ziemiom polskim i Śląskowi, choć miało wprowadzać wyczekiwany pokój, było w rzeczywistości próbą zastraszenia i podporządkowania sobie społeczności wyzwalanych obszarów. Przemocy i gwałtów doświadczyły tysiące osób, w tym ludzie Kościoła. – Czasy, w których Bóg powołał siostry elżbietanki, były wielkim sprawdzianem miłości bliźniego wobec tych, którzy myśleli i działali inaczej niż one. To, co święte, było powodem do ich unicestwienia, a ich heroiczna śmierć woła dziś o obronę wartości chrześcijańskich i o szacunek dla każdego człowieka – zauważa elżbietanka.

Wyjaśnia, że zaraz po wojnie i przez długie lata prawda o ich męczeństwie była przemilczana. Był zakaz mówienia czy pisania na temat bestialskich zachowań żołdaków. Ludzie byli zastraszani, aresztowani, często ginęli bez wieści. W klasztorach były rewizje i niszczono archiwa, które dokumentowały zbrodnie czerwonoarmistów. – W roku 1946 siostry próbowały podjąć starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, nie było to jednak możliwe ze względów politycznych – tłumaczy s. Miriam. Kolejna próba miała miejsce w 1959 roku. – Wówczas, 31 października, przełożona generalna matka Mathildis skierowała pismo do bp. Carla Marii Spletta z prośbą o podjęcie starań związanych z otwarciem procesu sióstr elżbietanek. Zapewniła, że postara się dla niego o pełnomocnictwo u kard. Stefana Wyszyńskiego. Okazało się to niemożliwe ze względu na bardzo niesprzyjające okoliczności dla Kościoła w Polsce – zauważa. Dopiero po kolejnych 30 latach w 1989 roku otworzyły się nowe możliwości. – Na apel papieża Jana Pawła II, by wydobyć z kart historii imiona bohaterów i bohaterek, którzy ginęli w obronie wartości chrześcijańskich, w obronie ojczyzny i miłości do Boga i bliźniego, Zgromadzenie Sióstr św. Elżbiety odpowiedziało pozytywnie i z wielką wdzięcznością. Obecnej przełożonej generalnej matce Samueli Werbińskiej bardzo zależało, aby na nowo podjąć starania o beatyfikację sióstr męczenniczek jako wotum wdzięczności za ich bohaterską postawę, heroizm i odwagę – przekonuje s. Miriam, która została nominowana na postulatorkę procesu w grudniu 2010 roku.

Trudne poszukiwania

Poszukiwanie i zbieranie wszelkich możliwych dokumentów związanych z męczenniczkami wiązało się z odwiedzeniem ok. 50 miejscowości, głównie na Śląsku Opolskim. – W każdej miejscowości szukałam najpierw najstarszych ludzi, bo to oni powinni wiedzieć najwięcej. Oni jednak często odpowiadali: „Siostro, my nawet nie wiemy, jak nazywali się właściciele domu, w którym obecnie mieszkamy”. Tak to było. Niemcy uciekali na Zachód, a po jakimś czasie przywożeni tu repatrianci ze Wschodu zajmowali opuszczone domy – zauważa. S. Miriam szukała jakichkolwiek śladów – metryk chrztu, aktów urodzenia, informacji o ich rodzinach i dzieciństwie. – Odwiedzałam każdy najmniejszy budyneczek, ale informacji nie było zbyt wiele. Poza wspomnianymi metrykami chrztu o większości z męczenniczek nie udało się dowiedzieć w zasadzie nic. Zrobiłam matce generalnej spis wszystkich sióstr, które zginęły, i przy każdej z nich adnotację, ile udało się zdobyć dokumentów. Spośród grupy stu sióstr właśnie dziesięć miało najwięcej – odnalazłam ich rodziny w Polsce, w Niemczech i Czechach. Wtedy zapadła decyzja, że nie ma sensu czekać, bo szanse na odnalezienie czegoś więcej są nikłe – opowiada. Zaczęły się prace nad opracowaniem szczegółów – jak żyły, ale też jakie były okoliczności ich śmierci.

S. Miriam tłumaczy też, dlaczego przy okazji beatyfikacji męczenniczek to właśnie s. Paschalis jest wymieniona z imienia, a pozostałe to towarzyszki. – Jest rzeczą niemożliwą, aby przy nazwie sprawy, w tytule, wymieniane były z imienia i nazwiska wszystkie siostry. Natomiast w dokumentach figurują już w pełnym brzmieniu – wyjaśnia. Podkreśla też, że s. Paschalis została wskazana, bo była najmłodszą spośród kandydatek do procesu, miała bowiem zaledwie 29 lat. Zginęła w miejscowości Sobotín w Czechach. Tam jej kult był bardzo szeroko rozpowszechniony i żywy. Zebrano również sporo dokumentów mówiących o jej latach młodości, życiu, działalności i okolicznościach śmierci.

Niezwykła aktualność

Siostra postulatorka przyznaje, że studiując codziennie dokumentację mówiącą o tragedii, jaka spotkała jej współsiostry z rąk czerwonoarmistów, doszła do jednego ważnego stwierdzenia: – One musiały być tak mocno zjednoczone z Bogiem, oddychać i żyć Nim do tego stopnia, że nie lękały się w najtrudniejszym momencie swego życia powiedzieć Mu „tak”. Zachwyciło mnie całkowite zawierzenie Bogu, wierność powołaniu i oddanie siebie bez reszty drugiemu człowiekowi – podkreśla. Przekonuje, że stało się to dla niej inspiracją do duchowej odnowy i wzrostu, a także do kontroli i zweryfikowania postępowania. – Na pewno pomogły mi stać się inną – zaznacza.

Beatyfikacja dziesięciu sióstr męczenniczek elżbietańskich ma poza wymiarem duchowym także znaczenie historyczne. W ten sposób kończy się bowiem pierwszy proces ofiar systemu komunistycznego na Śląsku. – Nasze siostry są znakiem sprzeciwu wobec cywilizacji braku miłości, są jak biblijne „niewiasty mężne”, mocno zakorzenione w Bogu, stawiające czoła wobec tych, którzy z nienawiścią odnosili się do wszystkiego, co wiązało się z Bogiem i wiarą. Kościołowi niosą nadzieję na zwycięstwo dobra i miłości spełnionej dla królestwa Bożego, a dla Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety pozostają nowym powiewem ducha, nową inspiracją do głębszego i bardziej wyrazistego realizowania charyzmatu matek założycielek – mówi s. Miriam. Odnosi się również do aktualności postaci nowych błogosławionych. Zaznacza, że wojska rosyjskie robią to samo co w 1945 roku. – Przesuwają się przed naszymi oczyma te same sceny, ten sam scenariusz i ci sami reżyserzy. Panująca wokół sytuacja jest widomym znakiem od Boga, by właśnie dziś, w czasie beatyfikacji elżbietańskich męczenniczek, wypraszać przez ich wstawiennictwo prawdziwy Chrystusowy pokój. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama