GN 48/2020 Archiwum

Wiara przeniosła górę

To koniec – przemknęło przez głowę Norberta Piotrowskiego, kiedy na ruchliwej szosie pod Mszczonowem pęd powietrza spod olbrzymiego TIR-a obrócił dookoła jego inwalidzki wózek. Może trzeba było wtedy zawrócić, darować sobie Częstochowę, zapomnieć o jasnogórskiej kaplicy i złożonym ślubie… – Przecież przeżyłem. Chyba po coś? – wzrusza ramionami.

Drzwi otworzyły się cicho. Nie przechowuję w pamięci zbyt łatwo twarzy, ale tym razem nie miałem wątpliwości: Norbert Piotrowski. Widziałem go raz, w gazecie. Napisali, że 300 kilometrów do Częstochowy pokonał samotnie, na wózku. Zapomnieli dodać, że zrobił to z jedną sprawną ręką.

Z dziurą wielkościorzecha w mózgu
43-letni Norbert Piotrowski w inwalidzkim wózku spędził ostatnie dziesięć lat, chociaż do niepełnosprawności od wczesnych lat zdążył się przyzwyczaić. Dziecięce porażenie mózgowe, a później także niedokrwienny udar unieruchomiły obydwie stopy i prawą dłoń. Uszkodziły mózg na tyle, że dziś nie jest w stanie zapamiętać nawet prostych tekstów modlitw. Nosi je więc zalaminowane, pod swetrem. Razem z relikwiami św. Ojca Pio, które dostał od nieznajomej kobiety, gdy zwierzył się, że marzy o wyprawie do Rzymu.

– Skoro Ojciec Święty nie może przyjechać do Polski, ja wybiorę się do niego – zdecydował, gdy zobaczył Papieża pozdrawiającego z okna kliniki Gemelli pielgrzymów z Polski.
Obliczył, że droga zajmie mu dwa miesiące. Oczywiście, jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego. A podróż jest mordercza, zwłaszcza dla człowieka po udarze mózgu, poruszającego się na wózku inwalidzkim.

– Być może będę pierwszym niepełnosprawnym, który samotnie tego dokona. Nauczyłem się czytać mój organizm. Dam radę – zapewnia. I nie dopuszcza myśli, że z drogi do Rzymu może nie wrócić.
Jadąc do Częstochowy, nie planował postojów ani noclegów. Dwa razy bezskutecznie pukał do księżowskich plebanii. „Przecież można się było umówić, uprzedzić…”. Można, ale tak nie robi ktoś, kto bezgranicznie zaufał Panu Bogu. Ktoś, komu wiara w Opatrzność każe pokonać, powłócząc bezwładnymi nogami dwa i pół tysiąca kilometrów w skwarze i deszczu, by powiedzieć Chrystusowemu namiestnikowi, że jest najbardziej autentycznym papieżem w historii Kościoła. Inni zresztą przyjmowali go chętnie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama