Nowy numer 43/2020 Archiwum

Gdy serce stanie

Wyglądem przypomina laptopa lub walizkę. I może uratować życie.

Amerykański film akcji. Ranny w strzelaninie policjant jedną nogą już jest na „tamtym świecie”. Przyjeżdża do nowoczesnej kliniki. Lekarze robią wszystko, by go uratować. W pewnym momencie serce odmawia jednak posłuszeństwa i zatrzymuje się. Lekarz do klatki piersiowej rannego przykłada dwie – przypominające żelazko – elektrody. Prosi personel medyczny o odsunięcie się od łóżka i naciska guzik. Przez ciało pacjenta przepływa impuls elektryczny o napięciu ponad tysiąca wolt. Serce zaczyna bić. Policjant uratowany. To sytuacja mocno podkolorowana. Pokazuje jednak to, co najważniejsze. Gdy serce przestaje bić, jedynym ratunkiem może okazać się defibrylacja. Innymi słowy „kopnięcie” serca dużą dawką prądu elektrycznego. Pomaga przerwać migotanie komór i przywrócić normalny rytm serca. Wykonanie jej w pierwszych kilku minutach po utracie przytomności znacznie zwiększa szanse ocalenia chorego.

Rewolucja defibrylacyjna
Defibrylatory ze szpitali wyszły na ulice. Są inne niż te stosowane przez lekarzy, bo mówią, co trzeba robić. Na naszych oczach, dzięki wprowadzaniu automatycznych defibrylatorów zewnętrznych (w skrócie AED), dokonuje się swego rodzaju rewolucja. Dzięki „elektronicznym ratownikom” nieprzytomnemu może pomóc każdy. Wystarczy tylko uważnie słuchać komend, które urządzenia wydają. Jedno z pierwszych poleceń nakazuje przyklejenie dwóch elektrod bezpośrednio do odkrytej klatki piersiowej. Potem defibrylator analizuje rytm serca osoby, która w miejscu publicznym zasłabła i decyduje, czy konieczne jest przeprowadzenie elektrowstrząsu. Gdy urządzenie rozpozna migotanie komór, zaleca naciśnięcie przycisku powodującego wyładowanie. W tym momencie przez klatkę piersiową i serce poszkodowanego w czasie ok. 0,2 sekundy przepływa prąd o napięciu ok. 1500 wolt.

Szacuje się, że przeżywalność w przypadkach nagłego zatrzymania krążenia jest najwyższa, gdy defibrylacja nastąpi w okresie pierwszych 3 minut. Brak pomocy w tym czasie może powodować nieodwracalne zmiany w mózgu. Trzy minuty to za mało na przyjazd karetki. Ważne jest zatem, by jak największa liczba automatycznych defibrylatorów zewnętrznych znajdowała się w miejscach ogólnodostępnych. Koszt zakupu jednego AED to wydatek rzędu kilku tysięcy złotych, a to chyba niewiele, skoro może uratować ludzkie życie. W Stanach Zjednoczonych są one instalowane w wielu centrach handlowych, kościołach i urzędach. Na szczęście coraz więcej polskich instytucji podąża tym tropem.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się