Nowy numer 38/2022 Archiwum

Najlepszy sojusznik Putina

Prezydent Macron wysyła czytelne sygnały, że Ukraina powinna w imię pokoju pogodzić się z „niewielkim rozbiorem”.

To nie Węgry Orbána ani Niemcy Scholza, ale Francja prezydenta Macrona jest najlepszym sojusznikiem Putina. Po inwazji na Krym Francja nie przestała dostarczać armii rosyjskiej bezcennych dla niej instrumentów, potrzebnych do zbrodniczych działań w wojnie, która toczy się przecież nieprzerwanie od ośmiu lat. Z tego kraju pochodzą najnowsze technologie, usprawniające siły zbrojne Putina. Dostarczycielami są m.in. koncerny Thales i Safran. Sprzedają „sołdatom wyzwolicielom” kamery termowizyjne Catherine XP (to chyba na cześć Katarzyny Wielkiej, opiewanej przez Woltera i Diderota za przygotowanie pierwszego rozbioru Rzeczpospolitej). Te „katarzynki” używane są przez człogi T-72, T-90 i inne do wykrywania „celów ludzkich” w każdych warunkach pogodowych dnia i nocy. Francuzi sprzedają także systemy nawigacyjne i namierzające, pozwalające samolotom bojowym Su-30, Mig-29, a także helikopterom szturmowym feldmarszałka Szojgu skuteczniej bombardować Ukraińców (wcześniej – Syryjczyków). W odpowiedzi na podane fakty ministerstwo obrony Francji nawet im nie zaprzeczało, tylko stwierdziło, że to wszystko legalne – bo w UE wszystko, co służy interesom francuskiego biznesu, jest legalne. Zakaz eksportu broni do Rosji podobno nie dotyczy zamówień złożonych przed 2014 – zatem wolno było dostarczać dalej narzędzia codziennego zabijania Ukraińców, broniących swojego terytorium państwowego w Donbasie, nieprzerwanie od owego roku właśnie.

Prezydent Macron niedługo przed szturmem Rosji na Kijów powiedział publicznie, że NATO wchodzi w fazę „śmierci mózgowej” – z jasną sugestią, że ta strupieszała organizacja powinna już ustąpić miejsca dowodzonej przez Paryż obronie Europy (chyba przed jej obywatelami). Żadne stwierdzenie europejskiego przywódcy nie mogło bardziej ucieszyć Moskwy. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby sen Macrona i Putina o śmierci NATO się spełnił? No cóż, nie byłoby już Ukrainy. Putin negocjowałby spokojnie granice swego imperium z Paryżem i Berlinem. To właśnie myślenie kategoriami starych europejskich imperiów, nowa Tylża albo nowa Jałta (bez Amerykanów oczywiście, ale za to z Francją), wytycza wciąż model rozumowania następcy Petaina i de Gaulle’a (pamiętajmy: de Gaulle pospieszył lizać stopy Stalina już w 1944 roku i jako pierwszy uznał „legalność” sowietyzacji Polski). Te właśnie kategorie stanowią znakomite narzędzie wzajemnego zrozumienia elit politycznych dwóch ostatnich na kontynencie europejskim imperiów kolonialnych. Imperatorzy powinni się porozumieć, a „małe narodki”, jakieś „dzikusy” z Ukrainy, Polski czy Estonii nie powinny im przeszkadzać, bo tylko zakłócają interesy i piękną wizję pokoju między naturalnymi panami tego świata.

Dziś to Macron wysyła – obok dwóch politycznych emerytów, Berlusconiego i Kissingera – najbardziej czytelne sygnały, że Ukraina powinna w imię pokoju pogodzić się z „niewielkim rozbiorem”, utratą Donbasu, Krymu i „czegoś tam jeszcze”. Tak jak premier Eduard Daladier namawiał 84 lata temu w Monachium rząd czechosłowacki, żeby zaspokoił Herr Hitlera niewielkim ustępstwem w Sudetach...

Pouczająca jest lektura programu nauczania historii w maturalnej klasie liceów francuskich w roku 2022: o sztuczności granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie... Tak jest. Proszę sprawdzić: https://ehne.fr/fr/node/14359.

Materiał dla maturzystów wskazuje granicę „naturalną”: plebiscyt potwierdził odwieczną granicę niemiecką na Warmii i Mazurach (brak tylko wzmianki, że ów plebiscyt odbywał się w końcu lipca 1920 roku, kiedy wydawało się, że za chwilę szturm Armii Czerwonej wymaże znowu Polskę z mapy i wróci „naturalna” granica rozbiorów, między Rzeszą a Rosją). Jeszcze mocniej akcentuje fakt, że obowiązująca od blisko 80 lat granica zachodnia na Odrze i Nysie jest „przykładem granicy sztucznej, stworzonej przez ideologię, arbitralnie stworzonej”. „Rozdziela ona regiony, które przywykły funkcjonować razem, jak Śląsk i Saksonia, Pomorze i Brandenburgia”... Taki rewizjonistyczny „numer” nie przeszedłby dzisiaj w żadnej klasie w Niemczech. Ale we Francji można tak pisać, elegancko, w rękawiczkach, tekstem podpisanym przez doktoranta z Sorbony.

Czy już pora się bać o nasze granice w wymarzonej Europie Macrona? Na pewno taki sposób nauczania o granicach przekonuje, że przecież Donbas czy Krym, a może i Charków, może nawet Kijów (telewizja France 3 do marca tego roku nadawała reportaże ze stolicy Ukrainy z podpisem: „Kiev, Russie”) są „naturalnie” związane z Rosją. Właściwie cała „Europe Orientale” to przecież oczywista strefa dominacji Dostojewskiego, Lenina i Putina...•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy