Nowy numer 32/2022 Archiwum

Dzieciństwo utracone

Według szacunków ok. 500 mln dzieci żyje w strefach konfliktów zbrojnych. Byłoby czymś niestosownym, by ich Dzień Dziecka porównywać z Dniami Dziecka w spokojnych i sytych społeczeństwach.

To prawda, że podobne przeciwstawienia grzeszą często nadmiernym uproszczeniem. Każą bowiem patrzeć na kraje Trzeciego Świata wyłącznie przez pryzmat ubóstwa i wykluczenia. Pozwalają też na ucieczkę od zmierzenia się z ubóstwem i wykluczeniem, które są obecne również w bogatych społeczeństwach. Mieszkaniec Warszawy, Berlina czy Paryża nie musi wcale kierować wzroku na kraje afrykańskie, by zdobyć się na pomoc potrzebującym: tych nie brakuje często w najbliższym sąsiedztwie. Z drugiej strony trudno też udawać, że skala ubóstwa w krajach europejskich jest czymś porównywalnym z życiem na całkowitym marginesie postępu i rozwoju w krajach od dekad niszczonych przez wojny i skorumpowane, zupełnie niereformowalne systemy władzy. A tym samym – nie da się porównywać warunków dzieci, żyjących nawet w najbiedniejszych dzielnicach zachodnioeuropejskich miast, z warunkami permanentnej wojny i nieustannego zagrożenia w krajach, w których słowo „pokój” praktycznie nie istnieje.

Ukraina dołącza

Tegoroczny Dzień Dziecka dla 10-letniego Ilija Matwijenki z Mariupola z pewnością będzie czymś innym niż to samo święto dla większości jego rówieśników z Polski i innych krajów zachodnich. Jego matka, Natalia, zmarła w jego ramionach. Wcześniej i ona, i jej syn zostali trafieni odłamkami pocisku w czasie rosyjskiego ostrzału. Chłopak miał rozerwaną nogę. Po śmierci matki trafił w ręce rosyjskich żołnierzy, ale jego babce udało się wybłagać ich, by mogła zabrać go do szpitala w Kijowie. I to tamtejsi lekarze opisali jego historię w mediach społecznościowych.

Takich historii na Ukrainie są setki, przybywa ich każdego dnia trwającej rosyjskiej inwazji. Choć Ukraina zmaga się z inwazją od 2014 roku, dopiero nowa jej odsłona, od 24 lutego tego roku, pomnożyła dramat całych rodzin i dotknęła bezpośrednio najmłodszych. Wystarczy wspomnieć, że tylko w ciągu pierwszego miesiąca nowej, pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę blisko 4,5 mln dzieci musiało opuścić swoje domy (według danych UNICEF – Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci). A nowa wojna trwa już ponad 3 miesiące, więc liczby też są zdecydowanie wyższe. To jedno z największych i najszybszych przesiedleń dzieci od czasów II wojny światowej. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, że pozostawi to trwałe ślady na przyszłych pokoleniach.

Liczba ofiar śmiertelnych wśród ukraińskich dzieci jest w tej chwili trudna do oszacowania (mówi się o kilkuset potwierdzonych przypadkach), ale samo skazanie na wygnanie, przesiedlenie czy tymczasową przeprowadzkę bez jasnej perspektywy powrotu zostawia mocny ślad w dziecięcej psychice. Jeśli dodać do tego zniszczone szpitale (kilkadziesiąt przypadków) i szkoły (ukraińskie ministerstwo edukacji mówi o 500 budynkach), braku dostępu do wody dla 1,5 mln ludzi i blisko 500 tys. dzieci poniżej drugiego roku życia, które wymagają wsparcia żywnościowego (to również szacunki UNICEF), mamy obraz dzieciństwa, którego w naszej części Europy nie zaznało żadne pokolenie od ośmiu dekad.

„Choroba dziedziczna”

Dramat ukraińskich dzieci i wydarzenia na Ukrainie są nam oczywiście najbliższe, ale przecież życie w cieniu wojny i tym samym utracone dzieciństwo dotyczy milionów dzieci w różnych częściach świata. Według publikowanych co roku raportów organizacji „Save the Children” w zasięgu działań wojennych, a nieraz na samej linii frontu żyje ok. 450–500 mln dzieci. Strefą konfliktu zbrojnego organizacja określa obszar w promieniu 50 km od miejsca, w którym w danym roku przynajmniej raz doszło do walk. Dużą wartością tych raportów (są dostępne na stronie organizacji) jest nie tylko szeroki research (za sprawą setek współpracowników działających w dziesiątkach krajów), ale również próba wielowymiarowego pokazania skutków działań wojennych w odniesieniu do najmłodszych. Bo to nie tylko kryzys humanitarny w wymiarze najbardziej podstawowym, jak brak dostępu do wody, żywności i środków higieny, ale również ślady w psychice i wykluczenie z tego wszystkiego, co mogłoby zapewnić rozwój osobisty, intelektualny, moralny i zawodowy. Utracone dzieciństwo w krajach dotkniętych permanentną wojną okazuje się niemal chorobą dziedziczoną, chciałoby się powiedzieć, w sposób naturalny. Nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, jak silny wpływ na późniejsze lata życia dziecka ma zespół stresu pourazowego (PTSD), zwłaszcza gdy dziecko jest świadkiem najbardziej brutalnych scen na polu walki, gdy na jego oczach rozrywane są ciała jego najbliższych lub gdy samo musi brać do ręki broń. Tradycyjnie do najbardziej niebezpiecznych dla dzieci krajów zalicza się Afganistan, Jemen, Somalię, Sudan Południowy, Syrię, Republikę Środkowoafrykańską, Demokratyczną Republikę Konga, Irak, Nigerię i Mali. Według raportu „Save the Children” w tych właśnie krajach w ciągu 5 lat na skutek wojen zginęło blisko 900 tys. dzieci tylko do piątego roku życia (w tym ponad pół miliona niemowląt), co oznacza, że liczba ofiar wszystkich nieletnich musi być radykalnie większa. Chodzi oczywiście zarówno o zgony na skutek bezpośrednich działań militarnych, jak i śmierć z głodu i braku dostępu do pomocy medycznej i humanitarnej. Osobnym wątkiem jest problem dzieci z karabinami w rękach – według najnowszych szacunków UNICEF na świecie jest dzisiaj ćwierć miliona dzieci żołnierzy. Z kolei ostatni raport „Save the Children” podkreśla, że rekrutowani przymusowo chłopcy i dziewczynki są „częścią wojennej taktyki, bo sprawcy wiedzą, że w ten sposób znacznie osłabiają przeciwnika”.

Dzieci broni

Watykańska agencja Fides parę lat temu szacowała, że zjawisko to może dotyczyć nawet 300 tys. dzieci na całym świecie. W 2005 roku w Polsce ukazała się bardzo ważna praca wydana przez Komisję Episkopatu Polski ds. Misji pt. „Dzieci – ofiary wojny” pod redakcją Jarosława Różańskiego OMI. Dziś z pewnością wiele danych należałoby zaktualizować, ale czytając rozdziały poświęcone dzieciom żołnierzom, można być niemal pewnym, że skala zjawiska nie uległa dużej zmianie, nawet jeśli część opisywanych konfliktów już wygasła lub przeszła w stan zamrożenia. „Dzieci żołnierze stanowią powszechną, smutną i rozdzierającą serce historię współczesności” – pisze Paweł Szuppe w rozdziale poświęconym tej współczesnej formie niewolnictwa. „Praktyka wykorzystywania nieletnich (obu płci) w zbrojnych konfliktach występuje we wszystkich częściach świata. Są porywane z ulic, zabierane od rodziców, indoktrynowane na lekcjach. Często też zgłaszają się do armii dobrowolnie, by choć częściowo poprawić swoją sytuację materialną. Poddawane ciężkiemu szkoleniu, któremu towarzyszą akty przemocy i środki odurzające (narkotyki: marihuana, amfetamina, tabletki valium znane jako »bąbelki« lub »10-10«, kokaina), stają się niewolnikami w rękach przywódców. Uczą się musztry, obsługi karabinu, rzucania granatami, czołgania pod zasiekami, rozminowywania szlaków. Pełnią funkcje gońców, szpiegów, tragarzy, kucharzy, konkubin. Biorą bezpośredni udział w walkach, popełniając najokrutniejsze zbrodnie, nawet wobec najbliższych” – pisze autor. Bez zmian do dziś pozostaje fakt, że najwięcej przypadków rekrutowania nieletnich ma miejsce w krajach afrykańskich (ok. 120 tys. nieletnich, wśród nich 7–8-latki). Ale nie jest to zjawisko obce również w konfliktach obszaru euro-azjatyckiego i azjatyckiego czy południowoamerykańskiego. Trudno wartościować, która forma uwikłania w wojnę jest dla dzieci najbardziej uwłaczająca: kryzys humanitarny, sieroctwo, wykluczenie z szans na rozwój czy właśnie zaciąganie ich do walki z bronią w ręku. Każda z tych form oznacza w gruncie rzeczy to samo: utracone dzieciństwo, a tym samym później – w większości przypadków – utraconą szansę na dojrzałą dorosłość. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się