Nowy numer 26/2022 Archiwum

Nowa IV władza

Najbogatszy człowiek świata postanowił zostać właścicielem najważniejszego serwisu społecznościowego.

Elon Musk, promotor lotów w kosmos i samochodów elektrycznych, jest uosobieniem ekstrawagancji. W przypadku Twittera, podobnie jak poprzednich spektakularnych transakcji, poszedł na skróty, jak to ma w zwyczaju. Uwielbia tweetować, więc zamiast chleba postanowił kupić całą piekarnię. „Wolność słowa jest podstawą funkcjonowania demokracji, a Twitter jest cyfrową agorą, gdzie sprawy istotne dla ludzkości są dyskutowane” – napisał w oficjalnym oświadczeniu (oczywiście na Twitterze), nie pozostawiając wątpliwości, że ten zakup różni się od innych. I teraz wszyscy zachodzą w głowę, co miał na myśli, dodając: „Z niecierpliwością czekam na współpracę z firmą i społecznością użytkowników, aby go odblokować”.

Pierwszą reakcją był strach. Twitter, podobnie jak Facebook oraz inne globalne serwisy, jest bowiem moderowany według zasad poprawności politycznej, a Musk zapowiedział upublicznienie algorytmów, według których dokonywana jest tu selekcja informacji. I pełną wolność słowa. Thierry Breton, komisarz Unii Europejskiej ds. rynku wewnętrznego, skomentował: „Odblokowanie tak, ale na naszych warunkach”. Serwis ma być moderowany jak dotąd, inaczej zastosujemy sankcje – zagroził. Pod protestem wobec wolnościowych planów Muska podpisało się 26 najbardziej wpływowych lewicowych organizacji pozarządowych, wezwano też największych reklamodawców do bojkotu, gdyby Twitter zamienił się w Hyde Park (choć de facto jest nim cały czas). Entuzjazm za to zapanował w środowiskach konserwatywnych, dotąd systemowo marginalizowanych przez algorytmy na Twitterze. Strach jednych i euforia drugich wydają się jednak mocno przesadzone. Albowiem zarówno to, co dobre, jak i to, co złe na Twitterze, jest wpisane w jego naturę.

Wyłączone bezpieczniki

Serwis społecznościowy udostępniający usługę mikroblogowania został uruchomiony w 2006 roku. Pięć lat później publikowano na nim już około 140 mln tweetów dziennie. Dziś kto nie ma konta na Twitterze, ten nie liczy się w biznesie, kulturze, sporcie czy polityce. No chyba że konto mu zablokowano, jak Donaldowi Trumpowi po pamiętnym szturmie jego zwolenników na Kapitol.

Bo Twitter, trafnie nazywany przez Muska agorą, cyfrowym rynkiem globalnej wioski, to coś więcej niż komunikator. Liczą się bezkonkurencyjna szybkość przekazu, jego dostępność, ale też struktura informacji, która natychmiast obrasta komentarzami, linkami, filmami. Na żywo jest ona wartościowana, widzimy udostępnienia, polubienia, hejt. Pokusa zaistnienia na Twitterze jest ogromna, nie powstrzymuje jej nawet to, że wpisy pozostają praktycznie nieusuwalne, bo są przez czujnych obserwatorów zachowywane i dalej udostępniane (zwłaszcza te, które chciałoby się usunąć). To tam składane są dziś najważniejsze polityczne deklaracje, życzenia, kondolencje, oświadczenia, sprostowania. Na nich oparte są potem newsy i serwisy informacyjne. Choć działa na nim „tylko” około 220 milionów aktywnych użytkowników (Facebook ma ich 2 miliardy), właśnie tutaj rozgrywają się najważniejsze batalie współczesnego świata. Twitter usunął pośrednika, jakim są media, wyłączył wszystkie bezpieczniki, dał złudzenie bezpośredniego wpływania na miliony odbiorców. Stał się czymś na podobieństwo nowej IV władzy, tyle że w odróżnieniu od tradycyjnych mediów przed nikim za nic nieodpowiadającej.

Kłamstwo społecznościowe

Spór o tę transakcję tylko na pozór dotyczy wolności słowa. Naprawdę chodzi o to, kto ma kontrolę nad naszymi słowami, emocjami, prywatnością. Nie ma bowiem większego kłamstwa zawartego w nazwie niż „media społecznościowe”. Twitter, podobnie jak Google, Instagram, TikTok czy Facebook, jest prywatną własnością, biznesem. Eryk Mistewicz, niegdyś promotor nowych mediów, zwany Papą Twitterem, dziś zajmuje się głównie edukowaniem na temat naszych praw i obowiązków. – Nie jesteśmy właścicielami tej przestrzeni, nawet gośćmi, co najwyżej użytkownikami. Nie jesteśmy też właścicielami słów, zdjęć, emocji, które tu zostawiamy – ostrzega.

O tym, że administrator serwisu „społecznościowego” może nas w każdej chwili z niego wyrzucić, stało się wiedzą powszechną przy okazji historii z kontem Donalda Trumpa. Tysiące użytkowników na co dzień doświadczają usuwania swoich wpisów, zdjęć, linków, całych audycji – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia czy uzasadnienia. Administrator robi to… bo mu wolno, bo daliśmy mu takie prawo, niekoniecznie mając tego świadomość.

Agnieszka Kołakowska w „Teologii Politycznej” stawia sprawę jasno: „Twitter i inne media społecznościowe nie są ani »demokratycznym«, ani »niecenzurowanym« przekazem informacji: są sądem – sądem, który nie przyjmuje dowodów, zeznań ani obrony; sądem natychmiastowym i bezapelacyjnym”. Nowa IV władza nie tylko pozwala, wręcz inspiruje anonimowe masowe ataki w mediach społecznościowych, bo na nich zarabia. Moderacja polega jedynie na regulowaniu ruchem: kto może być obiektem ataku, a kto jest przed nim chroniony. Nie ma to wiele wspólnego z demokracją. Twitter bardziej niż agorę przypomina dziś ring. Obserwujemy zawodników okładających się pięściami, nie widać sędziego. Ale on jest.

Państwo potrzebuje nas

Donald Trump już zapowiedział, że nie jest zainteresowany powrotem na Twittera. Promuje własny serwis (oczywiście „społecznościowy”). Ale prawda jest taka, że nie ma dokąd uciekać. Staliśmy się zakładnikami nowej IV władzy, choć w różnym stopniu. Nawet papież i prezydent największego światowego mocarstwa publikują swoje oświadczenia na Twitterze – bo tam zostaną zauważone. Z kolei Facebook stał się dla milionów użytkowników domowym archiwum, kalendarzem, źródłem filmów, ale także narzędziem, przez które rejestruje się do innych firm czy instytucji. Oba serwisy nie są własnością żadnej społeczności ani wspólnot, choć dysponują ogromną władzą. Jej dysponentami są miliarderzy – Zuckerberg i być może Musk. Mogą śmiało deklarować: „My już nie potrzebujemy państwa, to państwo potrzebuje nas”.

Szef Facebooka toczy obecnie boje z Kongresem Stanów Zjednoczonych i Komisją Europejską. Elon Musk – jeśli kupi Twittera, a potem wyjmie go spod kontroli lewicowej inkwizycji – też może mieć kłopoty, ale nie widać, by się ich specjalnie obawiał. On może faktycznie powiedzieć, że państwo (i to nie jedno) go potrzebuje, że broni demokracji, choć nie za pośrednictwem Twittera, ale… swoich systemów satelitarnych Starlink. Musk udostępnił je ukraińskiej armii i niewątpliwie ma udział w jej sukcesach. Jeśli ktoś jest w stanie w taki sposób wpływać na losy świata, nie musi się obawiać pogróżek lewicowych intelektualistów i brukselskich urzędników. Z drugiej jednak strony nie wolno zapominać przestrogi Johna Actona, że „każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie”.

Nie wiadomo, czym może się stać Twitter w rękach Elona Muska. Nie brak takich, którzy przypisują mu bardzo przyziemne motywacje: możliwość blokowania konkurencji. Twitter to bowiem także przestrzeń komercyjna. Jest mało prawdopodobne, że zapanuje tu nowa moderacja, promująca wartości konserwatywne i banująca szaleństwa nowej lewicy. Musk nie jest bowiem wzorem cnót, jak ognia unika też zajmowania jednoznacznego stanowiska w kluczowych kwestiach – np. ochrony życia. Woli Teksas od Kalifornii, nie ze względów kulturowych, lecz podatkowych. Zapewne dobrze się bawi, obserwując popłoch liberalnego establishmentu, ale raczej krzywdy mu nie zrobi.

O wolne słowo

Za to nam wszystkim, z lewa i z prawa, nie zaszkodzi kuracja odwykowa od Twittera, jako miejsca szybkich i brutalnych sporów, niezweryfikowanych informacji, fejkowych kont i anonimowych trolli. Czas też wreszcie odczarować fetysz walki o wolność słowa. Nic jej w cyfrowym świecie nie zagraża (poza ruskim mirem). No chyba że zależy nam na słowie wolnym – w znaczeniu nie szybkim, pochopnym, nieprzemyślanym. Wtedy tak, walczmy o roztropność, namysł, refleksję i odpowiedzialność za słowa. Nie tylko dziennikarzy czy polityków, ale nas wszystkich, użytkowników mediów „społecznościowych”, poddanych nowej IV władzy.

Może to także dobry czas na powrót do tych „starych”, tradycyjnych, nieanonimowych mediów, które za swoje pośrednictwo w przekazywaniu informacji ponoszą pełną odpowiedzialność. Tak też radzi cytowana już Agnieszka Kołakowska: „Znów wygrały pieniądze, wpływy, biznes, władza. Co pokazuje, że ani tu, ani tam media społecznościowe nie mają nic wspólnego z wolnością wypowiedzi. Idę kupić gazetę”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama