Nowy numer 25/2022 Archiwum

Dominikanin z Kijowa: "Ten czas to dla nas wielkie błogosławieństwo"

"Bóg działa z reguły tak, że zwiększa miłość równocześnie z naszymi czynami: kto działa zgodnie z miłością, może być pewien, że Bóg jego miłość zwiększy. To się rzeczywiście dzieje. Jeśli masz w sobie choć odrobinę miłości i zgodnie z miłością działasz, możesz być pewien, że Bóg ją w tobie pomnoży".

Ostatnie dni w Kijowie zrobiły się niespokojne. Częściej słychać dźwięk wyjących syren, co oznacza ryzyko ataku z powietrza. Mam wrażenie, że więcej jest też odgłosów walk toczonych na obrzeżach miasta, różnych eksplozji, szumu i huku czegoś latającego w okolicy. Chociaż dzisiejsze błękitne niebo nad Kijowem wydawało się być absolutnie czyste i napełnione promieniami słońca. Te dźwięki wywołują niepokój. Ludzie zatrzymują się, rozglądają, nasłuchują czy to gdzieś u nas czy jednak dalej. Wszyscy chyba przyzwyczailiśmy się to tej wojennej złowrogiej symfonii.

ATAK ROSJI NA UKRAINĘ [relacjonujemy na bieżąco]

Wczesnym rankiem obudziły nas w klasztorze głośne wybuchy. Śpiący w piwnicy mówili, że dało się odczuć drżenie fundamentów. Okazało się, że w budynki, sąsiadujące z najbliższą do nas stacją metra, uderzyły rosyjskie rakiety. Po śniadaniu poszedłem przekonać się, co się stało. To tylko 10 min. spacerem od nas. Mogłem na własne oczy zobaczyć jak niszcząca jest siła tej broni. Rakieta wpadła w dach budynku, ale w promieniu kilkuset metrów powybijane były prawie wszystkie szyby. Stacja metra została zdemolowana. Ludziom spędzającym tam noc nic się jednak nie stało, bo perony znajdują się głęboko pod ziemią. Ucierpiały nawet miejsca, zdawałoby się bezpieczne, osłonięte innymi budynkami od epicentrum wybuchu. Oprócz policji i garstki lokalnych gapiów, takich jak ja, pojawiło się wielu dziennikarzy z całego świata, ubranych w kamizelki kuloodporne z napisem „Press”, z hełmami na głowach. Prawdziwi reporterzy wojenni. Pracowali, a ja patrzyłem na miejsca, które świetnie znam. Na szczęście atak był około 5 rano, kiedy ze względów na godzinę policyjną, nie było ludzi na ulicach.

Kiedy zadzwoniłem do o. Miszy, stwierdził, że gdyby, nie daj Boże, coś takiego stało się w okolicy naszego kościoła w Fastowie, to z klasztoru, który jest dostosowanym do życia barakiem, nie zostałoby nic. Zobaczenie na własne oczy niszczącej siły wojny uczy pokory i zachęca, by nie lekceważyć zaleceń władz wzywających do chowania się w bezpieczne miejsca na czas ogłaszanych alarmów.

Ostatnie dni to dla wielu z nas zajmowanie się wolontariatem. Wraz z mieszkającymi pod dachem kijowskiego klasztoru osobami zdobywamy jedzenie i inne konieczne do życia rzeczy, a później rozwozimy je potrzebującym. Przede wszystkim osobom starszym, chorym, matkom z dziećmi. Część rzeczy zawiozłem po południu w okolice dworca, do miejsca, gdzie przyjeżdżają autobusy ze zniszczonych podkijowskich miast, przywożąc ewakuowanych ludźmi. Podwożąc dziś samochodem do katedry o. Oleksandra, skąd miał przesiąść się do busa wyładowanego odzieżą i zawieść ją do centrum wolontariatu, usłyszałem od niego, że ten czas to dla nas wielkie błogosławieństwo. Zgadzam się z nim. Przez te dni, jak wielu moich sióstr i braci, nigdy nie żałowaliśmy, że znaleźliśmy się tu i teraz w Kijowie, Fastowie i innych miejscach Ukrainy. Oczywiście, że martwimy się, współczujemy cierpiącym, irytuje nas podłość wroga, nie możemy spać a czasem jeść z nerwów, ale widzimy, że jest to wielki dar i błogosławieństwo dla nas.

Przed chwilą zadzwoniłem do s. Damiany, dominikanki z Fastowa i zapytałem ją: „Żałowałaś, że jesteś tu teraz?” Bez chwili wahania odpowiedziała: „Nigdy! Od początku wiedziałam, że to jest moje miejsce i mam tu być”. Podobnie s. Augustyna. Wybuch wojny zastał ją w Polsce, skąd pochodzi. Nie wytrzymała tam długo. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, wsiadła do transportu humanitarnego i wróciła do Fastowa. Br. Igor, rodem z Doniecka, o którym kiedyś już pisałem, prosił mnie i prowincjała, by mógł jak najszybciej otrzymać asygnatę do Wikariatu Ukrainy. Przyjechał z Krakowa do Fastowa pociągiem, z niewielkim plecakiem. „Nawet komputera nie zabrałem – opowiadał mi dwa dni temu – ale wiedziałem, że przecież w klasztorze jakiś się znajdzie”.

Patrzę na dziewczyny i chłopaków, którzy mieszkają pod naszym klasztornym dachem w Kijowie, na wolontariuszy i pracowników Domu św. Marcina w Fastowie. Wiedzą dla czego i dla kogo tutaj są. Wczoraj wieczorem, wziąłem do ręki niewielką książkę autorstwa o. Innocentego Marii Bocheńskiego OP „De Virtute Militari. Zarys Etyki Wojskowej”, napisaną w przededniu wybuchu II wojny światowej. Czytając, zatrzymałem się nad stwierdzeniem: „Miłość jest sprawnością, której nie można nabyć przez samo ćwiczenie, ale którą otrzymujemy od Boga z łaską. Bóg działa przy tym z reguły tak, że zwiększa miłość równocześnie z naszymi czynami: kto działa zgodnie z miłością, może być pewien, że Bóg jego miłość zwiększy”. To się rzeczywiście dzieje. Jeśli masz w sobie choć odrobinę miłości i zgodnie z miłością działasz, możesz być pewien, że Bóg ją w tobie pomnoży. Mam nadzieję, że wielu czytelników moich listów, którzy pomagają dziś tak ofiarnie siostrom i braciom Ukraińcom, też tego doświadcza.

Jestem poruszony wielkim sercem braci Jonathana i Patricka, dominikanów z Prowincji św. Józefa z USA, którzy przylecieli do Polski i od kilku dni na polsko-ukraińskiej granicy pomagają uchodźcom wraz z humanitarną misją Rycerzy Kolumba. Nie udało nam się spotkać i nie wiem czy się uda w najbliższym czasie, ale bracia ze Lwowa mówili, że amerykańscy dominikanie planowali ich odwiedzić. Obiecali też dostarczyć mnóstwo różańców. Opowiadał mi o. Tomasz, że we Lwowie niektóre osoby, które przygarnęły do swoich domów uciekających przed wojną rodaków, nie tylko dają im wikt i opierunek, ale również uczą modlitwy. Różańce się przydadzą.

Kiedy podczas kontroli na ulicach Kijowa jestem pytany przez wojsko lub policję czy nie przewożę broni, z uśmiechem odpowiadam że nie, choć mógłbym powiedzieć, że moją bronią jest właśnie różaniec, noszony teraz zwykle na ręku. Nie mówię tego na głos, by nie denerwować naszych dzielnych chłopców, którzy nie stoją tam przecież dla zabawy. Dzisiaj, kiedy jechałem na zakupy, podczas pierwszej porannej kontroli zostałem zaskoczony, bo pan z karabinem nie powiedział do mnie jak zwykle: „proszę o dokumenty”, ale zapytał: „jak sprawy?”, czyli takie nasze: „co u Ciebie?”. Miłe to i normalne.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama