Nowy numer 21/2022 Archiwum

Bitwa pod Lednicą

Dopóki żył ojciec Jan Góra, istniała „unia personalna”. Reprezentował zakon i był prezesem stowarzyszenia, które założył. Po śmierci dominikanina doszło do przepychanek o to, kto jest właścicielem lednickiego dziedzictwa.

Szkoda, że informacja o ciągnącym się od dawna sporze między dominikanami a stowarzyszeniem Lednica 2000 ukazała się w mediach w tym samym czasie co news o tym, że młodzi spotkają się 4 czerwca pod Rybą. Naprawdę szkoda. Media od razu podchwyciły temat i szeroko rozpisywały się o sporze, który powinien być wyjaśniony bez setek komentarzy wszystko wiedzących internautów. O co poszło?

Unia personalna

– Dopóki żył ojciec Jan Góra, istniała swoista unia personalna – opowiada o. Wojciech Surówka, odpowiedzialny za spotkania lednickie. – Z jednej strony reprezentował on zakon z 800-letnią tradycją, a z drugiej był prezesem stowarzyszenia, które sam powołał do życia. W chwili jego nagłej śmierci „unia” przestała istnieć, a relacje między dominikanami a stowarzyszeniem niestety nie zostały dookreślone… 

Jak pokazało życie, to właśnie okazało się źródłem sporu. Ojciec Góra zawarł z klasztorem w Poznaniu umowę użyczenia na 15 lat lednickich nieruchomości. – O punkt zapalny było niezwykle łatwo. Jedynym aktem, który określał nasze relacje, była umowa użyczenia. Zawieszenie broni trwało 5 lat – opowiada o. Wojciech. – Już w chwili, gdy na Polach Lednickich powstał dom, doszło do niejasnej sytuacji, bo nie było wiadomo, kto jest jego gospodarzem. Właścicielem jest klasztor poznański, więc dominikanie, którzy stworzyli tu dom zakonny, chcieli mieć możliwość podejmowania decyzji. Tymczasem stowarzyszenie twierdziło, że jest moralnym właścicielem Pól Lednickich, a my pozostajemy nim jedynie formalnie.

Sytuacja nie jest zerojedynkowa. Słucham obu stron konfliktu i każdej z nich przyznaję część racji. Członkowie Stowarzyszenia Lednica 2000 (osoby uczestniczące w tworzeniu dzieła od początku: prawnicy, przedsiębiorcy, fundatorzy ośrodka) przekonują, że to świeccy tworzyli dzieło od podstaw. Problemem było to, że były to osoby zwołane przez o. Górę, który był buforem między rzeczywistością ich świata i klasztoru. Gdy go zabrakło, powstała patowa sytuacja. Ludzie, których zgromadził wokół siebie, zaznaczali, że czują się spadkobiercami jego dzieła. Wystarczy zresztą zerknąć na oświadczenia obu stron sporu, by zauważyć, jak ważne jest dla nich podkreślanie, kto jest organizatorem czerwcowych spotkań.

– Czy sporu można było uniknąć? Myślę, że tak. Zabrakło zrozumienia tego, jak wielką rolę na Lednicy odgrywali świeccy – wyjaśnia Andrzej Ranke, sekretarz i jednocześnie rzecznik prasowy stowarzyszenia. – Działaliśmy dosyć dyskretnie i sporo ludzi nie wiedziało o tym, jak ważne było nasze zaangażowanie. Od początku dzieło Lednicy o. Jan Góra tworzył przy ogromnym udziale świeckich i dla świeckich. To oni ufundowali ośrodek na Polach Lednickich, otwarty przez cały rok jako centrum wszelkich działań związanych z Lednicą i jej misją. Na potrzeby zarządzania ośrodkiem i organizacji czerwcowych spotkań na Polach Lednickich, o. Jan Góra założył stowarzyszenie skupiające osoby zaangażowane w dzieło Lednicy i został jego pierwszym i dożywotnim prezesem. Na mocy umowy obowiązującej do 2027 roku Stowarzyszenie Lednica 2000 im. o. Jana W. Góry OP odpowiada za zarządzanie, finansowanie i utrzymanie ośrodka, który formalnie jest własnością klasztoru dominikanów w Poznaniu. Również na stowarzyszeniu przez lata ciążyła odpowiedzialność prawna, finansowa i organizacyjna za czerwcowe spotkania młodych na Polach Lednickich.

– Dopóki żył Jan Góra, kwestia była przejrzysta. To on zwoływał młodych pod Rybę. Po jego śmierci zaczęły się problemy. Punktem zapalnym była chwila, gdy powiedziałem, że nie będę uczestniczył w zbiórce pieniędzy na ośrodek, jeżeli nie trafią one na konto dominikanów – dopowiada o. Surówka. – Wyjaśniałem, że to my, bracia dominikanie, firmujemy to dzieło nazwiskami, habitami, a pieniądze jako zakon możemy przekazać stowarzyszeniu. Nie udało się osiągnąć porozumienia w tej sprawie. Drugą niezwykle ważną kwestią było nieoddanie lednickiego ośrodka do użytkowania (poza jednym małym budynkiem). Wciąż jest on w budowie, czyli tak naprawdę przyjmujemy młodych na terenie budowy. Obowiązek doprowadzenia jej do końca spoczywa na inwestorze, czyli klasztorze, ale w marcu 2020 roku stowarzyszenie zobowiązało się, że ją dokończy. Do kwietnia 2021 roku nie miałem żadnej informacji, by cokolwiek zostało zrobione. Słyszałem, że są problemy z architektem, ale okazało się to jedynie zasłoną dymną. Gdybyśmy wiedzieli, że stowarzyszenie nie ma zamiaru dokończyć budowy, zakon doprowadziłby ją do końca.

Wyprowadzka

– Naszym zdaniem nie było żadnego zobowiązania co do dokończenia budowy. Stowarzyszenie dostosowało do użytku jeden z budynków, by mógł być zajmowany przez dominikanów. Wykonaliśmy taki gest, choć to przecież na właścicielach, czyli dominikanach, ciąży obowiązek remontu – odbija piłeczkę sekretarz stowarzyszenia. – Gdy w czerwcu 2021 roku dominikanie zażądali rozwiązania umowy, grożąc opuszczeniem ośrodka objętego do tej pory opieką duszpasterską poznańskiego klasztoru, ich celem nie była kontynuacja misji Lednicy, ale wykluczenie osób świeckich tworzących to dzieło od 26 lat, przejęcie ośrodka i prowadzenie tam działalności zgodnej z własną wizją.

Ponieważ nie wypracowano satysfakcjonującego strony porozumienia, w lipcu 2021 roku przeor poznańskiego klasztoru o. Michał Śliż poinformował prezesa stowarzyszenia Lednica 2000 Bogdana Kowalskiego o likwidacji filii klasztoru na Lednicy, wyprowadzce braci i „bezterminowym zawieszeniu współpracy ze stowarzyszeniem”. Abp Wojciech Polak zdecydował, że w tym miejscu „dalsza działalność duszpasterska będzie możliwa dopiero po rozwiązaniu zaistniałych trudności i dojściu do porozumienia stron”. 21 grudnia 2021 roku Msza Święta w szóstą rocznicę śmierci o. Jana odbyła się w katedrze gnieźnieńskiej, a nie jak dotąd na Polach Lednickich.

Jaki kształt?

Choć w mediach czytaliśmy „o batalii o miedzę”, tak naprawdę to spór o kształt Lednicy. O to, czy zachować jej status quo, co roku stosując nieco zmodyfikowaną zasadę ctrl+C, ctrl+V (kopiuj, wklej), czy zaufać nowym odpowiedzialnym za dzieło i „robić Lednicę” po swojemu.

Przypomina to do złudzenia debatę o kształt Ruchu Światło–Życie, o to, na ile po pół wieku można kopiować wzorce opisane przez księdza Blachnickiego w latach siedemdziesiątych, a na ile traktować je jedynie jako punkt wyjścia. Nieprzypadkowo przywołuję postać ks. Franciszka. Po śmierci obdarzonego tak licznymi charyzmatami wizjonera trudno było znaleźć kogoś, kto w całości przejąłby po nim pałeczkę i w tym samym stopniu zadbał o rozwój oazy. Ojciec Góra (podobnie jak ks. Blachnicki) był wizjonerem. – Pod koniec życia ks. Blachnicki widział, że nikt nie jest w stanie złapać całości wizji ruchu – opowiada Andrzej Sionek. – Bardzo z tego powodu cierpiał. Rozmawialiśmy o tym w Carlsbergu. Po jego śmierci miałem wrażenie, że przestano się troszczyć o tę całościową wizję, która zdecydowała o tym, że oaza stała się największym duchowym poruszeniem w Europie II poł. XX wieku. Potraktowano ją jak sklep z zabawkami: każdy wziął to, co mu odpowiadało, jakąś część puzzli. Jeden pracę z rodzinami, drugi z młodzieżą, trzeci odnowę liturgii, czwarty Krucjatę Wyzwolenia Człowieka, piąty charyzmatyczność. Elementy zostały zachowane, ale oaza straciła większość swej mocy, która leżała w powiązaniu tego wszystkiego razem.

Podobnie było w przypadku Lednicy. Czy możemy się dziwić, że po śmierci scalającego środowisko ojca Jana pod Rybą zrobiła się ogromna wyrwa? „I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów…”

Co mi dacie?

Ojciec Góra, choć pochodził z Prudnika, miał charyzmat rybacki. Potrafił łowić ludzi. Miał nieszablonowe pomysły i wyjątkowy tupet, by je realizować. – Ciągnąłem do papieża po wsparcie dla moich szaleństw – opowiadał mi. – Po to, by pobłogosławił mą płonąca głowę i rozedrgane serce. I błogosławił. Widząc to, inni zaczynali mi pomagać. Jeden z jubilerów ufundował kościół na Jamnej”.

Dominikanin miał zdolność do wynajdywania pieniędzy, sponsorów, fundatorów. Pamiętam, jak z tupetem wparował do Wydawnictwa św. Jacka, otworzył szafę z książkami i głosem nieznoszącym sprzeciwu rzucił: – Co mogę wziąć dla mojej młodzieży?

– Jeśli młodzi zapuszczą korzenie w Chrystusie, o resztę jestem spokojny – opowiadał dominikanin, zżymając się, gdy media nazywały Lednicę „eventem”. Ileż razy pisałem o owocach tego spotkania: o nawróceniach czy powołaniach, które zakiełkowały pod Rybą. To świeccy łożyli na dzieło, stali się jego fundatorami. Po śmierci ojca Jana niedługo trzeba było czekać na pierwszy wybuch w bitwie pod Lednicą.

Porozumienie

Osią sporu jest to, czy dominikanie, którzy przejęli schedę po ojcu Janie, mają prawo do realizacji własnych wizji i pomysłów. Gdy dzień przed Wigilią poinformowali, że chcą 4 czerwca kontynuować spotkanie we współpracy z szeroko pojętym środowiskiem lednickim, zarząd i komisja rewizyjna Stowarzyszenia Lednica 2000 oświadczyły, że traktują tę informację jako „przejaw woli samodzielnej organizacji imprezy bez udziału ich stowarzyszenia, choć z wykorzystaniem symboli do niego należących”. Kwintesencją konfliktu jest według mnie wypowiedź Bogdana Kowalskiego, prezesa stowarzyszenia, dla Radia Poznań: „Mamy obawy, że dominikanie chcą robić Lednicę po swojemu. Boimy się, że Lednica będzie zupełnie inna”. Tak, będzie inna. Ale czy to źle?

– O tym, jak trudna jest to sytuacja, świadczy fakt, że choć od śmierci ojca Jana minęło zaledwie 6 lat, jestem już czwartym duszpasterzem lednickim. Niektórzy poprzednicy wycofywali się po roku. Czy można znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia bez przepychanki o spuściznę lednickich spotkań? Najbardziej szkoda mi młodzieży, która czuje się wkręcona w konflikt, kompletnie niebędący jej sporem – podsumowuje o. Surówka. – Myślałem nawet o tym, by zawiesić spotkania, dopóki spór się nie rozwiąże, bo nie można ewangelizować, gdy nie ma jedności. Mamy pomysł na szukanie płaszczyzny porozumienia środowiska, ale jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Musimy go przedyskutować na zakonnej kapitule, która rozpoczyna się wkrótce.

– Nie tracimy nadziei na owocną współpracę z ojcami dominikanami, pragnącymi kontynuować zainspirowane przez św. Jana Pawła II i stworzone przez o. Jana Górę dzieło Lednicy, pamiętając o tym, że jest to ogólnopolskie, całoroczne dzieło ewangelizacyjne, mające ogromny wpływ na młodych ludzi w Kościele – podsumowuje Andrzej Ranke.

Czy tego sporu można było uniknąć? Wątpię. Brakowało dookreślenia zasad, praw, kompetencji i wzajemnych zobowiązań. A przede wszystkim o. Jana, który scalał to środowisko. Szkoda tylko, że konflikt przybrał taką skalę. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się