Nowy numer 21/2022 Archiwum

Słona sól

Zawsze, gdy katolicy coś tracą, ktoś inny zyskuje. Jeśli jako Kościół przestaniemy mówić o duchowości czy chrześcijańskiej medytacji, wnet w księgarniach znajdziemy mnóstwo poświęconych jej wydawnictw. Będą stały na półce „New Age”. Natura nie znosi próżni…

Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy ruszyć tuż za naszą granicę. Ile sklepów z artykułami ezoterycznymi widziałem w Ostrawie, Pradze, ślicznym Štramberku, w którym zatrzymał się czas, czy w niemieckim pięknie odrestaurowanym Görlitz... Wahadełka, amulety, talizmany i gadżety.

„Zawsze, gdy katolicy coś tracą, ktoś inny zyskuje”. Taką intuicję zanotował Robert Barron, biskup pomocniczy diecezji Los Angeles, który ze względu na zdolność pisania w prosty sposób o zawiłych kwestiach i błyskotliwą narrację przyrównywany jest do abp. Fultona Sheena czy Chestertona. To prawda.

„My Niemcy niewierzący? My jesteśmy bardzo wierzącym narodem. Uwierzymy we wszystko, co nam podadzą” – zażartował kiedyś gorzko kard. Joachim Meisner zza naszej zachodniej granicy.

Wierzący ateiści

To niezwykle trafna intuicja. Przyznam, że nie spotkałem w życiu ludzi niewierzących. Każdy z nich w coś wierzył.

– Ateiści też wierzą – opowiadała mi przed laty ceniona biblistka prof. Anna Świderkówna. – Kiedyś zadzwonił do mnie mężczyzna podający się za ateistę. Grzecznie powiedziałam: „Rozumiem. Czyli pan wierzy, że Boga nie ma”. „Nie! Ja nie wierzę. Sam już nie wiem…” – wybąkał kompletnie zbity z tropu rozmówca. My wierzymy, że Bóg jest. Ateiści wierzą, że Boga nie ma.

Jeśli odrzucimy nadającą smak życiu „sól ziemi”, skupimy się na erzacu. Tak to działa. – Co proponuje nam kultura? Namiastkę – opowiadał mi ojciec Daniel Ange, niestrudzony ewangelizator, 90-latek o oczach młodzieniaszka. – W Kanadzie wybudowano szkołę położoną w lesie nad pięknym jeziorem. Ale tam nie ma okien! Taki architektoniczny wymysł. I młodzi siedzą godzinami przy sztucznym świetle. To obraz kultury Zachodu: jakiejś słabej namiastki szczęścia. A ludzie potrzebują prawdziwego światła.

Uważaj na tę lampę!

À propos światła – doskonale pamiętam sytuację sprzed lat.

Siedziały przy kawie. Z głośnej rozmowy wynikało, że pracują na pobliskim uniwerku. „Wiesz, kupiłam w Bytomiu na targu staroci piękną lampę. Mówię ci, śliczna!”. „Ja nie miałabym odwagi brać takiego sprzętu do domu. Nie wiadomo, jaką energię przenosi. A nuż ta lampa towarzyszyła osobie cierpiącej albo umierającej?”.

W takich chwilach dziękuję Bogu za to, że odkrył przede mną chrześcijaństwo. I nie chodzi o buńczuczne: „Jeśli nie my, to kto?” czy spoglądanie na kogoś z pozycji wszystko wiedzącego depozytariusza prawdy. Papież Franciszek niedawno zauważył, że „spoglądanie na kogoś z góry jest słuszne tylko wtedy, gdy podajemy mu rękę, by pomóc mu wstać”. Chodzi o pełną pokory konstatację, że odrzucenie Tego, który jest „drogą, prawdą i życiem” zawsze skazuje człowieka na błądzenie w ciemnościach i kompulsywne szukanie zamienników.

„Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Tobie” – to zdanie św. Augustyna słyszę w refrenie piosenki Johnny’ego Casha: „You can run on for a long time. Sooner or later God’ll cut you down”. Możesz zwiewać przed długi, długi czas, ale prędzej czy później Bóg i tak cię dopadnie.

Stoję twardo na ziemi

„Im bardzie człowiek stoi po stronie Boga, tym bardziej rośnie jego realizm, tym jaśniej ukazują się kontury rzeczywistości” – pisał kard. Joseph Ratzinger, ucinając teorie o tym, że chrześcijanie z głowami w chmurach są kompletnie odklejeni od rzeczywistości.

Przed laty poznałem kijowskiego pianistę, który nawrócił się jako student na… zajęciach ateizmu. Włączył logiczne myślenie i nie bał się zadawania (sobie, bo za ich artykułowanie mógł trafić za kratki) trudnych pytań. Zdumiewało go powołanie w kijowskim konserwatorium dziedziny nauki na temat kogoś… kto podobno nie istnieje. Jeśli Boga nie ma – a takie było założenie – po co obudowywać tę tezę setkami uniwersyteckich teorii i opasłymi tomami podręczników? – Nie istnieje przecież dziedzina nauki opisująca arktyczne upały czy syberyjskie kangury – opowiadał mi. Ten absurd i logiczna sprzeczność doprowadziły go do poszukiwań, a ponieważ sam Jezus podpowiedział: „Szukajcie, a znajdziecie”, długo nie trzeba było czekać na efekty…

– Historia pokazuje jasno: jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór, ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości – powiedział mi przed laty Pierre-Marie Delfieux, założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich – Gdy sól straci smak nadaje się do wyrzucenia.

To kwintesencja tego tekstu.

Graal tuż za rogiem

Ponieważ jako Kościół odpuściliśmy, słowo „medytacja” nie kojarzy się już ludziom z trapistami czekającymi w ciszy na Słowo. Pachnie raczej Dalekim Wschodem, a jeśli już pojawia się na słupach ogłoszeniowych, to jak papużka nierozłączka związane jest z wyrażeniem „transcendentalna”.

A przecież św. Ignacy ­Loyola pisał, że w medytacji zbieramy siły, by „wyrwać się z siebie i przejść w Boga”, a matka Teresa z Kalkuty notowała: „Dusze ludzi rozmodlonych to dusze, w których panuje głęboka cisza. Nie możemy stanąć w obecności Bożej, jeśli nie narzucimy sobie ciszy wewnętrznej i zewnętrznej”.

Wielokrotnie pisałem o tym, że w swej wędrówce przypominamy poczciwego Koziołka Matołka, który „po szerokim szuka świecie tego, co jest bardzo blisko”. Tuż za rogiem.

Znakomicie opisał tę drogę Tomasz Budzyński, muzyk przed laty zafascynowany wschodnimi duchowościami, współzałożyciel klubu Gnosis, skupiającego śmietankę rodzimego okultyzmu. – Byłem gnostykiem, rozkochanym w legendach arturiańskich. W nich bardzo istotne było poszukiwanie świętego Graala, kielicha, w którym jest krew Chrystusa. Rycerze udawali się na Wschód, by go odnaleźć. I nagle ja tego Graala znalazłem! Znalazłem! Bo Graal jest obecny na każdej Mszy Świętej. Jest to kielich, który stoi na ołtarzu, bo jest w nim krew Chrystusa. Ludzie myślą, że aby go znaleźć, trzeba pojechać do Tybetu. Nieprawda! Święty Graal jest w kościele kilka metrów obok. Stoi na ołtarzu.

Powód do wstydu

– Stało się coś przedziwnego. To, co było od samego początku w chrześcijańskiej tożsamości (medytacja nad Słowem, ćwiczenia oddechowe, na które zwracali uwagę ojcowie pustyni), zostało przez nas zapomniane i wraca do nas ze strony wschodnich duchowości, z nieodłącznym dopiskiem „transcendentalna” – opowiada Daniel Wojda, odpowiedzialny za popularny portal i aplikację Pogłębiarka. – To dla nas, chrześcijan, powód do wstydu, bo zapomnieliśmy o tym, co było doświadczeniem Kościoła. Myślę, że problem pojawił się w XIX wieku, który przestawił akcent z tego, że „Bóg do nas mówi”, na to, jaka jest nasza odpowiedź. Ze Słowa, które pochodzi od Boga, na ludzkie zachowanie, zasady, moralność. Na katedrach zamiast teologii mistycznej zaczęto chętniej wykładać teologię moralną. A przecież nic nie zastąpi spotkania z żywym Bogiem, misterium tajemnicy, zachwytu Jego słowem, obcowania z Nim…

W ostatnich latach ogromną karierę robi słowo mindfulness (od angielskiego przymiotnika mindful – uważający). To tzw. trening uważności polegający na kierowaniu uwagi na to, czego doświadczamy w chwili obecnej. Czy nie jest to chrześcijańskie „tu i teraz?”.

„Ważne jest tylko teraz. Jutro i wczoraj mają całkowicie drugorzędne znaczenie” − przypominał o. John Chapman, benedyktyn (1865–1933), a Teresa z Lisieux notowała: „Każda chwila to wieczność”.

− Rozważanie przeszłości rodzi żal, nostalgię, melancholię lub poczucie winy. Życie przyszłością szybko wyzwala niepokój, strach i obawę. Taka mieszanka uczuć wytwarza nastrój, który nie sprzyja pokojowi – wyjaśnia Laurence Freeman, benedyktyn, założyciel pierwszego Centrum Medytacji Chrześcijańskiej w Londynie. − Między przeszłością a przyszłością, będącymi wytworem umysłu, znajdujemy teraźniejszość, która jest absolutną rzeczywistością. Tylko w chwili obecnej możemy znaleźć Boga, Boga, który nazywa sam siebie „Ja Jestem”.

Jak często to, co okrzyknięto nową modą, stylem życia czy kolejną rewelacyjną receptą na zdrowie, jest od wieków zakorzenione w duchowej tradycji Kościoła.

„W gorącej i pulsującej rzeczywistości życia Bóg nie znajduje już ust wystarczająco czystych i bezinteresownych, aby przez nie przemówić. Wszystko jest straszliwie skompromitowane, do tego stopnia, że role się odwracają: Kościół jest sądzony przez świat” – diagnozował Paul Evdokimov w „Szalonej miłości Boga”. „Chrześcijanie zrobili wszystko, aby wyjałowić Ewangelię; można powiedzieć, że zanurzyli ją w neutralizującym płynie. Stępione zostało wszystko, co uderzające, wykraczające poza zwyczaj, wstrząsające. Religia stała się nieszkodliwa, spłaszczona, grzeczna i rozsądna – i przez to niestrawna”.

Znak nadziei

Zerkam na statystyki Kościoła katolickiego ostatniej dekady. Choć spada liczba Polaków deklarujących się jako wierzący i lecą w dół słupki związane z religijnością młodego pokolenia, na stałym poziomie pozostaje liczba tych, którzy deklarują się jako głęboko wierzący. Co ciekawe, przy spadającej liczbie dominicantes (uczestniczących w niedzielnych Mszach) rośnie liczba communicantes (przyjmujących regularnie Komunię Świętą).

Z badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC wynika, że w 1980 roku przy 51 proc.dominicantes było jedynie 7,8 proc. communicantes. W 2019 roku odsetek katolików uczęszczających na niedzielną Eucharystię w odniesieniu do ogólnej liczby zobowiązanych wynosił 36,9 proc., ale odsetek przyjmujących w trakcie niedzielnej Eucharystii Komunię św. – już 16,7 proc. To znak nadziei.

Przeglądam osobiste notatki Jana Pawła II. Zapisywał je drobniutkim maczkiem na kartkach prywatnego kalendarza. W jednej z pierwszych, które zanotował jako papież, pisał: „5 marca 1979: Chrystus żyje w nas. Bardziej od formuł dogmatycznych ważne jest doświadczenie; obcowanie z Tym, który w nas żyje w sposób najbardziej rzeczywisty. To Jego życie w nas, przebywanie, obcowanie jest siłą, jest źródłem świadectwa, które przemawia wobec wszystkich odmian ateizmu, sekularyzmu i »śmierci Boga«”. To przecież kwintesencja jego pontyfikatu!

Nasze świadectwo przemawia wobec „wszystkich odmian ateizmu, sekularyzmu i »śmierci Boga«”. Czy nie warto nauczyć się tej diagnozy na pamięć?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się