Nowy numer 26/2022 Archiwum

Syn Umiłowany

Trudno się nie zadziwić i nie zachwycić pomysłem Boga na to, jak objawić Siebie człowiekowi. I tym, że dzięki przedziwnemu planowi Kościół po wszystkie czasy może Go oglądać, słuchać i… dotykać.

Umilkły anielskie chóry, odjechali mędrcy, pasterze zdążyli zmienić warty przy betlejemskich stadach, a historia Boga, który „dla nas i dla naszego zbawienia” stał się człowiekiem, zataczała coraz szersze kręgi. Zanim nad Jordanem otworzy się niebo, a głos Boga Ojca obwieści: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” i zanim Jezus ujrzy Ducha Bożego, „zstępującego jak gołębica i zbliżającego się ku Niemu”, minie trzydzieści lat. I choć nazywa się je latami cichego życia Jezusa, w ukryciu, wiele z wydarzeń opisanych w Ewangeliach wyraźnie wskazuje, kim jest Ten, na którego czekali „króle i prorocy” i który w noc Bożego Narodzenia „nam się objawił”.

Wpisany w prawo

To zdumiewające, że od pierwszych chwil życia Jezusa świadectwa o Nim powiązane są z wypełnianiem prawa. Dwukrotnie jako dziecko pojawia się w świątyni. Po raz pierwszy przyniesiony przez Maryję i Józefa. Po raz drugi – kiedy jako nastolatek sam w tej świątyni postanawia pozostać po odbytej pielgrzymce.

Święty Łukasz opowiada: „Gdy potem upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego” (2,22-24). W trzech zdaniach, trzy razy używając słowa „prawo”, ewangelista podkreślił, że człowieczeństwo Syna Bożego wpisane zostało w bardzo konkretny kontekst: posłuszeństwo.

Patrząc na małego Jezusa wnoszonego do świątyni, stary Symeon powiedział: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie” (Łk 2,29-30). Starzec przemawia jak sługa, który przez całe życie związany z panem wiernie wypełniał jego polecenia i to ostatnie również pragnie wypełnić, otrzymał bowiem wcześniej obietnicę, „że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego” (Łk 2,26). To „teraz” jest więc bardzo ważne, bo Symeon, trzymając w ramionach Syna Maryi i Józefa, wyraził przekonanie, że już zaczęło się urzeczywistniać dzieło zbawienia świata. Co więcej, ponieważ dokładne tłumaczenie określenia, jakim nazwał Jezusa, brzmi „światło objawienia dla narodów”, już wówczas zarysowany zostaje zakres zbawczego oddziaływania nowo narodzonego Mesjasza. Przyszedł po to, by zbawić wszystkich, a nie tylko wyzwolić Izraela. Przez następne dwanaście lat rozwijać się będzie jednak w domowych, ludzkich warunkach – w nazaretańskim domu.

Trudne do zrozumienia

Dwukrotnie Rodzice Jezusa znaleźli się w sytuacji, w której nie rozumieli tego, co do nich mówiono. Pierwsze zdziwienie wyrazili właśnie wobec Symeona: „Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono”, napisał święty Łukasz (2,33). Za drugim razem – kiedy znaleźli Jezusa w świątyni, „gdy siedział między nauczycielami” (Łk 2,46). Tam również znalazł się w związku z pewnym religijnym obowiązkiem – tradycyjną pielgrzymką na święto Paschy. Już wówczas jednak doszło do pewnego konfliktu pomiędzy porządkiem ludzkim (posłuszeństwo rodzicom) a boskim („być w tym, co należy do Ojca”). Jezus zachował się nietypowo jak na posłuszne żydowskie dziecko. Zamiast powiedzieć Maryi i Józefowi, że postanowił nie wracać z wszystkimi do domu (realizując w ten sposób przykazanie „czcij ojca swego i matkę”), bez słowa komentarza zrobił coś, co wykraczało poza kanony normalnych relacji rodziców z dziećmi. Dwunastoletni chłopiec pozostał sam w wielkim mieście i – jak wynika z Łukaszowej opowieści – spędził w nim kilka dni, w świątyni zaś dał popis swojej mądrości. Pierwsze słowa wypowiedziane przez Niego w Ewangelii świętego Łukasza brzmią: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (2,49). Usłyszeli je prawdopodobnie wyłącznie Rodzice. I znów: nie zrozumieli. Jezus co prawda mówił o czymś, co było dla nich jasne od samego początku ich wspólnej historii – że Jego Ojcem jest Ktoś inny niż Józef – ale tej „przynależności”, „bycia w sprawach Ojca”, nie pojęli.

Człowieczeństwo Boga, boska natura człowieka

Kilkanaście lat później, nad Jordanem, według opisu świętego Jana Ewangelisty, Jan Chrzciciel obwieścił, że Jezus, który przyszedł do niego, by przyjąć chrzest, jest Kimś wyjątkowym. „Był wcześniej ode mnie” w kontekście ziemskiego życia oznaczałoby nieprawdę, gdyby mówił o zwyczajnym człowieku i… tylko człowieku, wszak Syn Maryi począł się i urodził po nim. „Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” oznacza więcej, bo czasownik „gładzić” (airein) jest równoważnikiem czasownika „przebaczać” (afienai), a – by zacytować faryzeuszów, mających skądinąd rację – któż może wybaczać grzechy jeśli nie wyłącznie Bóg?

Święty Mateusz, opisując to samo wydarzenie, wyraźnie zaznaczył, dlaczego Jezus przymuszał Jana do udzielenia Mu chrztu. Kolejny raz dochodzą do głosu obowiązkowość i poczucie wypełnienia sprawiedliwości: „Przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: »To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?«. Jezus mu odpowiedział: »Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe«. Wtedy Mu ustąpił” (Mt 3,13-15). „Uczyń tak, bo tak trzeba nam wypełnić całą sprawiedliwość” – według innego tłumaczenia – to również są… pierwsze słowa Jezusa, zapisane u innego niż poprzednio ewangelisty. Według oczekiwań Żydów (a do nich przede wszystkim kieruje Mateusz swoją Ewangelię) szczególnym zadaniem Mesjasza jako „sprawiedliwego” było doprowadzenie do wypełnienia się całej woli Bożej. Jezus, wypełniając sprawiedliwość, wypełnia więc w posłuszeństwie zapowiedzi Pisma. Zostaje ochrzczony. Widzi otwierające się niebo, co w biblijnej symbolice oznacza istotną zmianę relacji człowieka do Boga, słyszy głos Ojca. Duch Święty zstępuje na Niego w postaci gołębicy. Czy to objawienie wszystkich osób Trójcy Świętej mogło być wówczas czytelne dla świadków tego wydarzenia? Czy zrozumieli, kim naprawdę jest ten mężczyzna, który przyjmuje chrzest? Co więcej – czy On sam już wówczas to wiedział? Czy znał siebie jako „Słowo, które stało się ciałem”? Czy miał świadomość, że jest jednocześnie Bogiem i człowiekiem?

Nie „pozorne”

Sprawa dwóch natur – boskiej i ludzkiej – w jednej osobie Jezusa Chrystusa mocno zaprzątała umysły teologów w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Sporo ich się połamało na tej prawdzie, powstało niemało herezji. Usiłując na przykład pogodzić człowieczeństwo z bóstwem w jednym ciele, tak zwani doketyści (od dokein, czyli wydawać się) stwierdzili, że ciało Jezusa było tylko pozorne, pozornie też Jezus cierpiał i umarł na krzyżu. Wcielenie to tajemnica, którą pojąć jest bardzo trudno, a do końca właściwie się nie da. Nie tylko w teologicznej debacie, rozstrzygniętej już dawno orzeczeniami Kościoła, o tym, w jakiej relacji pozostawały ze sobą dwie natury: boska i ludzka w jednej osobie Jezusa (Sobór Chalcedoński, 451 r.: Chrystus jest i Bogiem, i człowiekiem, przy czym obie natury zachowują pełnię swoich właściwości). Również w dociekaniach na temat tego, jak sam Jezus postrzegał siebie, skoro był prawdziwym, a nie tylko pozornym człowiekiem, Kimś wyjątkowym, a jednak w tym, co naturalne, identycznym z resztą rodzaju ludzkiego.

Czy Jezus wiedział, że jest Bogiem? To pytanie pojawiło się stosunkowo późno, bo i dotyczy – w jakimś sensie – psychologii. Zdaje się zrozumiałe, bo trudno wyobrazić sobie, jak wewnętrznie funkcjonował człowiek, wyglądający jak wszyscy inni ludzie, a jednak mający świadomość wyjątkowej relacji z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Czy jako niemowlę płakał jak wszystkie inne dzieci? Czy wskakiwał świętemu Józefowi na barana? Czy jako mały chłopiec kłócił się z innymi? W jednym z apokryfów przedstawiona jest scena, jak pewne dziecko potrąciło małego Jezusa i… padło martwe. Drastyczny to przykład, ale pokazujący, jak bardzo nie mieściła się w głowie ludziom prawda o Bogu – człowieku. To, co ponadczasowe, podporządkowało się czasowi, co niematerialne – materii. Słowo stało się ciałem. To ciało widać. Ale w to, że „było na początku”, czyli od zawsze, trzeba po prostu uwierzyć, a usiłowanie zrozumienia tego potraktować z dystansem. I jeszcze większy dystans zachować przy próbie wniknięcia do Jego głowy. Jak zauważył Benedykt XVI w „Jezusie z Nazaretu”, teksty ewangeliczne nie pozwalają zajrzeć do wnętrza Jezusa, który stoi ponad naszymi psychologiami, ale mówią nam o tym, jaka była Jego relacja z Ojcem. Moment chrztu Pańskiego stanowi pewien przełom – „Słowo, które stało się ciałem i zamieszkało między nami”, objawiane przez znaki, anielskie chóry, królewskie pokłony, słowa Symeona, Jana, czy samego Jezusa w dialogu z Rodzicami, ma rozpocząć drogę, podjąć trzyletni wysiłek, przekonać się, że choć „przyszło do swoich”, to jednak „swoi” Go nie przyjęli.

Czego dotykały ręce

Pierwszy List Świętego Jana Apostoła bardzo przypomina jego Ewangelię zarówno w formie, jak i w treści. Ten, który rozpoczął Ewangelię od słów: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”, napisał na początku listu: „To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione” (1 J 1,1-2). Wyobraźnia podsuwa jeszcze obraz ostatniej wieczerzy, kiedy to autor tych słów nie tylko Jezusa dotykał, lecz przytulał się do Jego piersi. Tak, bliskość ciała, którym stało się Słowo, miała swoje miejsce w odwiecznym planie Nieskończonego. I choć z tego właśnie powodu współczesnym Jezusowi trudno było uznać Jego boskość i wielu widziało w Nim bluźniercę, który „czyni siebie” Synem Bożym, to jednak niezbędne było, aby plan ten zrealizowany został do końca: „On, istniejąc w postaci Bożej (…) uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,6-8). Wymowny stanie się gest Tomasza, który, nie potrafiąc uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa, będzie chciał dotykać Jego ran i wkładać rękę do Jego boku. Jeszcze bardziej wymowne jest wyznanie wiary, które potem złoży, mówiąc: „Pan mój i Bóg mój”. Trudno się nie zadziwić i nie zachwycić pomysłem Boga na to, jak objawić Siebie człowiekowi. I tym, że dzięki przedziwnemu planowi Kościół po wszystkie czasy może Go oglądać, słuchać i… dotykać. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama