Nowy numer 3/2022 Archiwum

Dajmy szansę temu Synodowi

Zainicjowany przez papieża Franciszka proces synodalny między innymi tym różni się od dotychczasowych synodów, że jest działaniem na bardzo wrażliwej sferze, jaką stanowi przestrzeń wzajemnych relacji i zaufania. Łatwo w nią uderzyć nie tyle przez to, że się ów proces zbojkotuje, nie biorąc w nim udziału, lecz także wówczas, gdy wprowadzi się w niego klimat wrogości, podejrzliwości i negatywizmu. W efekcie możemy uzyskać coś, co z samą ideą synodalności ma niewiele wspólnego.

Synodalne dokumenty pokazują wyraźnie, że w tej fazie synodu, w której obecnie uczestniczymy w poszczególnych diecezjach, nie chodzi o wypracowywanie przenikliwych diagnoz i błyskotliwego remedium na trapiący Kościół kryzys. Gdyby tak było, wystarczyłoby zlecić to zadanie ekspertom. Zresztą, tego rodzaju „eksperckich” ocen stanu faktycznego i prognoz na przyszłości mamy już w Kościele mnóstwo i to od dawna. Teoretycznie wiemy dobrze, co należy zrobić i dokąd iść, sęk w tym, że wciąż jakoś nie potrafimy jeszcze sprawnie poruszać się po wytyczonych szlakach. W tym Synodzie nie chodzi jednak również o walkę o swoją wizję eklezjalnej rzeczywistości, osobiste racje czy przekonania duszpastersko-doktrynalne. Taka perspektywa jest nawet chyba jeszcze gorsza niż nastawienie „eksperckie”. Dlaczego? Co w tym złego, że głośno artykułujemy nasze przekonania i domagamy się uznania dla spraw w naszym odczuciu fundamentalnych, takich jak szacunek wobec sakramentów czy poszanowanie dla duchowej tradycji Kościoła? Samo w sobie – nic. Przeciwnie, spotkania synodalne to bardzo dobra okazja do tego, aby nazwać swoje oczekiwania, pragnienia, obawy i w klimacie otwartości, życzliwości oraz szczerości o nich porozmawiać. Problem tkwi głębiej, a mianowicie w tym, że właśnie o ów „klimat” najbardziej chodzi.

Synodalne wytyczne mówią wyraźnie, że na zakończenie lokalnego etapu procesu synodalnego, z poszczególnych episkopatów ma trafić do Watykanu maksymalnie kilkanaście stron opracowania. To bardzo niewiele. W zasadzie chodzi więc o zwięzły opis najważniejszych kwestii, które wyakcentowane zostaną w czasie synodalnych spotkań. Perspektywa zebrania i podsumowania kilku miesięcy w tak syntetyczny sposób może rodzić wiele pytań i wątpliwości. Istnieje w Kościele spora grupa osób, dla których to kolejny dowód, że wszystko jest z góry ukartowane, a synod to swoista fasada mająca przykryć szkodliwe dla Kościoła zmiany. W ich przekonaniu i tak zostaną one ostatecznie wprowadzone, w związku z tym w proces synodalny angażować się nie warto. Są jednak i tacy, którzy, przeciwnie, uważają że angażować się trzeba, głównie po to, aby zawalczyć o prawdziwą katolicką doktrynę i zneutralizować szkodliwy wpływ rozmaitych kościelnych liberałów, którzy niewątpliwie – jeśli prawdziwi katolicy nie wezmą sprawy w swoje ręce – przepchną przez synod swoje postulaty rozmontowujące wiarę Kościoła. Przyznam szczerze, że nie wiem, w czym ta walka miałaby pomóc, choć równocześnie staram się zrozumieć wątpliwości zwolenników owego „walczącego” zaangażowania. Żywią oni bowiem przekonanie, że papież zasadniczo jest pod wpływem poglądów owych liberalnych środowisk – albo im ulega, albo też wprost utożsamia się z nimi. Zastanawiam się jednak – jeśli takie przekonanie rzeczywiście byłoby zasadne – skąd w takim razie idea, że w ogóle weźmie pod uwagę głosy przeciwne obranej przez siebie linii, zawarte na kilku kartkach podsumowania, które wyjdzie np. z Polski, jeśli z założenia dąży do ich marginalizacji i do przeforsowania w Kościele opcji liberalnej? Po co w ogóle takie głosy artykułować? Czy chodzi o to, żeby utrudnić papieżowi proces szkodzenia Kościołowi? Żeby skonstatować: „A nie mówiliśmy”, jeśli nie będzie „po naszemu”, lub uznać, że papież się ugiął i obroniliśmy katolicyzm, gdy ostatecznie nic złego się nie wydarzy?

Sądzę, że w rzeczywistości obie strategie – negacja aktualnego procesu synodalnego oraz zaangażowanie „walczące” – choć różne co do przyjętej metodologii postępowania, w gruncie rzeczy łączy to samo mniej lub bardziej wyraźnie przyjęte założenie: synod szkodzi Kościołowi, a Ojciec Święty to spiritus movens tego procesu (lub przynajmniej najbliższe mu środowisko, które papieżem steruje). W związku z tym, nie angażując się w synod, a jeszcze bardziej – angażując się w niego z zamiarem walki o naszą wizję Kościoła, stajemy w kontrze do tych, którzy procesem synodalnym manipulują. Jaki ma to przynieść rezultat? Nie chcę wnikać w przewidywania zwolenników tego rodzaju przekonań. Osobiście uważam jednak, że nie przyniesie żadnego pozytywnego, a raczej przeciwnie, uniemożliwi realizację tego, co – wbrew przekonaniu przeciwników procesu synodalnego – uważam za faktyczny i najcenniejszy powód jego zainicjowania.

Proces synodalny nie został pomyślany po to, aby rozmontować doktrynę Kościoła, ale po to, aby stworzyć przestrzeń szczególnego rodzaju spotkania, wzajemnego słuchania się, uważności i dialogu. Ma to być czas dzielenia się swoimi obawami, pragnieniami, nadziejami, ale też trudnościami, które generuje skomplikowana sytuacja Kościoła w świecie współczesnym. Po co? Z jednej strony po to, aby owocem tej wzajemnej życzliwej otwartości,  wspólnego dzielenia się i słuchania, czyli – używając terminologii stosowanej w synodalnych dokumentach – wspólnotowego rozeznawania, był zarys najważniejszych kwestii i problemów, nad którymi później przyjdzie się pochylać biskupom w czasie ostatniej, rzymskiej części synodalnego procesu. Jednak to, co znajdzie się w podsumowaniu przygotowanym przez poszczególne episkopaty, o niczym nie decyduje ani niczego nie przesądza. To jak impulsy, które mają płynąć z różnych części świata po to, aby pomóc Ojcu Świętemu i zgromadzonym w Rzymie biskupom w rozeznaniu dalszej drogi i poszukiwaniu konsensusu – impulsy skupione wokół kwestii komunii (jedności Kościoła), uczestnictwa (zaangażowania w eklezjalną rzeczywistość) oraz misji (posłannictwa uczniów Chrystusa). Z drugiej strony – tej ważniejszej – jeśli owe impulsy nie mają stać się owocem jakiejś czysto teoretycznej spekulacji, wewnątrzkościelnych przepychanek czy walki z katolickim przeciwnikiem w wierze, ale faktycznym odzwierciedleniem zmysłu wiary ludu Bożego, wymagają zupełnie innego klimatu spotkania. Nie da się ich twórczo i pod natchnieniem Ducha Świętego wzbudzić, jeśli to podstawowe środowisko, z którego mają popłynąć – synodalna grupa dzielenia się – zostanie nasycona niechęcią, podejrzliwością, nieufnością, a nawet wrogością. Względem kogo? Najpierw względem tych, którzy nas do owego synodalnego procesu zaprosili – Ojca Świętego i jego współpracowników. To tak, jakby przyjąć zaproszenie na ucztę od gospodarza, którego podejrzewamy o chęć zaserwowania nam trucizny lub wykorzystania nas do jakiś niecnych celów. Następnie – względem tych, z którymi się spotkamy. Jeśli z góry przyjmiemy, że zastaniemy w synodalnej grupie osoby, które w naszym przekonaniu nie powinny się tam znaleźć, bo mają inne poglądy, odmienną wrażliwość, różniące się od naszego rozumienie Kościoła, albo żyją w sposób przez nas nieakceptowany, co więcej, jeśli a priori je z dialogu wykluczymy, przestrzegając przed nimi lub zakładając, że z ich ust usłyszymy tylko rzeczy dla Kościoła szkodliwe, wówczas uniemożliwimy lub utrudnimy realizację czegoś, co jest istotą synodalnego procesu – wzajemnego słuchania się i rozeznawania.

Tego rodzaju postawę postrzegam jako mniej lub bardziej świadomą próbą torpedowania synodu – zgodnie z tym, jak słowo „torpedować” definiuje Słownik Języka Polskiego PWN: „utrudniać lub uniemożliwiać realizację czegoś”. Nie chodzi więc o zniechęcanie do zaangażowania lub artykułowania własnych poglądów. Chodzi o to, że przekształcenie wrażliwej tkanki synodalnego spotkania, które w założeniu ma opierać się na stworzeniu przestrzeni zaufania i wzajemnej otwartości, w strefę walki lub ideologicznej wojny z poglądami tych, których obsadzimy w roli przeciwników, skutecznie uniemożliwi przeprowadzenie procesu rozeznawania i zafałszuje jego owoce. Wszak papieżowi zdecydowanie bardziej niż na kilku stronach podsumowania zależy na stylu naszego dialogu i klimacie spotkania – na tym, aby właśnie ten styl stał się w Kościele powszechny. Dlatego ośmielam się prosić: Dajmy szansę temu Synodowi. W końcu – ujmując sprawę hipotetycznie – nawet jeśli tam, w Watykanie, nie uzyskamy tego, czego byśmy oczekiwali, może tu, w Polsce, uda nam się być dla siebie nawzajem Kościołem bardziej braterskim, mniej podzielonym, lepiej rozmawiającym i przynajmniej próbującym się wzajemnie miłować. A to już byłoby bardzo wiele.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksander Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, członek Rady ds. Apostolstwa Świeckich KEP, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także