Nowy numer 2/2022 Archiwum

Zdrada czy kompromis?

Na szczycie COP 26 udało się wypracować wspólną deklarację końcową i złożyć nowe zobowiązania w walce ze zmianami klimatu. To jednak za mało, by powstrzymać szybkie ocieplanie się naszej planety.

Rok 2021 oszczędził Polsce ekstremów pogodowych, jednak w innych częściach globu stał pod znakiem kolejnych sygnałów ostrzegawczych. Potężne pożary pustoszyły Stany Zjednoczone, Syberię, Turcję i Grecję. Rekordowe upały dotknęły m.in. Kanadę i Włochy, a susze gnębią Bliski Wschód, Kalifornię i różne rejony Afryki (Kenia, Madagaskar). Czy szczyt w Glasgow zakończył się sukcesem? Opinie są skrajne. W przeciwieństwie do szczytu COP25 z 2019 roku, w Glasgow doszło przynajmniej do podpisania wspólnej deklaracji walki ze zmianami klimatu oraz zawarcia kilku nowych porozumień klimatycznych, np. dotyczących zakończenia wylesiania i odejścia od węgla. Z drugiej strony aktywiści ekologiczni alarmują, że zobowiązania są niewystarczające do zahamowania gwałtownego ocieplania się naszej planety. Podobnie uważają obecni na szczycie przedstawiciele krajów najmocniej odczuwających zmiany klimatu – z Oceanii i Afryki.

Niespełnione oczekiwania

Konferencji w Glasgow towarzyszyła bezprecedensowa mobilizacja obrońców środowiska i opinii publicznej na rzecz podjęcia przez polityków odważnych decyzji. Presję wzmógł opublikowany w sierpniu 2021 r. szósty raport międzyrządowego zespołu ds. zmian klimatu IPCC, który sekretarz generalny ONZ nazwał „czerwonym alarmem dla ludzkości”. W raporcie jest mowa o tym, że takie zjawiska jak topnienie lodowców i wzrost poziomu oceanów są już nieodwracalne, a ludzkość znajduje się na drodze do osiągnięcia do końca wieku temperatury globalnie wyższej o ponad 2 stopnie. To spowoduje ekstremalny wzrost natężenia upałów, susz, huraganów i innych niebezpiecznych zjawisk. Jedyną szansą na uniknięcie katastrofy jest zahamowanie wzrostu temperatury do maksymalnie 1,5 stopnia, a sposobem osiągnięcia tego jest implementacja do 2050 r. globalnej neutralności klimatycznej, czyli równowagi pomiędzy emisją gazów cieplarnianych a ich pochłanianiem.

Końcowy dokument szczytu w Glasgow nie zaspokoił tych oczekiwań. Zgodnie z wyliczeniami obrońców środowiska wcielenie w życie wszystkich postanowień COP26 sprawi, że ogólny wzrost temperatury wyniesie 1,8 stopnia. To więcej niż 1,5 stopnia, uznawane przez IPCC za graniczne. Obrońcy klimatu mówią o „zdradzie”, a obecni na szczycie przedstawiciele państw już teraz odczuwających zmiany (jak pochłaniane przez Pacyfik państwa Kiribati, Tonga czy Tuvalu) mówią o „monumentalnej klęsce”.

COP26 był kolejnym szczytem, na którym nie udało się zrealizować celu przyjętego dwanaście lat temu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze. Chodzi o stworzenie funduszu na rzecz wsparcia uboższych krajów w adaptacji do zmian klimatu. W 2009 r. zadeklarowano 100 mld dolarów pomocy rocznie. Do roku 2020 ani razu nie udało się tyle osiągnąć (maksymalnie 80 mld w 2019 r.). Obecnie wiadomo, że zmiany gospodarcze muszą być jeszcze dalej posunięte, by sprostać globalnemu ociepleniu, 100 mld już nie wystarczy. Kraje rozwijające się postulowały w Glasgow od 500 mld do nawet biliona rocznie. Skończyło się na deklaracji podwojenia dotychczasowego finansowania przez najbogatszych.

Żadnego porozumienia nie osiągnięto w kwestii tzw. funduszu loss and damage (straty i szkody). Kraje rozwijające się zabiegają o stworzenie przez najzamożniejsze państwa specjalnego funduszu na odbudowę po coraz częstszych w dobie zmian klimatu klęskach żywiołowych. Wobec sprzeciwu USA i UE skończyło się na zapowiedzi „dialogu” i powrotu do sprawy na następnym szczycie. Gwinea, reprezentująca na COP26 grupę państw postulujących utworzenie funduszu loss and damage, wyraziła „skrajne rozczarowane”.

Mogło być gorzej

Wśród obrońców klimatu po szczycie w Glasgow panuje rozczarowanie, natomiast wśród polityków – umiarkowany optymizm. Mimo głębokiego skonfliktowania najważniejszych na arenie międzynarodowej graczy (Chin, Rosji, Stanów Zjednoczonych) podtrzymano panujący od szczytu w Paryżu w 2015 r. konsensus na temat tego, że należy powstrzymać globalne ocieplenie wyższe niż 1,5 stopnia. Wobec fiaska szczytu COP25 w 2019 r. w Madrycie i wątpliwości odnośnie do wpływu człowieka na zmiany klimatu, zgłaszanych w ostatnich latach przez Trumpa, Putina czy Bolsonaro, utrzymanie celu z Paryża i podpisanie go przez 196 krajów należy uznać za sukces. Nieoczekiwanie na największego hamulcowego szczytu wyrosła Australia, której premier Scott Morrison sprzeciwia się redukcji wydobycia węgla. Wicepremier Barnaby Joyce publicznie wyśmiewał zaangażowanie, z jakim brytyjski minister Alok Sharma prowadził obrady na COP26.

W Glasgow przyjęto kilka nowych porozumień na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu. Jedno z najważniejszych dotyczy odejścia od wydobycia węgla i od używania go jako źródła energii. Tak jak w wielu innych kwestiach dotyczących szczytu w Glasgow, tak i tu odczucia są jednak mieszane. Wydawało się, że końcowa deklaracja będzie zawierać określenie „wycofać się” (ang. phase out), jednakże w ostatniej chwili pod presją Chin i Indii zmieniono to na „stopniowe wycofywanie się” (ang. phase down). Mimo tej interwencji chińskiej delegacji ostatecznie nie spełniły się czarne przewidywania odnośnie do roli Państwa Środka na COP26. Powszechne były obawy, że skonfliktowany z Zachodem Xi Jinping nastawi swoich negocjatorów na torpedowanie konferencji. Skończyło się natomiast zaskakującą deklaracją, wydaną wspólnie z USA, w której dwa państwa zapowiedziały wzmocnienie działań na rzecz ochrony klimatu i zapewniły, że w tej kwestii jest między nimi więcej podobieństw niż rozbieżności.

Społeczność międzynarodowa zadeklarowała też zaprzestanie do 2030 r. wycinania lasów. Warto podkreślić, że wśród sygnatariuszy znalazły się wszystkie kraje najbardziej przyczyniające się do tego procesu – Brazylia, Rosja, Chiny czy Indonezja, która wkrótce po szczycie nazwała tę umowę „niesprawiedliwą”, sygnalizując, że nie będzie jej przestrzegać.

Przełomowa jest również zapowiedź redukcji do końca dekady o jedną trzecią emisji metanu. Pod umową podpisały się łącznie 103 kraje, w tym USA i Brazylia, ale jednocześnie nie dołączyło do niej kilku ważnych emitentów tego gazu, w tym Rosja, Chiny i Indie. Polska również tej umowy nie sygnowała. W Glasgow zawiązała się także koalicja czterdziestu krajów na rzecz uczynienia odnawialnych źródeł energii tańszymi, bardziej dostępnymi i generującymi nowe miejsca pracy.

Polskie rozdwojenie

Stanowisko Polski wobec zobowiązań podjętych na szczycie COP26 wzbudziło pewne zamieszanie. Szczególnie w kwestii umowy o wycofywaniu się z węgla. W porozumieniu była mowa, że „większe gospodarki” zrobią to w latach 30. XXI wieku, zaś „biedniejsze kraje” – w latach 40. XX wieku. Włączenie się w tę umowę Polski – znacznego emitenta zanieczyszczeń – zostało odnotowane w międzynarodowych mediach (BBC podkreślało udział w porozumieniu „wielkich krajów używających węgla: Polski, Wietnamu i Chile”). Uznano za oczywiste, że jako dwudziesta trzecia gospodarka świata Polska zalicza się do krajów deklarujących ambitniejszy cel. Czwartego listopada minister klimatu i środowiska Anna Moskwa doprecyzowała jednak na Twitterze: „Transformacja w najbliższych latach musi być przede wszystkim zaplanowana i sprawiedliwa. Przyjęta przez Rząd RP umowa społeczna zakłada odejście od węgla kamiennego do 2049 r.”.

Nie dziwi ostrożność polskiego rządu, biorąc pod uwagę stopień uzależnienia od węgla brunatnego i kamiennego. Nadal wytwarzane jest z niego około 70 proc. energii w naszym kraju. Transformacja energetyczna będzie stanowić jedno z największych wyzwań naszego kraju w niedalekiej przyszłości. Pierwsze konkrety w tej sprawie to zapowiedziane przez minister środowsiska zbudowanie do 2026 r. pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Jako Polacy mamy szczęście, że żyjemy w tej części świata, gdzie zmiany klimatu nadal odczuwane są w niewielkim stopniu, lecz wzrost temperatury globu o ponad 2 stopnie miałby dewastujący wpływ także na nasz kraj. Przede wszystkim jednak spowodowałoby to niepokoje i migracje na skalę globalną. Głównym celem przemieszczeń milionów ludzi, którzy w wyniku zmian klimatu utraciliby swoje domy i źródła utrzymania, byłaby właśnie Europa. Taki hipotetyczny, ale coraz bardziej prawdopodobny kryzys znacznie przewyższyłby to, co obecnie dzieje się na wschodniej granicy. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy