Nowy numer 48/2021 Archiwum

Na bezrybiu

W 2022 r. w polskiej części Bałtyku nie będzie wolno łowić dorszy i łososi. – W ten sposób założyliśmy sznur na szyję całemu przybrzeżnemu rybactwu – mówi Jacek Wittbrodt, prezes Zrzeszenia Rybaków Morskich.

W Bałtyku żyje tylko kilka gatunków ryb, które można i opłaca się łowić na większą skalę. To śledzie, dorsze, szproty, łososie i różne płastugi (gładzice, rzadziej turboty i stornie, czyli flądry). Belony, okonie morskie czy pojawiające się w zatokach ryby słodkowodne mogą wpaść w sieci przy okazji albo stanowić cel wędkarzy, są jednak stosunkowo rzadkie. Śledzie i szproty należą do tzw. gatunków pelagicznych, czyli żyjących na pełnym morzu. Połowem zajmują się więc właściciele większych kutrów i trawlerów przystosowanych do dalszych rejsów. Dorsze, płastugi i łososie łowi się bliżej brzegu, w zasięgu małych i średnich łodzi. Właściciele takich jednostek znajdą się w najtrudniejszej sytuacji.

Przypadkowy dorsz

W październiku grupa rybaków demonstrowała przeciwko zakazom przed warszawską siedzibą Komisji Europejskiej. Nic nie wskórali. Niedługo potem unijni ministrowie ds. rybołówstwa zaakceptowali propozycję KE, która niemal na pewno w grudniu stanie się obowiązującym prawem. W przypadku dorszy podtrzymany zostanie obowiązujący od 2019 r. zakaz celowych połowów. Dozwolony będzie tylko tzw. przyłów, czyli przypadkowe złapanie dorsza podczas połowu innych gatunków (w praktyce najczęściej płastug). Przyłów będzie objęty ścisłym limitem wynoszącym 595 ton na całym obszarze Bałtyku, od linii Kołobrzegu na wschód. Polscy rybacy szacują, że po rozdzieleniu tej kwoty między kraje, a potem między poszczególne kutry, okaże się, że jeden polski statek będzie mógł złapać ok. 200 kg dorszy rocznie, czyli mniej więcej 200 sztuk. – Skutek jest taki, że kiedy jestem blisko limitu, nie mogę iść nawet na nielimitowaną rybę, bo jeśli przy okazji złapię dorsza, znajdę się na liście osób dopuszczających się poważnych naruszeń – mówi Marcin Jodko, prezes Krajowej Izby Producentów Ryb.

Od przyszłego roku podobne zasady obejmą połowy łososi. Tutaj dozwolony będzie przyłów jedynie 63 811 sztuk na całym Bałtyku oprócz Zatoki Ryskiej. Celowe (tzw. ukierunkowane) połowy będą możliwe w przypadku śledzi, szprotów i gładzic, ale i tu jak zwykle obowiązują ograniczenia ilościowe.

Bruksela wpływa na połowy

W traktacie akcesyjnym do Unii Europejskiej Polska wyraziła zgodę, by kwestie połowów na Bałtyku regulowała Komisja Europejska. KE dostaje rekomendacje od Międzynarodowej Rady Badań Morza (ICES), w skład której wchodzą naukowcy z instytucji z różnych krajów, w tym z Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Na podstawie tych danych określa, ile ryb konkretnego gatunku można złowić w ciągu roku. KE bywa gorliwsza od ICES – w 2019 r. ograniczenia połowów szprota i gładzicy były surowsze od propozycji Rady. Stanowisko KE akceptuje jeszcze Rada Ministrów ds. Rybołówstwa (przedstawiciele wszystkich krajów członkowskich).

Kraje Unii Europejskiej leżące nad Bałtykiem mają sztywno określony procentowy udział w połowach. – W przypadku Polski wychodzi mniej więcej 20–23 proc., zależnie od gatunku ryby – tłumaczy Jacek Wittbrodt. Morze podzielone jest na strefy. Dla Polaków znaczenie ma przede wszystkim podział na część wschodnią i zachodnią, którego granica biegnie w przybliżeniu na linii Kołobrzeg–Bornholm. Komisja osobno traktuje np. stada dorszy w każdej z tych części Bałtyku.

Choć podział procentowy jest stały, a limity w teorii wynikają z konieczności poszczególnych gatunków, system daje pole do nadużyć. Polska od dłuższego czasu zwraca uwagę na to, że nasi rybacy są poszkodowani. – Nasz kraj nie ma możliwości dywersyfikacji miejsca wykonywania rybołówstwa – wyjaśnia Dariusz Mamiński z Ministerstwa Rolnictwa. – Dania, Niemcy lub Szwecja mają taką możliwość ze względu na linię brzegową – prowadzenia połowów na Morzu Północnym. Polska posiada bezpośredni dostęp jedynie do Morza Bałtyckiego.

Morze południowe

Nasz kraj nie zrekompensuje sobie zatem zakazów połowami dorsza na sąsiednim akwenie, gdzie ryb jest więcej. W dodatku zdaniem rybaków ograniczeniami da się manipulować. – Południowy Bałtyk jest ostatnim akwenem żyznym w ryby, ale z powodu ochrony dorsza zakazano połowów akurat w dwóch regionach, które należą do Polski. Gdzie indziej dorszy już prawie nie ma, ale tam najwyraźniej ochrona nie jest konieczna – zauważa Marcin Jodko. I dodaje: – Mimo dobrego poziomu stada łososia nie będzie można go łowić właśnie na południowym Bałtyku. Prewencyjnie, bez specjalnych podstaw, podjęto decyzję, że połowy są dozwolone od Gotlandii na północ. A na południe, gdzie operują polscy rybacy, obowiązuje zakaz.

Zgodnie z unijnymi przepisami statki mogą pływać w strefie ekonomicznej innych krajów sięgającej od granicy wód terytorialnych (21,5 km od brzegu) do 370 km w głąb morza. Zasada jest taka sama dla wszystkich, ale więcej ryb jest na południu Bałtyku, dlatego to raczej Szwedzi korzystają z polskiej strefy niż Polacy ze szwedzkiej.

Łowienie w zupie

Jak podaje portal naturalniebałtyckie.pl, polska flota rybacka to 827 jednostek. W jej skład wchodzą: 701 łodzi mających do 15 m długości, 124 kutry (13–24 m) i 2 trawlery łowiące ryby denne na pełnym morzu. Dla trawlerów portem macierzystym jest Gdynia. Przeszło 70 proc. kutrów stacjonuje w województwie pomorskim, a reszta w zachodniopomorskim. Łodzie rybackie cumują we wszystkich nadmorskich regionach. W 2019 r. Polska pozyskała 146 tys. ton ryb, z czego 74,5 tys. ton szprotów, 40,7 tys. ton śledzi, 16,7 tys. ton storni i 4,3 tys. ton dorszy (w lipcu wprowadzono zakaz). Sektor rybołówstwa i pokrewne branże mogą zatrudniać kilkadziesiąt tysięcy osób.

Praca jest coraz trudniejsza, bo ryb jest w Bałtyku znacznie mniej niż 20–30 lat temu. Co do tego nie mają wątpliwości zarówno naukowcy, jak i sami rybacy. Morski Instytut Rybacki już w 2012 r. raportował, że bałtyckie dorsze były średnio o 30 proc. chudsze niż sześć lat wcześniej. Dlaczego? Tu zaczynają się wątpliwości. Jedni twierdzą, że to wina przełowienia i naruszania limitów przez rybaków. Ci stanowczo zaprzeczają. Inni wskazują na zmiany klimatyczne. – W tym roku w ramach projektu badawczego mierzyliśmy temperaturę słupa wody do pół metra w głąb – opowiada Jacek Wittbrodt. – W ciągu lata było tylko parę dni, kiedy temperatura spadła poniżej 20 stopni. To jest zupa.

Nie widać jednak, by w chłodniejszej części Bałtyku ryby miały się lepiej niż w cieplejszej. Kolejnym powodem zaistniałej sytuacji ma być nadmierna eutrofizacja, czyli użyźnienie morza biogenami z nawozów sztucznych, spływających z wodą z rzek. Tak przyjmuje Komisja Europejska. Grzegorz Hałubek, były członek Rady Naukowej MIR i były minister rybołówstwa, twierdzi, że jest odwrotnie. W liście otwartym do ICES z sierpnia 2021 r. Hałubek zwraca uwagę, że w Bałtyku brakuje planktonu roślinnego, co świadczy o braku, a nie nadmiarze biogenów. Nie budzi natomiast wątpliwości słabe zasolenie. Bałtyk jest zasilany słoną wodą z Morza Północnego wpływającą przez cieśniny duńskie, a tu pływy są ostatnio słabe. W takich warunkach ikra złożona przez dorsze nie unosi się w wodzie, tak jak powinna, ale opada na dno i obumiera. Kolejny problem stanowią foki. W Bałtyku żyje ich już co najmniej 30 tys., a każda z nich zjada do 15 kg ryb dziennie. Daje to ok. 160 tys. ton rocznie, czyli więcej niż całe polskie połowy z 2019 r. Chronione prawem morskie ssaki potrafią nawet kraść ryby z sieci. W dodatku na fokach pasożytują nicienie przenoszące się na dorsze.

Co w takim razie będzie z bałtyckimi rybakami? Lepiej już było – odpowiadają nasi rozmówcy z branży. Ministerstwo Rolnictwa poinformowało nas, że w grudniu poprze zaproponowane limity. Nie wiadomo, czy w kolejnych latach połowy będą możliwe, czy może zaostrzą się ograniczenia pozyskiwania kolejnych gatunków ryb. KE od lat stara się zmniejszać liczbę rybaków. Już trzykrotnie organizowała program, w ramach którego polski rybak mógł dostać nawet 800 tys. zł za oddanie kutra na złom i odejście z branży. Nie poprawiło to stanu zarybienia Bałtyku. – Komisja od 17 lat chroni nasze morze, a skutek jest taki, że kolejne gatunki są objęte zakazami – zauważa Marcin Jodko.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama