Nowy numer 48/2021 Archiwum

Złoty klucz

Mówi psalmista: „Drogocenną jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli”. Dlaczego? Bo ich śmierć jest ostatecznym wyznaniem miłości do Boga.

Był Wielki Piątek 26 marca 1937 roku. Siostra Faustyna, przebywając w szpitalu w podkrakowskim Prądniku, od czwartkowego wieczoru w mistyczny sposób towarzyszyła Jezusowi w kolejnych etapach męki. Wieczorem w piątek, leżąc w swojej izolatce, usłyszała przez radio śpiewających psalmy kapłanów. Powróciły myśli o cierpieniach Zbawiciela, a z nimi ból ponownie ogarnął duszę zakonnicy. Rozpłakała się. „Wtem usłyszałam głos w duszy: »Nie płacz, już nie cierpię. A za wierność, z jaką towarzyszyłaś Mi w męce i śmierci – śmierć twoja będzie uroczysta i będę ci towarzyszył w tej ostatniej godzinie«” – zapisała w „Dzienniczku”.

Uroczysta śmierć? Czyżby świadkowie śmierci Faustyny mieli słyszeć anielskie śpiewy, widzieć nieziemskie światło? Nic z tych rzeczy. Święta umarła godzinę przed północą 5 października 1938 roku. Były przy tym tylko dwie zakonnice. „Gdy przyszłyśmy tam, siostra Faustyna jakby lekko otworzyła oczy i trochę się uśmiechnęła, a potem skłoniła głowę i już… Siostra Amelia mówi, że już chyba nie żyje, umarła. Spojrzałam na s. Amelię, ale nic nie mówiłam, modliłyśmy się dalej. Gromnica cały czas się paliła” – wspominała tamten moment siostra Eufemia Traczyńska.

„Skłoniła głowę i już”. Cóż, nawet śmierć wielkich świętych z tej strony wygląda raczej mało atrakcyjnie. Jeśli więc Faustyna miała „śmierć uroczystą”, to znaczy, że dotyczyło to nie tej, lecz tamtej strony. I musiało to być coś, co przeszło nawet standardy niebiańskie. To zaś znaczy, że wszelkie nasze wyobrażenia nawet nie zbliżą się do tej rzeczywistości, bo nasz aparat pojęciowy nie jest do tego przystosowany. Dobrze umrzeć nie znaczy umrzeć bez cierpień, jak chcieliby rzecznicy eutanazji. Dobrze umrzeć znaczy odejść z tego świata z Jezusem. Tak zawsze umierali ludzie wierni Bogu – i tak umierają dziś.

Co za łaska

„Ja nie umieram, ja wchodzę w życie” – szeptała św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Nie znaczy to, że ta 24-letnia karmelitanka miała lekką śmierć. Przeciwnie – ogromnie cierpiała, ale do samego końca odmawiała przyjęcia zastrzyku morfiny. Była konsekwentna: gdy się rozchorowała, ofiarowała cierpienie za nawrócenie grzeszników i ratowanie dusz.

Teresa nie chciała być ciężarem dla kogokolwiek. Którejś nocy jedna z czuwających przy niej sióstr podała jej coś do picia, po czym zasnęła na krześle. Teresa, nie chcąc jej budzić, do rana trzymała w ręku pustą szklankę. Podobnych zdarzeń było wiele, a wszystkie pokazywały, jak dalece ta dziewczyna zapomniała o sobie – pomimo bólu, który każe człowiekowi koncentrować się na sobie. Nie sposób tego wytłumaczyć inaczej niż łaską. „Cóż to za łaska mieć wiarę! Gdybym nie miała wiary, bez wahania zadałabym sobie śmierć” – zwierzyła się, gdy gruźlica straszliwie maltretowała jej ciało. Pięć dni przed śmiercią wyznała: „Łatwo jest pisać piękne rzeczy o cierpieniu, ale pisanie to nic, nic! Trzeba cierpienia zaznać, żeby zrozumieć!”. Siostry zapamiętały słowa umierającej: „Kiedy się wreszcie doduszę… Już nie mogę…”.

Pocąc się, trzęsąc i siniejąc z braku powietrza, cały czas ściskała w ręku mały krucyfiks. Rano 30 września 1897 roku Teresa, patrząc na figurę Maryi, powiedziała: „Ty wiesz, że się duszę… Wszystko, co pisałam o moim pragnieniu cierpienia, to jednak jest prawda. Nie żałuję, że oddałam się Miłości”. Pod wieczór widać było, że nadchodzi koniec. Siostry, które przybiegły na dźwięk dzwonka, usłyszały jeszcze: „Kocham Go! Boże mój, kocham Cię!”.

Była 19.20. Teresa zmarła. W chwili śmierci jej twarz stała się zachwycająco piękna.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama