Nowy numer 48/2021 Archiwum

Bruksela bez kontroli

Nabożeństwo, z jakim część mediów traktuje instytucje unijne, jest zaprzeczeniem misji polegającej na patrzeniu władzy na ręce. A przecież władza w Brukseli jest wystawiona na te same pokusy co władza w każdym państwie członkowskim.

Jeśli ktoś czuje się – słusznie – zniesmaczony poziomem serwisów informacyjnych w telewizji publicznej, gdzie próżno szukać choćby pierwiastka krytycznego spojrzenia na działania władzy (dotyczy to i obecnego, i poprzedniego rozdania politycznego w TVP), to podobny niesmak powinno wywoływać nabożeństwo, z jakim inne media podchodzą do instytucji unijnych. O ile jeszcze 17 lat temu można to było wytłumaczyć entuzjazmem, jaki towarzyszył wstępowaniu do europejskiego klubu, to po tylu latach pełnoprawnego członkostwa można by oczekiwać pewnej dojrzałości i zrzucenia różowych okularów, przez jakie środowiska „proeuropejskie” patrzyły i patrzą na Brukselę.

Nietykalni?

Z niewytłumaczalnego powodu (pomijając polityczną wojenkę i ewentualne kompleksy) unijne instytucje chroni nigdzie niezapisany i trudny do zrozumienia immunitet medialny. I choć w Polsce jest to wyjątkowo silne zjawisko, to jednak owo chodzenie na palcach wokół Brukseli, Luksemburga i Strasburga występuje również w wielu innych krajach. Ten kult unijnych instytucji dotyczy zwłaszcza Komisji Europejskiej. To o tyle dziwne, że z reguły rządom krajowym większość mediów patrzy na ręce; mamy tam do czynienia z nieustannym ostrzałem, częstymi dymisjami i generalnie krytycznym podejściem do swoich premierów, ministrów i ich urzędników. Tymczasem Komisję, pomimo jej rosnącej władzy (zarówno na mocy kolejnych traktatów, jak i metodą faktów dokonanych, wbrew prawu wspólnotowemu) otacza aura nietykalności.

Oczywiście mówimy o pewnym zwyczaju, medialnym klimacie wokół KE, a nie o samym prawie – bo, po pierwsze, zgodnie z traktatami Komisja Europejska podlega kontroli ze strony Parlamentu Europejskiego, po drugie – istnieje szereg regulacji prawnych, wypracowanych przez same instytucje unijne, dających, przynajmniej teoretycznie, narzędzia do skutecznej kontroli i zapobiegania np. zachowaniom korupcyjnym. To logiczne, że takie mechanizmy muszą istnieć, bo przecież instytucje UE, w tym zwłaszcza Komisja, są tak samo podatne na nadużycia jak urzędy państwowych organów administracji. A właściwie jeszcze bardziej, biorąc pod uwagę dysponowanie ogromnymi środkami – zarówno tymi, które tworzą budżet unijny, jak i funduszami, ich rozdzielaniem oraz rozliczaniem. Wreszcie to w Komisji przecież powstają całe stosy regulacji, które drogą rozporządzeń i dyrektyw stają się częścią prawa obowiązującego w całej Unii, co również jest naturalnym środowiskiem dla tworzenia się różnych patologii o charakterze korupcyjnym (nie mylić z legalnym lobbingiem). Trudno zatem zrozumieć, skąd w mediach, zwłaszcza w Polsce, brak większego zainteresowania codzienną działalnością tysięcy urzędników brukselskich, brak dziennikarstwa śledczego wyspecjalizowanego konkretnie w instytucjach unijnych.

Afera bez mediów

Niektórzy twierdzą, że wyjątkiem w tej nabożnej „zmowie milczenia” było nagłośnienie afery korupcyjnej, która w 1999 roku skończyła się dymisją całej Komisji, z jej szefem Jakiem Santerem na czele.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama