Nowy numer 42/2021 Archiwum

Przeciążenie

Na ochronie zdrowia można doskonale zarobić. Można też spędzić życie w gabinecie, niewiele z tego mając.

W 2017 r. protestowali lekarze rezydenci. Kilka razy na pierwszy plan wybijały się protesty pielęgniarek. Teraz, gdy przed rządowymi budynkami stanęły namioty medyków, najwięcej słyszy się o ratownikach, choć powody do niezadowolenia mają też m.in. technicy medyczni, a także szpitalni farmaceuci, którzy akurat nie biorą udziału w proteście. Nie demonstrują związkowcy z Solidarności, a Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych zajmuje niejasne stanowisko. Środowisko jest więc bardzo podzielone, także dlatego, że sytuacja osób wykonujących ten sam zawód bywa zupełnie różna: niektórzy lekarze pracują wyłącznie na podstawie umów o pracę, wielu dokłada sobie godzin rozliczanych według umów cywilnoprawnych, niekiedy medycy przyjmujący w gabinecie publicznej przychodni są jednoosobowymi firmami, a i to czasem wynika z ich woli, a czasem z konieczności. Czy tak pogmatwany system da się zreformować?

Czekamy na premiera

Białe namioty rozstawiono w warszawskich Alejach Ujazdowskich. Przedsięwzięcie nazwano Białym Miasteczkiem 2.0, co nawiązuje do protestów pielęgniarek z 2007 r., wspieranych przez ówczesną opozycję i źle wspominanych przez polityków Prawa i Sprawiedliwości. Poszczególne namioty zajmują związkowcy ze szpitali należących do MSWiA, pielęgniarki, fizjoterapeuci. Wczesnym popołudniem w środku tygodnia po białym miasteczku kręci się 20–30 protestujących. Niektórzy tu nocują, inni przyjeżdżają w wolnym czasie między dyżurami. Oprócz pracowników ochrony zdrowia rozłożyli się też członkowie rolniczej Agrounii wspierającej protest. Jest scena, na której odbywają się pogadanki o zdrowiu i spotkania z politykami opozycji.

Pierwszy tydzień protestu upłynął pod znakiem oczekiwania. Protestujący domagali się spotkania z premierem Mateuszem Morawieckim i nie chcieli brać udziału w rozmowach z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim, choć robią to związkowcy z Solidarności. Nie pojawili się też na spotkaniu z przedstawicielami prezydenta, o które prosili.

– Czekamy aż do skutku – zapowiadał Wojciech Szaraniec, szef Porozumienia Rezydentów, zapytany przez nas o to, co będzie, jeśli premier nie przyjdzie. – Od wielu miesięcy próbujemy rozmawiać z ministrem Niedzielskim, zwykle rozmowy nie przynoszą rozwiązań. Chcemy spotkać się z najbardziej kompetentną i decyzyjną osobą, czyli z premierem Mateuszem Morawieckim.

Nie zajmujemy się ekonomią

Na profilu Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego znajduje się 8 postulatów. Demonstrujący chcą podwyżek – płaca fizjoterapeuty czy pielęgniarki miałaby wynosić 130 proc. średniej krajowej pensji plus kolejne 10 proc. za wykształcenie i każdy rok stażu. Żądają też, żeby ryczałt, czyli budżet szpitali, wzrósł o 30 proc., a wycena tzw. dobokaretki (w jej skład wchodzi płaca ratowników, ale też koszt leków i utrzymanie auta) – o 80 proc. Chcą ponadto, by nie tworzono nowych zawodów medycznych, ale lepiej kształcono obecnych pracowników. Kolejne postulaty dotyczą m.in. zatrudnienia dodatkowych niemedycznych pracowników w szpitalach, a także wprowadzenia urlopów zdrowotnych po 15 latach pracy.

Rząd odpowiada, że spełnienie tych postulatów w tym roku kosztowałoby 26 mld zł, a w przyszłym 104 mld zł. – Nie wierzymy, że to jest aż tyle. – odpowiada Wojciech Szaraniec. Ile faktycznie należałoby wydać na realizację żądań? – Jesteśmy po to, żeby leczyć, nie zajmujemy się ekonomią – mówi szef Porozumienia Rezydentów. Jak dodaje, protestujący wynajęli ekonomistę, który przedstawi wyliczenia.

Płaca minimalna

Postulaty płacowe wzbudzają wiele emocji, zwłaszcza że w ostatnich latach niektóre grupy wywalczyły sobie podwyżki, a inne nie. – Jedni mają siłę przebicia, swoje izby branżowe i prawników, a nas jest np. 16 na kilkuset zatrudnionych w szpitalu – mówi Małgorzata Patoka, technik radiologii ze szpitala dziecięcego przy ul. Niekłańskiej w Warszawie. – Nie stawiamy nigdy pani dyrektor przed groźbą odejścia z pracy, a bez nas nie działa SOR. Ortopeda nie istnieje bez dobrego radiologa.

Według obecnych regulacji technikowi medycznemu nie wolno płacić mniej niż 3,7 tys. zł brutto, czyli 2,7 tys. zł na rękę. – To minimalna płaca, ale skoro ustalono ją na takim poziomie, to przecież dyrektor nie zaproponuje 6 tys. zł – tłumaczy Małgorzata Patoka. Jak dodaje, w 2014 r. zmieniono zasady zatrudniania osób obsługujących aparat Roentgena. Wcześniej ze względu na jonizację wymiar pracy wynosił 5 godzin dziennie. 7 lat temu czas pracy wydłużono, nie dając podwyżek. Pracownica warszawskiego szpitala przyjechała na Aleje Ujazdowskie razem z dwiema koleżankami z tej samej placówki, poza godzinami pracy. – Jesteśmy dalekie od takich posunięć jak strajk, ale musimy pokazać, że jesteśmy i mamy swoje prawa – podsumowuje.

Zarobki od Sasa do Lasa

Regulacje Ministerstwa Zdrowia dotyczące płac weszły w życie w lipcu. Określają one minimalne stawki, jakie można zapłacić osobie wykonującej dany zawód medyczny. I tak lekarz z II stopniem specjalizacji za pracę na pełen etat (bez dodatków za dyżury) nie może dostać mniej niż 4,8 tys. zł, pielęgniarka po studiach – 3,9 tys., a higienistka stomatologiczna, technik analityki medycznej i opiekun medyczny znaleźli się w najniższej kategorii – dostaną przynajmniej 2,7 tys. zł. Dyrektor może zaproponować więcej, ale nie musi. W praktyce miesięczne zarobki są wyższe ze względu na dyżury nocne i świąteczne. Pracownik szpitala nie może ich nie brać, ale w tej chwili wielu medyków pracuje o wiele za długo. Według strajkujących nawet powyżej 300 godzin miesięcznie. W dodatku nie wszyscy mają etaty. Polskie Towarzystwo Ratowników Medycznych szacuje, że blisko 75 proc. osób wykonujących ten zawód robi to na podstawie umów cywilnoprawnych. Nie są zatem chronieni przed pracą ponad miarę.

Problem przeciążenia pracą będzie trudno rozwiązać, bo w niemal każdym zawodzie medycznym gołym okiem widoczne są braki. Tylko trochę pomaga sprowadzanie lekarzy ze Wschodu – to zaledwie kilkaset osób rocznie. Rośnie liczba studentów medycyny – jest ich dziś 6 tys., czyli dwukrotnie więcej niż dekadę temu. Liczba miejsc na pierwszym roku zwiększyła się w skali kraju o 80 proc. Jeszcze kilka lat temu w Warszawie lekarzy kształciła jedna uczelnia, a obecnie cztery. Kształcenie trwa jednak długo, więc pozytywne zmiany będzie można odczuć najwcześniej za kilka lat, a być może jeszcze później.

Tymczasem lekarze specjalności, których brakuje w okolicy, nieraz sami wybierają elastyczne formy zatrudnienia, bo wtedy mogą dyktować bardzo wysokie stawki za swoje usługi. – Nie jest dobrą sytuacja, kiedy nefrolog w jednym województwie zarabia na kontrakcie 15 tys. zł, a w drugim województwie, też na kontrakcie – 30 tys., bo tam brakuje nefrologów i dyrektor szpitala musi więcej zapłacić. Jakakolwiek byłaby to forma, to ustalenie wynagrodzenia powinno jakoś odnosić się do wykształcenia, stażu itp. – ocenia Rafał Janiszewski z medycznej kancelarii doradczej. – Trzeba skończyć z sytuacją, w której lekarz na etacie ma 5 tys., a na kontraktach dodatkowo kilkanaście tysięcy złotych. Pamiętajmy, że nie rząd im płaci, tylko dyrektor szpitala, który ma swój budżet. Może więc rozwiązaniem byłoby stworzenie kontraktów rządowych. Dlaczego nie? Stworzyć siatkę płac, określić, ile płacimy za etat, za dyżur i inne zadania.

W okopach

Ze stroną rządową negocjuje medyczna Solidarność, która nie bierze udziału w białym miasteczku. Maria Ochman, szefowa sekretariatu ochrony zdrowia „S”, tłumaczyła, że część stawianych tam postulatów jest słuszna, ale niektóre są zaporowe. Liderzy białego miasteczka woleli czekać na premiera, ale do końca pierwszego tygodnia protestu nie doszło do takiej rozmowy i nic nie wskazywało na to, by protestujący mieli plan B. W tej sytuacji szanse na sukces protestu nie wydawały się wielkie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama