Nowy numer 42/2021 Archiwum

Puste karetki

Ratownicy medyczni walczą o wyższe wynagrodzenia i zmiany systemowe dotyczące ich zawodu. Jak wygląda ich codzienna praca?

Na mapie opublikowanej w sieci zaznaczono kilkadziesiąt miejscowości, w których odbył się protest ratowników medycznych. Wzięli w nim udział przedstawiciele tej grupy zawodowej m.in. z Warszawy (385), Białegostoku (130), Włocławka (72), Poznania (58), Gorzowa Wielkopolskiego (49), Elbląga (38) i Wrocławia (20). Wraz z początkiem września większość z nich udała się na urlopy lub zwolnienia lekarskie. Duża część zdecydowała się na złożenie wypowiedzeń. Wówczas w zespołach karetek zaczęło brakować rąk do pracy. Szacuje się, że z tego powodu na ulice nie wyjechało 25 proc. ambulansów. Sytuacja w stolicy była tak trudna, że o wsparcie poproszono Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Trzeciego dnia protestu media obiegły zdjęcia śmigłowca lądującego na placu Konstytucji, zaledwie 500 m od najbliższej stacji pogotowia.

Prawie jak lekarz

System Państwowego Ratownictwa Medycznego (PRM), zapewniający pomoc każdej osobie w stanie nagłego zagrożenia zdrowia lub życia, jest w dużej mierze oparty na ratownikach medycznych. Jeszcze do połowy lat dziewięćdziesiątych w karetkach poza lekarzami i pielęgniarkami jeździli jednak tylko sanitariusze. Ich zadaniem była pomoc przy transporcie pacjentów. Dopiero w 1996 r. zaczęto otwierać pierwsze szkoły policealne, w których można było zdobyć tytuł zawodowy ratownika medycznego. Pięć lat później w ofercie uczelni wyższych pojawiły się natomiast studia licencjackie przygotowujące do wykonywania tego zawodu. Wówczas rozpoczął się proces jego profesjonalizacji. Z roku na rok uprawnienia ratowników są coraz szersze. – W określonych przez prawo sytuacjach wolno nam m.in. zaintubować pacjenta, przeprowadzić defibrylację, elektrostymulację i kardiowersję. Możemy także samodzielnie postawić diagnozę i zdecydować o podaniu choremu leków. W niewielu państwach na świecie ratownicy medyczni odgrywają tak dużą rolę w systemie opieki zdrowotnej – mówi „Gościowi” Michał Gościński, ratownik medyczny z Warszawy.

O dużej odpowiedzialności, jaka została nałożona na tę grupę zawodową, świadczy także dopuszczalna przez prawo możliwość skompletowania zespołu karetki podstawowej (P) wyłącznie z ratowników medycznych lub/i pielęgniarek. To praktyka powszechnie stosowana w całym kraju. Taki ambulans bez obsady lekarskiej wyjeżdża, by udzielić pomocy osobom, które zachorowały, uległy wypadkowi czy doznały urazu. W uzasadnionych przypadkach do poszkodowanych może dotrzeć tylko jeden ratownik medyczny. – Najczęściej wyjeżdżam na motocyklu do pacjentów, którzy stracili przytomność pod wpływem alkoholu, narkotyków lub dopalaczy. Takie osoby można znaleźć na ulicach i w parkach. Moim zadaniem jest jak najszybsze dotarcie na miejsce i rozpoznanie sytuacji. W razie potrzeby wzywam karetkę pogotowia – mówi „Gościowi” Adam Osiński, ratownik medyczny z Łodzi.

Ojcowie na telefon

Według Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych w szpitalnych oddziałach ratunkowych, dyspozytorniach i zespołach karetek pracuje łącznie ok. 12 tys. ratowników. Szacuje się, że tylko 30 proc. z nich podpisało ze swoim pracodawcą umowę o pracę. Pozostali wykonują swoje obowiązki w oparciu o umowy cywilnoprawne. – W większości miast dysponenci karetek pogotowia rozpisują konkursy, w których startują ratownicy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Przy ocenie ofert doświadczenie i umiejętności schodzą na dalszy plan. Zlecenie otrzymują zwykle osoby, które zaproponują najniższą stawkę godzinową – tłumaczy M. Gościński.

W zależności od regionu kraju i zakresu obowiązków wynagrodzenia ratowników medycznych wahają się od 20 do 40 zł brutto za godzinę. Niskie stawki zmuszają ich do brania nawet kilkunastu dwudziestoczterogodzinnych dyżurów w miesiącu. Gdyby ograniczyli się do 160 godzin (pełen etat), nie byliby w stanie osiągnąć poziomu przeciętnego wynagrodzenia w naszym kraju. Dużą część ich pensji pochłaniają bowiem koszty prowadzenia działalności gospodarczej, zakupu potrzebnych do pracy ubrań i opłat za obowiązkowe szkolenia (zgodnie z przepisami w ciągu pięciu lat muszą zebrać 200 punktów edukacyjnych). – Konieczność pracy przez ok. 300 godzin w miesiącu sprawia, że nie mamy czasu dla swoich rodzin. Wielu moich znajomych pełni funkcję ojca na telefon. Przegapili najważniejsze momenty z życia swoich dzieci, nie byli przy nich, gdy zaczynały chodzić, mówić i osiągały pierwsze sukcesy w szkole. Pewną szansą na uzyskanie większej ilości czasu wolnego byłoby przejście do sektora prywatnego. Jeśli jednak większość z nas zdecyduje się na taki krok, kto będzie ratował ludzi? – zastanawia się Michał Gościński.

Trudne sytuacje

Nasi rozmówcy podkreślają, że ich praca wiąże się z dużym ryzykiem. Poprosiliśmy ich, aby przypomnieli sobie najtrudniejsze sytuacje, z którymi musieli zmierzyć się podczas wykonywania swoich obowiązków. – Nigdy nie zapomnę reanimacji trzymiesięcznego dziecka. Do dzisiaj, gdy zamknę oczy, czuję je w swoich rękach. Innym razem musiałem pomóc zniszczonemu nałogiem człowiekowi, którego ciało było przyklejone do dywanu. Nie zadawałem zbędnych pytań, starałem się go nie oceniać. Musiałem jak najszybciej działać – wspomina M. Gościński.

– Najbardziej dotykają mnie sytuacje związane z dziećmi. Kiedyś musieliśmy zabrać pięcioro z rodziny dotkniętej przemocą domową. Widzieliśmy, że te dzieciaki tęsknią za swoimi rodzicami, chociaż doświadczyły z ich strony wiele krzywdy. Innym razem dotarliśmy do opuszczonej przyczepy, w której siedziała ok. 2-letnia dziewczynka. Była bardzo zaniedbana, potrzebowała natychmiastowej pomocy. Miałem już wtedy własne dziecko, trudno było mi poradzić sobie z tą sytuacją – mówi A. Osiński.

– Któregoś dnia dostaliśmy wezwanie do mężczyzny, którego organizm był wyniszczony przez alkohol. Na miejscu zobaczyliśmy, że jego życie jest zagrożone, postanowiliśmy przetransportować go do szpitala. To miała być standardowa procedura: zaczęliśmy wypełniać formularz i poprosiliśmy o dokumenty chorego. Zamiast dowodu osobistego jego partnerka przyniosła jednak broń i wymierzyła ją w kierownika naszego zespołu. Na szczęście udało mi się odebrać jej pistolet i nikomu nic się nie stało. Sprawa trafiła do sądu – mówi „Gościowi” Rafał Rutkowski, ratownik medyczny, który pracuje na terenie Warszawy i Grójca.

Wypracować konsensus

W reakcji na protest ratowników, który rozpoczął się na początku września, rządzący ogłosili zwiększenie budżetu na rzecz tzw. dobokaretki (więcej informacji na ten temat w wywiadzie z Ireneuszem Szafrańcem). To nie odwiodło jednak tej grupy zawodowej od wzięcia udziału w ogólnopolskim proteście służby zdrowia. W manifestacji zorganizowanej na ulicach Warszawy uczestniczyli m.in. członkowie Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych oraz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych. Demonstranci domagali się nie tylko podwyżek, ale przede wszystkim zmian systemowych. Strona rządowa zapewniła, że zostaną one przygotowane w ramach powołanego przez Ministerstwo Zdrowia zespołu ds. rozwiązań w Państwowym Ratownictwie Medycznym. – Ten dialog i ta rozmowa są dobrym podłożem, żebyśmy wypracowali konsensus – zapewnił wiceminister zdrowia Waldemar Kraska.

Czas pokaże, czy w ratownictwie medycznym rzeczywiście dojdzie do realnych zmian. Na razie osoby wykonujące ten zawód nie są dobrej myśli.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama