Nowy numer 20/2022 Archiwum

Koniec XXI wieku

Afganistan jest ważniejszy, niż nam się wydaje. Porażka Zachodu w tym kraju będzie boleśniejsza w skutkach, niż przypuszczamy. Kolejne stulecie kończy się szybciej, niż kalendarz wskazuje.

Jeśli zamachy z 11 września 2001 roku uznano za „prawdziwy” początek XXI wieku, to spektakularną porażkę w wojnie, która była odpowiedzią na nie, należałoby uznać za przyspieszony koniec tego stulecia. Przegrana Ameryki i całego Zachodu w Afganistanie nie polega bowiem tylko na tym, że po 20 latach wojny władzę przejęli tam ponownie talibowie. Nawet nie tylko na tym, że kraj ten pogrąży się teraz w wojnie domowej, narażając miliony ludzi na ucieczkę z własnych domów, nędzę i śmierć. Ucieczka Zachodu z Afganistanu stanie się symbolem końca Pax Americana. „Następcy tronu” są gotowi do działania.

Idzie nowe

Jeśli ktoś myślał, że wyjście wojsk zachodnich z Afganistanu zostawia ten kraj wyłącznie na łaskę i niełaskę talibów, po zamachu dokonanym przez lokalną mutację Państwa Islamskiego (z prowincji Chorasan), w którym zginęło ok. 180 osób, z pewnością zdążył już zmienić zdanie. A to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. A raczej wulkanu, którego erupcja nie zakończy się na jednym czy drugim „incydencie”. Pretendentów do przejęcia władzy w Afganistanie jest wielu. Z faktu, że talibowie stanowią najliczniejszą i – na razie – najsilniejszą grupę, nie wynika, że inni mają zamiar oddać teren walkowerem. Skala tego wewnętrznego konfliktu będzie równocześnie wprost proporcjonalna do zaangażowania po różnych jego stronach zewnętrznych graczy. Ucieczka Amerykanów i NATO wprawdzie nie musi oznaczać całkowitej rezygnacji Zachodu z zachowania choćby wąskich kanałów wpływania na sytuację, ale dla wszystkich jest jasne, że tak spektakularna przegrana 20-letniej wojny praktycznie wyklucza USA z gry, która toczy się wokół Afganistanu. Co więcej, już teraz widać, że gra z innymi uczestnikami w roli głównej wyraźnie nabrała tempa. To przede wszystkim wzmożona aktywność Chin, dla których swobodny dostęp do Afganistanu jest ważny nie tylko ze względu na znajdujące się tam bogate złoża różnych surowców naturalnych, ale przede wszystkim ze względu na możliwość skrócenia i korzystniejszego przebiegu azjatyckiej części nowego Jedwabnego Szlaku. To z kolei jest jednym z wielu elementów chińskiej układanki, której głównym celem jest zastąpienie Stanów Zjednoczonych w roli globalnego hegemona. Wiąże się to również z licznymi korzyściami dla wszystkich innych konkurentów i przeciwników USA. W tym oczywiście dla Rosji, która w osłabieniu Ameryki zyskuje najlepszy od dziesięcioleci grunt do realizacji swoich imperialnych ambicji. W dłuższej perspektywie zatem Afganistan może stać się nowym wektorem w historii, który na długie dekady zmieni kształt relacji międzynarodowych.

Talibowie „od Trumpa”

Zanim przyjrzymy się bliżej układowi sił w Afganistanie i wokół niego, zaznaczmy jedną rzecz: chaotyczna i tragiczna w skutkach ucieczka wojsk zachodnich i części ich afgańskich współpracowników jest niewybaczalnym (w kategoriach strategicznych) błędem obecnej amerykańskiej administracji, ale samo przejęcie kraju przez talibów jest wynikiem układu podpisanego półtora roku temu przez administrację Donalda Trumpa. To zrozumiałe, że w czasach, gdy „ogląd świata” większość ludzi buduje na podstawie spektakularnych obrazków w telewizji czy w internecie, powstało wrażenie, że dopiero nagła ewakuacja z lotniska w Kabulu, wywołana szybszą, niż się spodziewano, ofensywą talibów, stała się przyczyną dramatycznego zwrotu akcji. Nie, przyczyną jest układ z talibami, który na potrzeby propagandy przedstawiano jako „zwycięstwo” USA, które rzekomo miały uzyskać „zapewnienie” talibów, że ci dogadają się z proamerykańskim rządem w Kabulu. Było jednak jasne, że już samo zaproszenie do stołu rozmów talibów, czyli tych, przeciwko którym przez dwie dekady największe mocarstwo wytaczało najcięższe działa, oznaczało kapitulację tegoż mocarstwa. Było też jasne, że gdy tylko talibowie zobaczą, iż rządowe siły afgańskie, wyszkolone i uzbrojone przez USA, nie mają zamiaru bronić się nie tylko do ostatniego żołnierza, ale nawet do pierwszego, nie będą mieli najmniejszych skrupułów, by przejąć władzę w całym kraju i urządzić go po swojemu. To ważne podkreślenie, bo w przekazach medialnych dominuje zrzucanie winy za obecny stan rzeczy wyłącznie na prezydenta Bidena. Tak, sposób, w jaki przeprowadzono „ewakuację”, powinien już dawno skłonić go do ustąpienia z urzędu i z pewnością dodatkowo pogrąża wizerunek USA w świecie i pogłębia skalę tej porażki. Ale mimo wszystko Amerykanie od dawna wiedzieli, że talibowie pójdą na całość i że tysiące Afgańczyków (mniejszość, ale jednak znacząca) będą chciały z tego powodu wyjechać ze swojego kraju.

Al-Kaida rośnie

Sami talibowie jednak nie mają powodów, by z całkowitym spokojem czekać na opuszczenie kraju przez ostatnich Amerykanów (co miało nastąpić do 31 sierpnia). Ich triumf jest wyraźny i błyskawiczny, ale jeśli myślą o rzeczywistym stworzeniu Islamskiego Emiratu Afganistanu i o niepodzielnych rządach, muszą poradzić sobie z rosnącą w siłę konkurencją. Raczej nie będzie nią Al-Kaida, której komórki były jednym z głównych celów (a oficjalnie – jedynym) amerykańskiej operacji wojskowej (to w Afganistanie ukrywał się Osama bin Laden, autor zamachów z 11 września), a które dziś przeżywają ponownie rozkwit – zarówno u boku talibów, jak i wspierającego ich przede wszystkim Pakistanu. Nie jest tajemnicą, że to właśnie patronat Pakistanu nad talibami, wspieranie ich i finansowanie, przyczynił się do ostatecznej wygranej z Amerykanami. To było zresztą powodem zerwania przez USA i tak chwiejnego sojuszu z Pakistańczykami – po zamachach na World Trade Center władze w Islamabadzie deklarowały przyłączenie się do międzynarodowej koalicji antyterrorystycznej i przez pewien czas utrudniały przenikanie Al-Kaidy przez pogranicze afgańsko-pakistańskie, ale z czasem Amerykanie zorientowali się, że mimo ogromnych sum otrzymywanych z Waszyngtonu „sojusznik” dość lekko traktuje swoje zobowiązania, a siatki terrorystyczne rosną w siłę. Do tego doszło całkiem otwarte wspieranie talibów, co ostatecznie zadecydowało o zerwaniu współpracy przez Amerykanów.

Mutacje choroby

Poważną konkurencją może za to okazać się Państwo Islamskie, którego afgańska mutacja przyznała się do zamachu w pobliżu lotniska w Kabulu. Nie sposób nie zadać pytania, czy to ugrupowanie dżihadystów, które w niektórych regionach kraju liczy poważne siły, nie było wykorzystywane do walki z talibami przez Amerykanów. Zastanawiające jest bowiem, jak szybko po zamachu w Kabulu namierzono kryjówkę mózgu całej operacji i „wymierzono sprawiedliwość” za pomocą wojskowego drona należącego do U.S. Army (miał wystartować z jednej z baz amerykańskich poza Afganistanem). Niewykluczone, że tak precyzyjna orientacja w terenie jest związana z tym, że to sami Amerykanie najpierw ułatwili organizacji działalność, by ta zwalczała talibów.

Do głosu coraz mocniej dochodzą również mudżahedini i ich Sojusz Północny, których przywódca, Ahmad Masud, jest synem legendarnego przywódcy mudżahedinów, Ahmada Szacha Masuda, który walczył z wojskami sowieckimi w latach 80. XX wieku. Młody lider mudżahedinów zapowiada walkę z talibami dużo bardziej zdecydowaną niż prowadzona przez afgańskie siły rządowe. Dla tych Afgańczyków, którym bliższe okazały się ideały zachodniej demokracji, i talibowie, i mudżahedini, i Państwo Islamskie to różne wersje tej samej choroby, która trawi świat islamu. To również pogłębia skalę porażki Zachodu w tym kraju.

Wygaszanie Ameryki

Choć wojna domowa w Afganistanie wydaje się nieunikniona, mimo wszystko to talibowie czują się na razie najbardziej pewni zwycięstwa. Mają przecież za sobą Pakistan – regionalne mocarstwo atomowe, oraz Chiny – mocarstwo atomowe z ambicjami globalnymi. Zamach przeprowadzony przez dżihadystów komplikuje wprawdzie sytuację talibów, ale od tego są silniejsi gracze zewnętrzni, by wspomóc tych, których rządy wydają się im bardziej korzystne ze względu na własne interesy. A dla Chin obecność w Afganistanie to nie tylko ogromne inwestycje w infrastrukturę i gospodarkę, ale także niepowtarzalna okazja do wytyczenia korzystniejszego przebiegu Jedwabnego Szlaku (zamiast niepewnej drogi przez fragment tej części Kaszmiru, który jest przedmiotem konfliktu między Indiami a Pakistanem). Dla Stanów Zjednoczonych swoboda, z jaką Chiny mogłyby teraz zacząć korzystać z dobrodziejstw Afganistanu, jest najbardziej upokarzającym efektem przegranej wojny. Nie tylko to, że po 20 latach ten kraj wraca do punktu wyjścia. Nawet nie to, że talibowie i Al-Kaida są nawet mocniejsi niż w 2001 roku, a więc że zagrożenie terrorystyczne dla USA jest większe niż przed zamachami na World Trade Center. Również to, że przez 20 lat nie udało się stworzyć w tym regionie świata zapory przed chińską ekspansją. Może się wręcz wydawać, że ucieczka z Afganistanu jest symbolicznym końcem epoki Pax Americana. Trudno nawet powiedzieć, czy ten proces byłoby w stanie zatrzymać jakieś wyraźne, silne przywództwo w USA. Można odnieść wrażenie, że nie tylko lewicowe elity, ale i amerykańska prawica nie mają już wiary w amerykańskie przewodzenie światu. Ta wiara zresztą w ostatnich dwóch dekadach przyniosła raczej opłakane skutki – co pokazały najmocniej wojny w Iraku i w Afganistanie. Gdyby tak w dalszym ciągu miał wyglądać „amerykański pokój” i przewodzenie światu, to może i lepiej, że to już się kończy. Dramat polega jednak na tym, że alternatywa jest jeszcze mniej obiecująca, przynajmniej dla naszej części świata. Osłabiona Ameryka to łatwa droga do „pokoju”, którego nie chcielibyśmy znowu doświadczyć nad Wisłą.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się