Nowy numer 20/2022 Archiwum

Wakacje za jeden uśmiech

Przyjechali z okolic Solecznik. Niektórzy byli w kraju przodków pierwszy raz...

Dużo to czy mało: zebrać pieniądze, zorganizować wyżywienie, transport, nocleg i liczne atrakcje? I to dla grupy zupełnie nieznanych osób, dorosłych i dzieci? Dużo to czy mało – poświęcić swój czas, mimo obowiązków i pracy zawodowej, ofiarować energię i serce? I to wszystko dla tych, którzy przejadą 900 kilometrów, i nie wiadomo, czy się jeszcze kiedyś ich zobaczy?

Z ziemi solecznickiej...

Jechali do Polski piętnaście godzin. Z Wileńszczyzny. Mieszkają, w większości, w Solecznikach i okolicy, na Litwie. Tam zebrał grupę Tadeusz Romanowski ze Wspólnoty Miłosierdzia Bożego. A przyjechali na zaproszenie góralskiej Fundacji Dunajec, której założycielem i prezesem jest Zbigniew Konopka. Panowie Tadeusz i Zbigniew poznali się jakiś czas temu i działają wspólnie, chociaż fizycznie dzielą ich setki kilometrów. – Staramy się pomagać Polakom na Kresach materialnie. Regularnie wozimy dary dla biedniejszych rodzin – opowiada góral z Huby, pan Zbigniew. – Na miejscu, wspiera nas Tadeusz, który zna ludzi, wie, kto ma jakie potrzeby, gdzie konieczne są ubrania, a gdzie jedzenie. Potrafi wszystko rozsądnie rozdysponować. W tym roku po raz pierwszy postanowiliśmy również zaprosić rodaków do nas, w Gorce. I udało się!

O przygotowaniach do przyjazdu pisaliśmy w tekście „Góral, Wilniuk – dwa bratanki” (GN 8/2021). Wtedy górale z Huby, Maniów, Kluszkowiec organizowali festyn charytatywny, z którego dochód miał zostać przeznaczony na przyjazd Polaków z Litwy. Festyn wyszedł świetnie: dopisała publiczność, występowały za darmo zespoły folklorystyczne, a druhowie z okolicznych zastępów Ochotniczych Straży Pożarnej wspomagali organizację całości. – Zebraliśmy fundusze i mogliśmy przygować pobyt naszych przyjaciół – uśmiecha się pan Zbigniew. – I przyjechali do nas pod koniec sierpnia na tydzień. Jak Pan Bóg pozwoli, a Matka Boża Ostrobramska pobłogosławi, znów zaprosimy rodaków.

Wartość człowieka

Tadeusz Romanowski jest Polakiem. Mieszka od urodzenia w rejonie Solecznik. Przez wiele lat był przedsiębiorcą, zarabiał i dorabiał się z dużym sukcesem. – W końcu mocno zachorowałem, co przecież zawsze zmienia człowieka. A Pan Jezus powiedział: „Dość tego gromadzenia. Teraz czas na głoszenie mojego Miłosierdzia i pomoc ludziom. Teraz jest twój czas dawania”. Staram się więc być apostołem Bożego Miłosierdzia i służyć innym. Bo być Polakiem – to znaczy właśnie służyć. Nie dorabiać się, nie chełpić, nie budować na piasku, lecz na skale. A więc służyć...

Pan Tadeusz opowiada, że w jego rodzinie ta służba i pomoc biedniejszym przechodziła z pokolenia na pokolenie. – Mój dziadek był człowiekiem ogromnego miłosierdzia. Może dlatego, że przecież my spod Wilna – z miasta Miłosierdzia Bożego – zastanawia się pan Tadeusz. – Mama i tata też pomagali ludziom. I mnie od dziecka wciągali do służby.

Kiedyś mama pana Tadeusza zawiozła go do gospodarstwa starszych Polaków mieszkających na podwileńskiej wsi. – Wtedy pierwszy raz zobaczyłem prawdziwą biedę: to byli ludzie niewidomi, z okolicy Butrymańców. Mama przyjeżdżała tam pomagać sprzątać… Starsza pani, do której jeździliśmy, chociaż niewidoma, radziła sobie, jak potrafiła. Nie poddawała się mimo kalectwa i biedy. Mieszkała razem z kurami, w jednej izbie. Żeby zjeść jajko, musiała go szukać po omacku, zaraz po tym, gdy któraś kura je zniosła. To dla nas, przyzwyczajonych do dobrobytu, było wręcz niewyobrażalne. Nosiłem tym ludziom wodę, obserwowałem ich życie, ich codzienne zmagania. To naprawdę uczy patrzenia na innych z sercem i pozwala odnaleźć właściwą perspektywę. Przyrzekłem, że będę wspierał biedniejszych, bo wśród nich jest Bóg...

Dzięki pracy pana Tadeusza i wielu ludzi z jego wspólnoty udaje się dziś pomagać nie tylko Polakom na Litwie, ale również Polakom na Białorusi. – Przenosimy dary przez granicę i wspieramy biednych. Tam potrzeba wszystkiego: jedzenia, ubrań, chemii gospodarczej. Ale przede wszystkim pamięci i modlitwy. Polacy, zwłaszcza starsi, którzy całe życie tam mieszkają, czekają na dobre słowo po polsku, na pamięć. Cieszą się, że Polska o nich nie zapomina. To ważniejsze od spraw materialnych.

Moskole w Maniowach

Grupa młodych Polaków z opiekunami po przyjeździe w Gorce, zamieszkała w Hubie. W remizie tamtejszej OSP zorganizowano noclegi. O wyżywienie zadbały panie z Koła Gospodyń Wiejskich, a atrakcje zapewnili mieszkańcy, również z sąsiednich miejscowości. Panie z Maniów na przykład postanowiły zorganizować warsztaty... robienia moskoli. W izbie regionalnej tamtejszego koła gospodyń rozpoczęła się górsko-kulinarna przygoda, w której uczestniczyli starsi i młodsi.

– Więcej mąki trzeba? – kilkuletnia Aleksandra, rezolutna i energiczna, ugniata ciasto z tłuczonych ziemniaków. Mówi pięknie po polsku, z miękkim, śpiewnym, kresowym akcentem. Zaprzyjaźniła się w Polsce z Weroniką – rówieśniczką z Huby. Razem bawią się i dokazują. I lepią te moskole swoimi małymi rączkami. Potem dorosłe gospodynie upieką ich dzieła na blasze. I będzie czas na wspólną ucztę: gorące moskole z masełkiem. Wileńsko-góralska uczta, jakże prosta i smaczna.

– To, co mogłyśmy, dałyśmy od siebie, z serca – opowiadają panie z KGW Maniowy. – Tutaj wiele nie trzeba: mąka, ziemniaki i nasz czas. Chyba to jest taki nasz – patriotyczny – obowiązek: przyjąć rodaków i ugościć najlepiej, jak się umie.

Pani Teresa z Solecznik, opiekunka grupy, cieszy się na wspólny czas: – Dzieci zadowolone, my też. Ja w Polsce byłam wiele razy, ale dzieciaki po raz pierwszy. Wzrusza, że górale otworzyli swoje domy i serca, by nas przyjąć. A i te moskole – przepyszne. Może i u nas, na Wileńszczyźnie, się przyjmą – uśmiecha się pani Teresa.

Po górach

Grupa z Litwy zwiedzała również okolice, chodziła po górach. Przewodnikiem był pan Zbigniew – przewodnik po Pieninach, Gorcach i Beskidach. – Zwiedzanie trochę było utrudnione, bo pogoda nie rozpieszczała. Ale nie daliśmy za wygraną – opowiada pan Zbigniew. – Udało się nam zobaczyć sporo, a nasze tereny są przepiękne i nawet w deszczu trudno się nudzić.

– Mnie się rejs statkiem po Zalewie Czorsztyńskim najbardziej podobał – mówi kilkunastoletni Andrzej. – Jestem w Polsce pierwszy raz i mam nadzieję że za rok wrócę. Góry są świetne. I pływaliśmy też po Dunajcu. To się rafting nazywa – spływaliśmy takimi dmuchanymi pontonami. Ale to była przygoda! Prąd w Dunajcu szybki i trzeba było uważać. Jak opowiem w klasie, to mi będą zazdrościć. Wracam teraz do szkoły z mocno naładowanymi bateriami. Będzie co wspominać cały rok.

Grupa odwiedziła także niedalekie Zakopane, przeszła przepiękny wąwóz Homole w Pieninach, a na górze Wdżar zaszalała na letnich torach saneczkowych. – Cieszy, że wielu właścicieli i przedsiębiorców postanowiło nam pomóc – otrzymaliśmy różne zniżki albo wręcz darmowe bilety. Dzieci były zapraszane na smaczne obiady, a gdy zorganizowaliśmy wieczór z piosenkami i muzyką, jeden z lokalnych przedsiębiorców, właściciel firmy cateringowej, przywiózł nam świetny poczęstunek. To pokazuje, że ludzie mają ogromne serca, bo przecież wszyscy robili to bez rozgłosu i reklamy, z czystej chęci pomocy. Ta chęć pomocy pączkuje i rozszerza się. A mówią czasem, że panuje znieczulica! Nieprawda! Ludzie chcą być dobrzy i chcą pomagać. Dzięki temu, od rana do nocy, dzieci miały atrakcje. Nie nudziły się ani chwilę...

Był też czas i na modlitwę: w zabytkowym kościółku w Dębnie i w sanktuarium maryjnym w Ludźmierzu.

– Już myślimy o kolejnym transporcie pomocy. Nazbieramy darów i mam nadzieję – pieniędzy na transport – uśmiecha się pan Zbigniew. – W dzisiejszych czasach ludzka solidarność przywraca wiarę, nadzieję i pokazuje prawdziwą miłość.

Dużo to czy mało: zebrać pieniądze, zorganizować wyżywienie, transport, nocleg i liczne atrakcje? Zwykli ludzie z Gorców i Pienin potrafili zorganizować piękne wakacje niemal za... jeden uśmiech. Będą naśladowcy? Warto.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama