Nowy numer 20/2022 Archiwum

Rysunek czarną kreską

– Nieleczona depresja często prowadzi do myśli samobójczych. Aż 25 proc. osób chorych odbiera sobie życie – mówi prof. Irena Krupka-Matuszczyk.

Marcin Jakimowicz: Prawdziwa historia: dwie dziewczyny z klasy. Pierwsza smutna, ubierająca się na czarno w klimatach „obraz nędzy i rozpaczy”. Druga: rasowa dama, świetnie ubrana, z przyklejonym uśmiechem i dobrymi ocenami na świadectwie. Jak się okazuje… obie mają depresję. Kiedy nauczyciele lub koleżanki mają szansę, by wyłapać coś niepokojącego?

Prof. Irena Krupka-Matuszczyk: Na pewno łatwiej jest wyłapać osobę ubraną na czarno. Dla osób w depresji bardzo charakterystyczny jest wygląd twarzy, opuszczone kąciki ust, spuszczone górne powieki. Osoby te są zgarbione, skulone, pozamykane, zazwyczaj trzymają się same, z dala od grupy. Ich oczy nie błyszczą, włosy pozostają w nieładzie. Nie dbają o wygląd: chodzą często przez kilka dni w tych samych ciuchach, a nawet nie myją się, nie dbają o higienę. U mniejszych dzieci można rozpoznać depresję po rysunkach. Chore dzieci rysują zazwyczaj jedynie czarną kreską, nie używają kolorów. Te dzieci o wiele gorzej jedzą, mają problemy ze snem, budzą się koło 2, 3 w nocy i nie mogą zasnąć do rana. Gdy jednak mają iść do szkoły, nie można ich dobudzić. Zdarza się, że przesypiają pierwsze lekcje. Osobom postronnym trudniej jest zauważyć chorobę u kogoś, kto stara się zamaskować ją przyklejonym uśmiechem. Dziwi mnie tylko, że druga wspomniana przez pana dziewczyna miała dobre oceny…

Presja w domu…

Ooo, to już wszystko jasne! W szkole udawała, że znakomicie funkcjonuje, ale odchorowywała to, gdy nikt nie widział. Nieleczone depresje kończą się często samobójstwami. W 2021 roku mamy wśród nastolatków o sto samobójstw więcej niż przed dwoma laty. Nieleczona depresja często prowadzi do myśli samobójczych. Aż 25 proc. osób chorych odbiera sobie życie.

Przerażająca statystyka…

Przy uzależnieniu od alkoholu czy schizofrenii to „jedynie” 10 procent.

Znajomi, którzy zmagali się z depresją, bali się słowa „psychiatra”. Nie traktujemy go tak jak słowa „chirurg”.

Niestety nie. Łatwiej nam zaakceptować słowa „terapia” czy „psycholog” (taki model widzimy w wielu filmach, w Stanach Zjednoczonych modne jest bywanie u psychoanalityków), ale wizyta u psychiatry jest dla wielu często ostatecznością. Co ciekawe, lekarz rodzinny może zaproponować pójście do psychologa, ale do psychologa pracującego w publicznej służbie zdrowia może skierować jedynie lekarz psychiatra. Niestety często trafiają do nas ludzie w zaawansowanej depresji, wyczerpani wieloma miesiącami zmagań. A moglibyśmy pomóc im o wiele, wiele wcześniej! W czasie pandemii zanotowano wzrost aż o 40 proc. różnorakich zaburzeń psychicznych. Często było to związane z tym, że pacjenci nie mieli dostępu do lekarza, a chorób psychicznych nie zdiagnozuje się przez telefon…

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama