Nowy numer 38/2021 Archiwum

Lidka

Była sanitariuszką, najmłodszym żołnierzem batalionu Armii Krajowej „Zośka”. Mądrą, waleczną, piękną kobietą.

Ostatni bohaterowie powstania warszawskiego odchodzą na naszych oczach. Coraz ich mniej. Wśród nich są wielkie kobiety, żołnierze, o których nadal mało wiemy. Major Lidia Markiewicz-Ziental była jedną z nich.

Z patriotycznej rodziny

Urodziła się 17 grudnia 1929 roku w Warszawie w rodzinie zamożnych przedsiębiorców, ludzi wierzących i kochających swój kraj i wolność. Ojciec Lidki Eugeniusz brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku, w brygadzie generała Hallera. Po wybuchu II wojny światowej działał w powołanej przez prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego Straży Obywatelskiej. Dbał o porządek w czasie nalotów i podczas oblężenia stolicy. Stanisława – matka Lidii – była natomiast wnuczką powstańca z 1863 roku. Po wybuchu II wojny światowej brała udział w akcjach organizowanych przez Radę Główną Opiekuńczą: żołnierzom i oficerom przebywającym w stalagach i oflagach organizowała paczki z żywnością i ubraniami. W czasie wojny obronnej 1939 roku również dwie starsze siostry Lidii, Zenona i Leonia, weszły do walki: były sanitariuszkami, pracowały w Szpitalu Ujazdowskim.

Lidia jeszcze przed wybuchem wojny skończyła trzy klasy szkoły powszechnej prowadzonej przez siostry szarytki. Naukę kontynuowała także w czasie okupacji: skończyła sześć klas szkoły powszechnej. Uczyła się potem w gimnazjum Anieli Hoene-Przesmyckiej.

Po latach Lidia wspominała: „Szkoła była niezwykle patriotyczna, ale również atmosfera mojego domu była niezwykle patriotyczna. Mój tata jako legionista był nieprzejednany w swoich poglądach. Poza tym wszyscy w rodzinie oprócz mnie byli zaangażowani (w udzielanie pomocy, opatrywanie rannych). Byłam nieszczęśliwa, że nie mogłam nic robić w 1939 roku”. Szybko jednak miało się to zmienić.

Z małego sabotażu do powstania

Mijały lata wojenne, coraz bardziej dramatyczne, bolesne. Terror niemiecki się wzmagał. Warszawa wykrwawiała się w czasie ulicznych łapanek, rozstrzeliwań. Ludzie cierpieli głód, żyli w ciągłym strachu. Pragnęli wolności, chcieli walczyć z wrogiem. Lidia zaś dorastała. W 1942 roku przeszła szkolenie sanitarne. Wraz z koleżankami z harcerstwa i szkoły przygotowywała się do akcji małego sabotażu. „Chodziło o to, żeby pisać »festina lente« przy rysunkach żółwia, poza tym były napisy: »Deutschland siegt an allen Fronten«. (…) Dopisywało się „l”: »Deutschland liegt an allen Fronten«. Roznosiłyśmy ulotki, paczki. Odbywałyśmy szkolenia w paru domach” – opowiadała. Ponieważ cały czas się uczyła, i to dobrze, została wciągnięta do konspiracji. Nauka była wówczas „przepustką” do zadań konspiracyjnych. Traktowano ją bowiem jako wyraz sprzeciwu i walki z wrogiem.

Zarówno Lidia, jak i jej koleżanki miały świadomość, że szykuje się powstanie. Gdy wybuchło, miała dokładnie czternaście lat i osiem miesięcy. Zafałszowała datę urodzin: dodała sobie trzy lata. 3 sierpnia 1944 r. zgłosiła się ochotniczo do batalionu „Zośka”. Otrzymała przydział do patrolu sanitarnego II plutonu 3. kompanii „Giewonta”. Była tam najmłodszym żołnierzem!

Realnie była niespełna 15-letnim dzieckiem. „Niedużo, ale ludzie wtedy dorastali znacznie szybciej. Już 5 sierpnia brałam udział w ataku na »Gęsiówkę«. Tam był mój pierwszy zabity – strasznie to przeżyłam – Piotruś Rubini. Esesman postrzelił [go] z wieżyczki” – wspominała pierwsze, wstrząsające doświadczenie ze śmiercią.

Później Lidia wzięła udział w uwolnieniu 350 żydów różnych narodowości. Powstańcy nie mieli pojęcia, że natrafią na umierających z głodu, przeznaczonych na śmierć więźniów. „To było niesamowite przeżycie. Nagle wyłoniła się wielka grupa biednych ludzi, wygłodzonych, w pasiakach, którzy zaczęli nas całować. (…). Ale było też dziwne zdarzenie, bo mój kolega, Bogdan Deczkowski, pseudonim Laudański, poznał swojego kolegę sprzed wojny, Żyda. Tak się uściskali, byli szczęśliwi, że mogą spotkać się, że nasz batalion ich ocalił! Czterech lekarzy spośród tej grupy żydów udało się do Szpitala Karola i Marii. Część oswobodzonych żydów przeszła z nami cały szlak bojowy: Wola, Stare Miasto, Czerniaków, Mokotów”.

Następnie Lidka uczestniczyła w akcjach bojowych na terenie cmentarza ewangelicko-augsburskiego i cmentarza żydowskiego. A 11 sierpnia wraz z oddziałem przebiła się do kościoła ojców bonifratrów, do Szpitala Jana Bożego. Trwały tam zacięte walki.

„Z 21 na 22 sierpnia porucznik »Giewont« otrzymał rozkaz, ażeby nasza kompania brała udział w natarciu na Dworzec Gdański. Mieliśmy połączyć się z majorem »Okoniem« z Żoliborza. Leżeliśmy całą noc na boisku »Polonii«. Nad ranem przyszedł rozkaz [do ataku]. Ostatecznie to był nieudany atak, zginęło wielu moich kolegów”. 31 sierpnia żołnierze dostali rozkaz ewakuacji ze Starego Miasta. Kanałami prowadził ich Stanisław Broniewski „Orsza”, naczelnik Szarych Szeregów, słynny dowódca akcji pod Arsenałem. Po wojnie zostali z Lidką przyjaciółmi…

Potem dziewczyna walczyła m.in. na Czerniakowie. Odmówiła próby przepłynięcia Wisły i przedostania się na Pragę. Na Mokotowie, na terenie fabryki chemicznej, trzeci raz została ranna.

W końcu znów nadszedł rozkaz, by powstańcy przeszli kanałami do Wilczej: „Szliśmy ponad dwadzieścia godzin. To była najgorsza droga, najgorsze przeżycie, to było piekło na ziemi. Szły masy ludzi. Były drabiny, nie miały szczebla, z tych drabin nas ściągali. Chłopcy odbezpieczali broń, żeby wyjść z kanału. Nie było wiadomo, co robić. Jacyś ludzie leżą: „Mamusiu, daj mi herbatę”. Wiadomo, że już byli w malignie. Myślę, że Niemcy wrzucali karbid. Poza tym Niemcy się tam dostawali, układali jakieś barykady. Ekskrementy były spiętrzone. Przeżycie było straszne”.

Lidia jednak dała radę. Mimo odniesionych ran 6 października 1944 roku wyszła o własnych siłach z Warszawy. Doszła do Ursusa. Okazuje się, że z jej oddziału przeżyło niewielu. A Lidia była jednym z nielicznych żołnierzy, którzy przeszli cały szlak bojowy Zgrupowania Radosław.

Po wyjściu z Warszawy była skrajnie wyczerpana: „Byłam wtedy ciężko ranna. W transporcie dla starców i ciężko rannych wyjechałam z Warszawy”. Po wojnie w wywiadach często podkreślała, że w najgorszych chwilach, gdy już nie było nadziei na przeżycie, wzywała ratunku Maryi.

Po wielu perypetiach udało się Lidce uniknąć obozów niemieckich; schroniła się m.in. w Zakopanem. Do opustoszałej, wstrząsająco zniszczonej, ukochanej Warszawy wróciła już jednak na początku 1945 roku.

Po powstaniu

Jej bohaterska rodzina również poniosła wielką ofiarę: jedna z sióstr zginęła, spalona żywcem w szpitalu przez oddziały Heinza Reinefartha; brat Zbigniew, student medycyny, nie opuścił rannych w jednym ze szpitali powstańczych – i również zginął. Po kapitulacji Warszawy do obozu koncentracyjnego wywieziono ojca Lidki, jej stryja, brata i kuzyna. Matka została wywieziona do Ravensbrück.

Po wojnie Lidia postanowiła kontynuować naukę. Maturę zdała w 1949 roku. Jednak jej pochodzenie zostało wychwycone przez nowe władze – chociaż świetnie się uczyła, nie dostała się na studia. Udało jej się to dopiero po jakimś czasie: z powodzeniem ukończyła prawo. Postanowiła jednak nie ujawniać swojej okupacyjnej, żołnierskiej przeszłości. Rozsądnie, bo wielu jej przyjaciół utraciło wolność na wiele lat, a niektórzy nawet życie… „Pułkownik »Radosław« ogłosił, że mamy się ujawnić. Nie ujawniłam się. Wiele dziewcząt, które się nie ujawniły, nie zostało aresztowanych. Aresztowali prawie wszystkich moich kolegów. Jan Ernst, pseudonim Witold – jego syn Jerzy Ernst z telewizji, który był z Milewiczem – jego dwaj przyjaciele Tadeusz Trepka, Jerzy Trepka, Edzio Wiśniewski, Michał Glinka, Staszek Romanowski, to tylko z mojej kompanii” – wspominała Lidka po latach.

Czy warto było mimo ran, traumy wojennej i powojennej zawieruchy iść do powstania? Czy poszłaby do walki jeszcze raz? Kiedyś zapytała o to panią Lidię jedna ze stacji telewizyjnjnych. Odpowiedziała bez wahania: „Na pewno bym do powstania przystąpiła jednym tchem, bo byliśmy dumni z tego, że jesteśmy, że bierzemy udział w powstaniu. A poza tym liczyliśmy na to, że Warszawa będzie rzeczywiście wolna”.

Po wojnie pani Lidia mieszkała w Łomiankach. Była niemal do końca życia czynnym radcą prawnym, ludzie ją ogromnie szanowali za ciepło, życzliwość i chęć pomocy. Została też mianowana majorem i dwukrotnie odznaczona Krzyżem Walecznych. Zmarła 7 listopada 2020 roku. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama