Nowy numer 38/2021 Archiwum

Stany socjalne

Stany Zjednoczone uruchomiły program comiesięcznych świadczeń na każde dziecko. W zamierzeniu prezydenta Bidena ma to być jeden z elementów generalnej zmiany polityki społecznej w USA.

Od 15 lipca amerykańskie rodziny, niezależnie od ich statusu materialnego, otrzymują comiesięczne wsparcie w wysokości 300 dolarów na dzieci do szóstego roku życia i 250 dolarów na dzieci w wieku 6–17 lat. Pomoc pieniężną otrzyma około 60 mln młodych mieszkańców USA. Prezydent Joe Biden nazwał to „wielkim krokiem w kierunku likwidacji ubóstwa dzieci w Ameryce”. Rozwiązanie, sprawdzone w Polsce i w wielu innych krajach Europy, w USA jest czymś rewolucyjnym. Za oceanem trwa znana z naszego kraju debata nad tym, czy wypłaty (koszt 110 mld dolarów rocznie) nie są nadmiernym obciążeniem budżetu i czy nie wpłyną na spadek aktywności zawodowej Amerykanów. Pieniądze dla rodzin z dziećmi to część wartego prawie 2 biliony dolarów American ­Families Plan, którego założenia przedstawił w kwietniu 2021 r. Joe Biden. Pieniądze na jego realizację mają pochodzić m.in. z podwyżki podatków dla najbogatszych. Prezydenta czeka batalia w Kongresie z republikanami oraz przekonanie sceptyków w gronie własnej partii. Jeżeli jednak uda się uchwalić ten plan (i wprowadzane równolegle American Rescue Plan oraz American Jobs Plan), to w Stanach dojdzie do znaczącej zmiany istniejącego od kilkudziesięciu lat porządku gospodarczo-społecznego.

Dobry czas na rewolucję

Okoliczności do radykalnych zmian w USA wydają się najbardziej sprzyjające od czasów Wielkiego Kryzysu z 1929 r. i wprowadzonego przez Franklina Delano ­Roosevelta Nowego Ładu. Nierówności społeczne pogłębiały się w USA od lat 80. XX wieku, ale dopiero pandemia koronawirusa w pełni odsłoniła dysfunkcyjność amerykańskiej gospodarki. W kwietniu 2020 r., w trakcie pierwszej fali COVID-19, pracę straciło ponad 20 mln Amerykanów. W całym roku 2020 gospodarka skurczyła się o 3,5 proc., najwięcej od 1946 r. Bezradność amerykańskiego społeczeństwa wobec pandemii pogłębiał brak powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego i zasiłków chorobowych. Pod koniec 2020 r. rekordowe 11,7 proc. obywateli USA żyło poniżej poziomu ubóstwa. W Stanach dorasta pierwsze po wojnie pokolenie Amerykanów, którym żyje się gorzej niż rodzicom.

Równocześnie podczas pandemii majątek amerykańskich miliarderów wzrósł łącznie o mniej więcej bilion dolarów. 650 amerykańskich miliarderów ma dwa razy więcej pieniędzy niż połowa mieszkańców USA. Z powodu skrajnych nierówności Stany Zjednoczone zaczęto nazywać „najbogatszym krajem Trzeciego Świata”.

Choć zwycięstwo Bidena w wyborach uważano początkowo za wzmocnienie centrowej frakcji demokratów, szybko okazało się, że w sprawach gospodarczych ważną rolę odgrywają przedstawiciele tej partii znani z lewicowych poglądów gospodarczych. W senackiej komisji finansów znalazła się Elizabeth Warren, a przewodniczącym komisji budżetowej został Bernie Anders. Poglądy senatora, niegdyś sytuujące go na lewym skrzydle demokratów, dziś stają się main­streamowe.

Wzrost obciążeń fiskalnych dla bogaczy popiera obecnie dwie trzecie Amerykanów. O biedzie i nierówności mówi się dziś najwięcej od dekad. Także w głównym nurcie amerykańskiej popkultury, czego wyrazem jest np. Oscar za najlepszy film dla „Nomadland” – opartej na reportażu Jessiki Bruder historii starszych ludzi w USA mieszkających w kamperach i pracujących ponad siły z powodu braku emerytur od państwa. Symbolicznym zjawiskiem była demonstracja w maju w Waszyngtonie i Nowym Jorku pod rezydencjami znanego z unikania płacenia podatków Jeffa Bezosa – twórcy Amazona, najbogatszego człowieka świata o majątku ponad 180 mld dolarów. Demonstracje zwołała organizacja Patriotic Millionaires (Patriotyczni Milionerzy). Zamożni przedsiębiorcy wchodzący w skład tego stowarzyszenia sami przyznają, że nierówności w USA są zbyt duże i czas podwyższyć podatki.

Trzy wielkie plany

Gdy stało się jasne, jak głęboki kryzys gospodarczy spowoduje COVID-19, rządy kolejnych krajów zaczęły wprowadzać ustawy mające przywrócić miejsca pracy i pobudzić wzrost gospodarczy. W przypadku prezydenta Bidena widać, że plan odbudowy po pandemii ma posłużyć jako pretekst do głębszych zmian.

Propozycje reform ekonomicznych zostały przedstawione w trzech wzajemnie się przenikających pakietach: to uchwalony w marcu American Rescue Plan (Amerykański Plan Ratunkowy), a także czekające na przegłosowanie American Families Plan (Amerykański Plan dla Rodzin) i American Jobs Plan (Amerykański Plan Pracy). Łącznie są one szacowane na rekordową w historii programów rządowych sumę 7 bilionów dolarów. Zawarte w nich propozycje można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to rozwiązania stosowane we wcześniejszych pakietach, jeszcze za czasów administracji Trumpa, np. „pandemiczny” dodatek 300 dolarów do zasiłków dla bezrobotnych czy jednorazowa zapomoga 1400 dolarów dla Amerykanów o dochodach niższych niż 80 tys. dolarów rocznie. Drugą kategorię stanowią propozycje reform, co do których republikanie zasygnalizowali gotowość poparcia. To głównie projekty infrastrukturalne. Prezydent zapowiedział m.in. inwestycje w miejski transport zbiorowy, w odnowę podupadłej infrastruktury kolejowej, w drogi, mosty, transport wodny. Obiecuje w ten sposób stworzenie „naprawdę dobrze płatnych miejsc pracy” oraz chce stopniowo przybliżać kraj do ogłoszonego na początku kadencji celu zeroemisyjności amerykańskiej gospodarki do 2050 r.

Trzecią kategorię stanowią reformy rewolucyjne jak na amerykańskie standardy, zwłaszcza z zakresu polityki społecznej, zawarte w Amerykańskim Planie dla Rodzin. To program bezpośrednich transferów pieniężnych dla rodzin z dziećmi. Obejmuje wszystkie rodziny, także te, w których rodzice nie pracują i nie płacą podatków. Administracja Bidena zakłada, że do końca roku pomoże on zmniejszyć o połowę liczbę dzieci żyjących w ubóstwie. Na razie program obowiązuje do końca roku, prezydent chce go przedłużyć co najmniej do 2025 r. Kolejne proponowane innowacje dotyczące American Families Plan to między innymi: stworzenie sieci bezpłatnych państwowych przedszkoli, zniesienie opłat za tzw. Community College (to niemające odpowiednika w polskim systemie edukacji dwuletnie uczelnie wyższe kształcące w kierunku konkretnych zawodów), rozwój całorocznego programu bezpłatnych posiłków dla ubogich dzieci, dalszy wzrost dostępności ubezpieczenia zdrowotnego (i obniżenie kosztów jego uzyskania), wzrost wsparcia finansowego dla studentów oraz wprowadzenie płatnego chorobowego i urlopów macierzyńskich. Warto zauważyć, że większość z wyżej wymienionych rozwiązań w Europie obowiązuje od dekad, a ich zasadność nie podlega dyskusji.

Rekordowy wzrost wydatków na cele społeczne ma być finansowany ze wzrostu obciążeń fiskalnych dla najbogatszych. Joe Biden i przewodniczący komisji budżetowej Bernie Anders proponują następujące zmiany: wzrost podatku dochodowego dla najlepiej zarabiających Amerykanów (powyżej 400 tys. dolarów rocznie) z 37 do 39,6 proc., wzrost podatku od zysków przedsiębiorstw z 21 do 28 proc. oraz wzrost podatku od zysków kapitałowych dla zarabiających ponad milion dolarów rocznie z 20 do 39,6 proc. Prezydent popiera także ogłoszone 1 lipca w Paryżu porozumienie 130 krajów na rzecz ustanowienia tzw. globalnego podatku cyfrowego w wysokości 15 proc. dla międzynarodowych korporacji. Jednocześnie Biden zapewnia, że dla zarabiających mniej niż 400 tys. dolarów rocznie podatki nie wzrosną „ani o centa”.

Niepewność w Kongresie

Biden wciąż nie jest pewny przegłosowania swoich ambitnych planów. Żeby uchwalić American Jobs Plan i American Families Plan w normalnym trybie, potrzebne jest poparcie części republikanów. Na to się nie zanosi. Lider republikańskiej frakcji w Senacie Mitch McConnell zapowiedział: „Demokraci chcą przekształcić Stany Zjednoczone w kraj socjalistyczny […], jestem w stu procentach skupiony na powstrzymaniu tej administracji”. W związku z twardym sprzeciwem opozycji wśród demokratów rośnie poparcie dla wykorzystania furtki legislacyjnej, czyli tzw. procedury uzgodnienia (reconsiliation), teoretycznie zarezerwowanej dla ustaw związanych z budżetem państwa. W tym wypadku wystarczy zwykła większość 50 proc. plus jeden głos. Wśród demokratów podniosły się już jednak głosy (m.in. ze strony senatora Joego Machina), że jest to psucie państwa, gdyż ustawy takiej wagi wymagają ponadpartyjnej zgody, a nie forteli prawnych.

Nawet jeżeli demokraci skorzystają z procedury uzgodnienia, będzie musiała zapanować wśród nich jednomyślność, bo ich przewaga w Senacie wynosi jeden głos. Tymczasem ta jedność stoi pod znakiem zapytania. Od początku swojego urzędowania Biden stara się utrzymywać równowagę między centrową i lewicową frakcją demokratów. Także w przypadku Families Plan i Jobs Plan obiekcje wyrażane są przez oba skrzydła partii. Dla jednych program jest zbyt rewolucyjny, dla drugich powinien być jeszcze bardziej prosocjalny (zwłaszcza w kwestii ochrony zdrowia). Mimo spodziewanych trudności w Kongresie Biden zdaje sobie sprawę, że społeczne i polityczne przyzwolenie na zmiany może szybko minąć, dlatego spróbuje jak najszybciej reformy wprowadzić.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama