Nowy numer 30/2021 Archiwum

Bo Matka Boża powiedziała…

Nie jest już przy tym do końca ważne komu, gdzie i dlaczego. Kryteria rozeznawania i oceny objawień prywatnych są zazwyczaj ich przeciętnym zwolennikom zupełnie nieznane, a nawet jeśli tak, to często pomijane. Podobnie zresztą, jak zdrowy rozsądek. W efekcie rośnie nie tylko liczba wątpliwej jakości duchowych przesłań dla świata, ale także – zastęp ich bezkrytycznych entuzjastów. Oczywiście, ze szkodą nie tylko dla nich samych.

Dla jasności dodam, że nie chodzi wyłącznie o tak zwane objawienia Maryjne, ale także o cały szereg innych przesłań, zjawień i komunikatów przekazywanych ludzkości przez rozmaitych „widzących”. Podobno są one autorstwa świętych, dusz czyśćcowych, aniołów, a nawet demonów, bo wsłuchiwanie się w opowieści tych ostatnich i testowanie za ich pomocą duchowej rzeczywistości wciąż niesłabnąco pozostaje w modzie. Wiele z tych rzekomych objawień, to czarno-białe, proste (żeby nie rzec – prymitywne) komunikaty zbudowane na przewidywalnym schemacie: jest źle i lepiej już nie będzie; świat zmierza ku zagładzie, karząca ręka Boga właśnie się nad nami wyciąga. I tu zazwyczaj następuje katalog informacji, za co dokładnie Bóg będzie karał oraz jak tej kary uniknąć – wersja z bonusem dla wąskiej grupy wybranych (kto się zastosuje, ten będzie ocalony). Czyta te „wiadomości z nieba” zwykły katolik, napotyka na nie w takiej czy innej facebookowej grupie, wysłuchuje w filmikach krążących po YouTube, a nawet co rusz odnajduje w publikacjach kilku popularnych autorytetów, którzy głównie na takim przekazie budują swoje nauki. I myśli sobie taki wierny: „A może to jednak prawda? W końcu Matka Boża powiedziała… Czy można jej nie wierzyć?”.

A co go skłania, żeby uwierzyć? Bynajmniej nie analiza teologicznej poprawności tych treści, czy kryterium zgodności z nauczaniem Kościoła. Zazwyczaj lęk. Bo co, jeśli to jednak prawda? Przecież niedobrze byłoby nie trafić do grona ocalonych lub narazić się na Boży gniew... Czasami do wyobraźni przemawiają także obietnice w stylu: kto odmówi co trzeba i jak trzeba z pewnością pójdzie do nieba. Więc odmawiamy, recytujemy, wypełniamy, zasługujemy, gorliwie zarabiając na Bożą łaskę – dla siebie i dla innych (dzieci, współmałżonka, rodziców). I tylko upragniony pokój jakoś nie nadchodzi, a emocjonalnej stabilności wciąż w naszym życiu jakby mniej. Niestety, neurotyczna pobożność to właśnie ma do siebie, że jej religijne style radzenia sobie z wewnętrznym poczuciem zagrożenia ciągle domagają się mnożenia treści i rytuałów, aby koić psychiczne napięcie, które w duchowej sferze łatwo znajduje swe opracowanie.

Zakamuflowany lęk i brak poczucia bezpieczeństwa to zresztą nie jedyne powody, dla których tak wielu katolików wierzy rozmaitym wątpliwej jakości prywatnym objawieniom. Czasami przekonuje ich charyzma, urok lub porywający styl przekazu tych, którzy je głoszą albo promują. Niejednokrotnie także – pozornie porządkujący charakter, powalający łatwo zrozumieć otaczającą rzeczywistość. Wielu woli właśnie takie nieskomplikowane, manichejskie, w zrozumiały sposób segregujące rzeczywistość przesłania niż wczytywanie się w zawiłe teologiczne traktaty lub niełatwe w stylu i języku kościelne dokumenty. Powodów jest oczywiście więcej. Czy to znaczy jednak, że fałszywe objawienia prywatne to efekt celowego, zamierzonego działania obliczonego na szkodę naiwnych wiernych? Niekoniecznie. Specjaliści z dziedziny duchowości – zwłaszcza ci, którzy naukowo zajmują się chrześcijańską mistyką – wiedzą doskonale, jak bardzo jest to złożona rzeczywistość. Chodzi bowiem o narażony na wiele błędów proces przejścia od religijnego doświadczenia, które zachodzi w świadomości mistyka jako korelat duchowego przeżycia, towarzyszących mu doznań psychicznych oraz doktrynalnego zaplecza, do wyrażenia owego doświadczenia w postaci gotowego, ubranego w językową szatę przesłania; co więcej – do jego poprawnej, uwzględniającej specyficzny kulturowy, religijny i społeczny kontekst interpretacji. Kościół skrupulatnie bada poszczególne elementy tego procesu, w wielu wypadkach wypowiadając się pozytywnie lub negatywnie na temat danych objawień. Nawet jednak wtedy, gdy zostają one uznane i zaakceptowane, ich ranga nie może być większa niż oficjalnego nauczania Kościoła. Objawienia prywatne mają nie tylko wspierać indywidualny duchowy rozwój przyjmujących je wiernych, ale także powinny przyczyniać się do wzrostu ich jedności z Kościołem. Nigdy natomiast nie mogą być interpretowane w kontrze do jego oficjalnego nauczania lub do eklezjalnej dyscypliny. Całkiem możliwe, że wśród różnych współczesnych prywatnych objawień jest pewna część autentycznych; że niosą one z sobą dobre, budujące, przydatne w konstruktywnym pogłębianiu wiary przesłanie. Niemniej zdrowy rozsądek i zwykła duchowa dojrzałość nakazują umiar i ostrożność w ich przyjmowaniu, a także krytycyzm w kierowaniu się zawartymi w nich diagnozami czy zaleceniami. Niestety, w tych kwestiach mały błąd na początku zazwyczaj wielkim okazuje się na końcu.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksander Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, członek Rady ds. Apostolstwa Świeckich KEP, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także