Nowy numer 30/2021 Archiwum

Prawo wodniaka

– Wewnętrzny kompas pomaga najbardziej – mówi Michał Rogalski, reżyser filmu „Ciotka Hitlera”.

Edward Kabiesz: Holocaust był tematem wielu filmów, także znaczących, takich jak „Lista Schindlera”, „Pianista” czy „W ciemności”. Pana obraz kontynuuje ten temat. Co Pana skłoniło do jego podjęcia?

Michał Rogalski: Ten temat jest aktualny zawsze. Trudno już wygłaszać takie banały, że chodzi o to, by widz się jakoś utożsamił, postawił sobie pytanie, w jaki sposób by się zachował w takiej sytuacji. Oczywiście to też jest ważne, ale mnie w chwili realizacji filmu interesują pogłębione pytania. Jak bardzo źle było? I jak źle może jeszcze być, jeśliby okoliczności się zmieniły tu i teraz? Daleki jestem od przypisywania całym narodom jakichś cech – zarówno dobrych, jak i złych, skupiam się raczej na konkretnych ludziach. Na ich indywidualnych wyborach. Kiedy ujawniane są coraz to nowe źródła dotyczące przeszłości, niestety odpowiedź na postawione pytanie jest bardziej pesymistyczna. Wtedy było bardzo źle i trzeba było być jakimś nadludzkim, etycznym herosem, żeby się w tym świecie nie pogubić. To jest bardzo skomplikowane i intymne w tym sensie, że moja opinia o tym, czy ludzie byli generalnie źli, czy dobrzy, ewoluuje na skutek doświadczeń i świadectw.

W filmie znajduje się informacja, że scenariusz został zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami.

Wojciech Tomczyk, scenarzysta filmu, odszukał pewną historię, a scenariusz był inspirowany wydarzeniami z nią związanymi. Naprawdę było tak, że piaskarz uratował matkę z dzieckiem, która chciała się utopić. Matka miała już dosyć, nie widziała innego wyjścia. To jest ten prawdziwy epizod, a cała reszta została przez nas dopowiedziana.

Kiedy rozmawiałem z Agnieszką Holland z okazji premiery „W ciemności”, powiedziała, że jednym z powodów, dla których filmowcy sięgają do tych tematów, jest nagromadzenie dramatycznych sytuacji, których nie wymyśliłby żaden scenarzysta.

Zdecydowanie się zgadzam. Zrobiłem taki film „Letnie przesilenie”. Zainspirowały mnie do niego rozmowy z ludźmi tego pokolenia. Miałem ciotkę w Londynie, która trafiła tam z armii Andersa. Mimo że minęło już kilkadziesiąt lat od wojny, dla niej najciekawsze wciąż były opowieści wojenne. Po pierwsze odcisnęły one silne piętno, a po drugie był to czas, kiedy intensywność emocji i moc tych wydarzeń była tak wielka, że wystarczyłaby dla kilku żyć. Tymczasem te wydarzenia działy się w sposób skondensowany w ciągu pięciu lat. Zgadzam się z tym, co mówiła Agnieszka Holland, bo nikt nie wymyśliłby takiego zła ani też pewnie takiego dobra. I takiej komplikacji. Żaden scenarzysta nie miałby odwagi wymyślać takich dialogów. W usta małej uratowanej dziewczynki włożyłem tekst: „Ja mam już dosyć. Ja nie polubiłam życia”. Ten autentyczny tekst zaczerpnięty z dokumentalnej książki „Jest taki piękny słoneczny dzień…” zabrzmiał w ustach 9-letniej aktorki wstrząsająco.

W wielu filmach o podobnym temacie nie brakuje scen drastycznych. Pan ich unika.

Myślę, że najbardziej drastyczny film nie oddaje tego, co się działo, więc nie zamierzam konkurować z rzeczywistością. Wolę raczej sugerować pewne sytuacje niż je pokazywać.

W filmie widzimy zróżnicowane postawy wobec Żydów. Są szmalcownicy, policjanci i ci, którzy pomagali Żydom za cenę życia.

Wydaje mi się, że żaden scenariusz nie jest w stanie oddać skomplikowania sytuacji, jaka wówczas miała miejsce. Ludzie są tylko ludźmi, przez miesiąc mogą kogoś ukrywać i komuś pomagać, a później już nie chcieć tego robić. Czy to odbiera im bohaterstwo? Trudno powiedzieć.

Różne były motywy ukrywania Żydów.

Oczywiście. Niektórzy robili to z powodów ekonomicznych, a inni wyłącznie z etycznych, bo ludzie, których ukrywali, nie mieli już nic. Człowiek, który był tchórzem, w późniejszym czasie mógł się okazać bohaterem – i odwrotnie. Moim zdaniem takie postawy można rozpatrywać wyłącznie indywidualnie, bez uogólnień: „Polacy byli tacy”, „Polacy nie byli tacy”. To są fałszywe koncepty. Jacy są lub bywają Polacy – i zresztą członkowie każdego innego narodu – widzimy na co dzień w polityce, w sklepach, na drogach, w życiu codziennym.

Główny bohater często używa sformułowania „prawo wodniaka”. Oczywiście w sensie metaforycznym.

W czasach, kiedy nie ma innych praw, wewnętrzny kompas etyczny pomaga najbardziej. Ten wewnętrzny kompas, wewnętrzny bezpiecznik zastępuje czasem społeczny kompas, który w czasach chaosu nie istnieje. To pomoc w porządkowaniu świata, który się pogubił, małe porządkowanie własnego podwórka według własnych zasad, skoro tych na zewnątrz nie ma.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także