Nowy numer 30/2021 Archiwum

Europa.ru

Tajemnica uległości Zachodu wobec Rosji tkwi nie tylko w sentymentach i niezgrabnie skrywanym podziwie dla Putina. To również przyciąganie byłych zachodnich przywódców intratnymi posadami w zarządach rosyjskich koncernów.

Wyobraźmy sobie taki scenariusz: były prezydent lub premier Rosji po skończonej kadencji przyjmuje posadę w zarządzie niemieckiego lub francuskiego koncernu energetycznego. W umowie widniej zapis, że będzie on oficjalnie reprezentował państwo niemieckie lub francuskie…

Granice wstydu

Zgadza się – najbardziej bujna wyobraźnia wysiada przy tak bajecznym scenariuszu. Tymczasem w drugą stronę działa to znakomicie. I już nie trzeba uruchamiać żadnej wyobraźni – aktualizowana nieustannie historia kupowania zachodnich polityków przez Kreml to prawdziwa literatura faktu. Kluczowe w tym wszystkim jest to, że proces rekrutacji jest rozłożony w czasie i obejmuje również okres, gdy kandydat pełni jeszcze funkcję państwową w swoim kraju. Oferta pracy nie pojawia się zatem nagle po zakończonej kadencji polityka, co kładzie się cieniem na wszelkie decyzje podejmowane przez niego w okresie urzędowania. Granice wstydu i zwykłej uczciwości wobec piastowanego przez siebie urzędu i własnego państwa zostały już tak daleko przesunięte, że można spodziewać się tylko kolejnych rekordów w „poszerzaniu perspektywy” europejskich przywódców, myślących o spokojnej starości na usługach Moskwy.

Prezes Kremla

Najświeższy nabytek rosyjskiej gospodarki i państwa to były premier Francji François Fillon. Został właśnie członkiem zarządu należącego do Rosji koncernu naftowego Zarubieżnieft. Co istotne, specjalny dekret nominacyjny podpisał rosyjski premier Michaił Miszustin, bo Fillon nie będzie „zwykłym” członkiem zarządu, ale oficjalnym reprezentantem państwa rosyjskiego we władzach spółki. Informacje te pochodzą zarówno z rosyjskiej agencji Interfax, która oznajmiła to światu jako pierwsza, jak i z francuskich mediów, ale i sam zainteresowany potwierdził wszystkie te rewelacje w rozmowie z prasą. Żeby było jeszcze ciekawiej, Fillon bez zająknięcia podkreślił, że tak naprawdę otrzymał więcej propozycji objęcia stanowisk w radach nadzorczych kilku innych rosyjskich spółek. I zaraz dodał zaklęcie, które brzmi dziwnie znajomo: oświadczył, że jest zwolennikiem „dialogu z Rosją w interesie Europy”. Czyż nie tak właśnie mówią najczęściej politycy europejscy, którzy sprzeciwiają się poważniejszym sankcjom, jakie Unia Europejska mogłaby nałożyć na Rosję? Zazwyczaj wydaje się to albo naiwne, albo podyktowane interesem swojego państwa, które prowadzi interesy z Rosją, a tymczasem motywacje okazują się o wiele bardziej osobiste: część polityków zwyczajnie szykuje się do objęcia intratnych posadek w Rosji po skończonym urzędowaniu.

Im głośniej, tym lepiej

François Fillon to przypadek, nad którym warto zatrzymać się nieco dłużej. Oto bowiem mamy do czynienia z politykiem, który nie tylko był premierem Francji, ba, nie tylko ubiegał się o fotel prezydenta, ale którego kariera polityczna runęła dość szybko po ujawnieniu nadużyć finansowych i ostatecznie skazaniu go na 2 lata bezwzględnego więzienia i 3 lata w zawieszeniu za defraudację pieniędzy publicznych. Jednocześnie jako urzędujący premier cały czas podkreślał, że konieczny jest silny sojusz Paryża z Moskwą, co akurat nie jest niczym nadzwyczajnym nad Sekwaną. Nie każdy jednak tuż po ustąpieniu z urzędu udaje się na przyjacielski wypad do Władimira Putina, nie każdy też rozkręca działalność własnej firmy konsultingowej, której filie znajdują dobre podłoże w Rosji i która ma świetne relacje z najwyższymi władzami, a wreszcie nie każdy dostaje – jak obecnie – posadę w zarządzie rosyjskiej firmy z nadania samego Kremla.

Charakterystyczne jest to, że zarówno w przypadku Fillona, jak i innych podobnych nabytków Moskwy, obie strony nie kryją się z tym ani trochę, ba, można nawet odnieść wrażenie, że jest to celowo nagłaśniane. O ile jednak nie dziwi to w przypadku Rosji, która pozyskaniem zachodnich polityków nie tylko odnosi skutek propagandowy, lecz także zyskuje szeroki dostęp do wszystkich kontaktów kupionego ministra, premiera czy kanclerza, o tyle zadziwia bezwstydnie ostentacyjne obnoszenie się z tym przez głównych „bohaterów”.

Rosja kocha Francję

Równie nieciekawie – z punktu widzenia bezpieczeństwa Europy – wyglądają znane od lat powiązania francuskiego Zjednoczenia Narodowego (dawniej Frontu Narodowego). Marine Le Pen, podobnie jak wcześniej jej ojciec, nie kryje swojej fascynacji stylem rządów Putina. W tym przypadku jednak mamy do czynienia nie tylko z sympatiami dla cara Kremla, lecz także z faktycznym powiązaniem z rosyjskimi pieniędzmi. Określenie „pierwsza partia putinowska” na Zachodzie nie jest zatem nadużyciem. Parę lat temu okazało się bowiem, że FN otrzymał od Pierwszego Banku Czesko-Rosyjskiego wsparcie finansowe w wysokości 9 mln euro. Tyle że to tylko wisienka na torcie – w sumie FN miał otrzymać 40 mln euro pożyczki z tych samych źródeł. Sam Jean-Marie Le Pen dostał – niezależnie od funduszy dla FN – 2,5 mld dol. od holdingu, którego właścicielem jest były agent KGB.

Taniec z Putinem

Dziwne alianse polityków europejskich z Moskwą są widoczne także w innych przypadkach. Najbardziej „niewinne” wydawało się zaproszenie Władimira Putina przez byłą szefową austriackiego MSZ, Karin Kneissl… na własne wesele. Prezydent Rosji nawet zatańczył z panną młodą. Tak zażyłe stosunki mogą być wprawdzie wyrazem naiwności, ale najczęściej są tylko objawem cięższej choroby, jaką jest skorumpowanie elit politycznych Zachodu przez Moskwę. Jeśli już jesteśmy przy Austrii, to zastanawiająca była niedawna wiernopoddańcza deklaracja obecnego kanclerza Sebastiana Kurza, który w chwili, w której ważyły się losy sankcji na wykonawców gazociągu Nord Stream 2, powiedział, że projekt ten jest „zgodny z interesami gospodarczymi Austrii” oraz że pokój w Europie jest możliwy „tylko razem z Rosją”. Byłoby to oczywiście możliwe, gdyby Putin podobnie pojmował słowo pokój. I Kurz z pewnością to rozumie. Dlaczego zatem publicznie wypowiada tezy, które przywodzą na myśl skojarzenia z nieświętym „Świętym Przymierzem”?

Rosyjskimi rublami nie pogardził były fiński premier Paavo Lipponen, który jako szef rządu zasłynął m.in. bezproblemowym wydawaniem zgody na budowę obu nitek Nord Stream. I równie ciepło jak Kurz wypowiadał się na temat tego gazociągu, który uderza w bezpieczeństwo Europy Centralnej. Współpraca fińsko-rosyjska za rządów Lipponena przebiegała wyśmienicie, a po zakończonej kadencji były już premier Finlandii otrzymał posadę jednego z głównych konsultantów firmy budującej Nord Stream. Przydały się jego kontakty, niezbędne przy wydawaniu kolejnych pozwoleń różnych urzędów.

Towarzysz kanclerz

Politycy, którzy dają się złapać do tej wyjątkowo przewrotnej sieci zależności, mają oczywiście „dobre” wzorce w historii dalszej i bliższej. Najbliższym przykładem jest już sztandarowy w tej „branży” przypadek byłego kanclerza Niemiec, Gerharda Schroedera. To on, ramię w ramię z Putinem, we wrześniu 2005 roku stał za plecami przedstawicieli rosyjskiego i niemieckich koncernów energetycznych, którzy podpisywali w Berlinie porozumienie o budowie gazociągu pod dnem Bałtyku. Wcześniej Schroeder wielokrotnie odwiedzał Putina w jego prywatnych posiadłościach, publikowane były m.in. zdjęcia pobytu obu „meżów stanu” w łaźniach, w restauracjach. W czasie tego zacieśniania relacji wykuwał się projekt gazociągu, który dziś jest praktycznie na ukończeniu, a który zmieni układ sił i zależności w Europie na całe dekady. I żeby nie było wątpliwości, co kto komu zawdzięcza – tuż po ustąpieniu z urzędu kanclerskiego Schroeder został członkiem zarządu konsorcjum budującego gazociąg. Jakby tego było mało, już w 2017 roku były kanclerz Niemiec został wybrany na szefa rady dyrektorów Rosnieft – rosyjskiego koncernu naftowego objętego zachodnimi sankcjami w związku z naruszaniem przez Moskwę suwerenności Ukrainy. Niemiecka prasa zareagowała na to raczej krytycznie, ale brakowało potępienia tego ruchu ze strony klasy politycznej. „Frankfurter Allgemeine Zeintung” napisał, że pozwalając wybrać się na szefa rady dyrektorów Rosnieftu, Schroeder „zmieszał z błotem” urząd kanclerza federalnego. „Także po odejściu z urzędu były kanclerz nie jest osobą prywatną. Przyjęcie eksponowanego stanowiska w przedsiębiorstwie, które jest posłuszne skorumpowanej autokracji i maskuje państwowe przestępstwa, jest niczym innym jak podniesieniem ręki na ten urząd po odejściu z niego” – trafnie zauważył publicysta dziennika. Polityka zagraniczna Rosji od lat jest skoncentrowana głównie na rozbijaniu jedności Zachodu. Niezwykle skutecznie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także