Nowy numer 30/2021 Archiwum

Konsekwencje opieszałości

Kopalnia Węgla Brunatnego „Turów” stała się kością niezgody między Czechami a Polską. O co chodzi w tym konflikcie?

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej 21 maja uznał, że należy nakazać wstrzymanie wydobycia w Kopalni Węgla Brunatnego „Turów”. Dlaczego? Bo zaistniała możliwość wyrządzenia nieodwracalnych szkód mieszkańcom przygranicznych terenów po czeskiej stronie. Decyzja zapadła po rozpatrzeniu skargi rządu w Pradze złożonej pod koniec lutego. Czesi chcieli, by kopalnia zaprzestała wydobycia zaraz po wydaniu ostatecznego wyroku.

Środowisko i polityka

Bartłomiej Derski z branżowego portalu WysokieNapięcie.pl wyjaśnia, czego dotyczy czesko-polski spór. – Kopalnia to ogromny lej, do którego spływa woda z całej okolicy. Jest jej więcej lub mniej w zależności od tego, jakie warstwy ziemi przecina kopalnia – mówi „Gościowi”. To normalne zjawisko w przypadku kopalń odkrywkowych. – Czesi twierdzą, że w wyniku tego procesu w ich studniach – zarówno tych płytkich, przydomowych, jak i głębinowych służących systemom wodociągowym – nie mają wody. Drugim elementem jest hałas i zapylenie związane z działaniem kopalni – mówi. Strona polska zgadza się z tym, że wskazane zjawiska są problemem, ale nie tylko kopalnia Turów je generuje. Wskazuje, że na osuszanie okolicznych terenów wpływ ma również kopalnia żwiru, która znajduje się po czeskiej stronie, a także sytuacja hydrologiczna w tym regionie – mniejsza suma opadów, a także bezśnieżne zimy. – Jak to zwykle bywa, prawda leży pewnie gdzieś pośrodku. Ta dyskusja o szkodliwości kopalni ciągnie się już latami – przekonuje Bartłomiej Derski.

Co się więc stało, że sprawa wypłynęła właśnie teraz? – Złożyło się na to kilka czynników. Mam wrażenie, że strona polska nie bardzo chciała zrozumieć Czechów. Za bardzo podkreślała argumenty, że wpływ kopalni Turów jest znikomy. Tymczasem nie jest dziś przesądzone, jak duży on jest. Gdyby udało się dogadać wcześniej, to oba kraje współfinansowałyby inwestycje, które pomogłyby dostarczyć wodę Czechom – zauważa dziennikarz portalu WysokieNapięcie.pl. Natomiast po stronie naszych sąsiadów jest pewien akcent polityczny. – Odpowiednik naszego marszałka województwa, hetman kraju libereckiego Martin Puta jest wiceprzewodniczącym partii, która w zbliżających się wyborach ma duże szanse na wygraną. W sondażach jego ugrupowanie wyprzedziło bowiem aktualnie rządzącą partię ANO, z której pochodzi minister środowiska Richard Brabec. – Obaj politycy chcą pokazać, że zabiegają o to, by zabezpieczyć interesy czeskich obywateli lepiej od konkurenta – zwraca uwagę Bartłomiej Derski.

Protokół (nie)zgody

Tuż po decyzji TSUE właściciel kopalni – PGE Polska Grupa Energetyczna – publicznie udostępnił protokół podpisany po zakończeniu konsultacji transgranicznych z Republiką Czeską w sprawie przedłużenia koncesji dla kopalni Turów do 2044 r. – Bez tego protokołu nie byłoby raportu środowiskowego, a bez raportu środowiskowego nie uzyskalibyśmy koncesji. Mimo to Czesi twierdzą, że konsultacji nie było. To absurd – mówi cytowany w komunikacie PGE Polskiej Grupy Energetycznej prezes zarządu Wojciech Dąbrowski. Czytamy w nim również, że „w ramach uzgodnień treści raportu środowiskowego odbyły się dziesiątki spotkań ze stroną czeską, w tym z udziałem mieszkańców rejonów przygranicznych. (…) W procedurze tej, ze strony czeskiej, udział wzięli przedstawiciele ponad 20 różnych podmiotów, w tym Ministerstwa Środowiska Republiki Czeskiej oraz Departamentu Ochrony Wód Ministerstwa Środowiska Republiki Czeskiej, reprezentanci czeskich społeczności lokalnych, m.in. z gmin Uhelna i kraju libereckiego oraz członkowie Greenpeace Česká Republika, czy stowarzyszenia »Chráníme Vodu«”. PGE informuje również, że na podstawie podjętych wówczas rozmów kopalnia Turów podjęła szereg działań minimalizujących wpływ odkrywki na dostępność wody po stronie czeskiej. „Po stronie polskiej, w pobliżu miejscowości Uhelna, kończy się obecnie budowa ekranu przeciwfiltracyjnego o długości ok. 1100 m i głębokości od 65 m do 117 m. Inwestycja za 17 mln zł jest działaniem profilaktycznym, do którego Kopalnia Turów zobowiązała się dobrowolnie” – czytamy w komunikacie.

Kosztowne spóźnienie

Oczekiwania Czechów były znacznie większe. – Oni od lat zabiegali o pomoc Polski przy inwestycjach mających zminimalizować wpływ kopalni na stan wód oraz na hałas i zapylenie – zwraca uwagę Bartłomiej Derski. Zauważa, że wspomniane konsultacje zostały przeprowadzone w procedurze wydawania nowej koncesji na wydobywanie węgla dla kopalni Turów, która ma obowiązywać do 2044 r. Proces ciągnął się latami, aż pojawiło się ryzyko, że się nie zakończy, zanim wygaśnie stara koncesja. – Polska skorzystała więc z nowych, wprowadzonych w 2018 r. przepisów, które umożliwiają przedłużenie kończącej się koncesji do 2026 r. bez oceny oddziaływania na środowisko. Decyzję podjęto miesiąc przed ostatecznym terminem. Minister środowiska, wydając ją, naruszył przepisy UE, bo nie uwzględniała ona wyników tych konsultacji – wyjaśnia. To właśnie dało Czechom możliwość formalnego zaskarżenia Polski.

W międzyczasie Polska wydała prawidłową koncesję uwzględniającą konsultacje. – Jest ona jeszcze nieprawomocna i zapewne będzie zaskarżana. Z tego wynika, że my wciąż nie mamy prawomocnej koncesji, więc musimy posługiwać się tą naruszającą przepisy UE – zauważa Darski. Taka sytuacja pozwoliła znaleźć haczyk na polski rząd, by niejako wymusić realizację inwestycji, których nie udało się ustalić w czasie konsultacji transgranicznych. Jakie to inwestycje? Między innymi budowa studni i wodociągów po czeskiej stronie, a także wału ziemnego, który oddzielałby kopalnię od terenów przygranicznych. Polska Generalna Dyrekcja Środowiska uznała, że dalsze działanie kopalni nie wymaga takich inwestycji. W sytuacji, w której aktualnie się znaleźliśmy, wznowiono czesko-polskie negocjacje i można przypuszczać, że strona polska zrealizuje niektóre, a może nawet wszystkie postulaty rządu w Pradze.

Jaka przyszłość?

Czesi stawiają sprawę jasno. Skarga z TSUE zostanie wycofana, gdy uda się osiągnąć porozumienie. Sprawa nie zostanie jednak zamknięta. Kopalnia i elektrownia Turów jeszcze przez ponad 20 lat będą oddziaływać na środowisko. – Z czasem elektrownia Turów będzie produkowała coraz mniej energii, więc spadnie wydobycie węgla w tym miejscu. Zmieni się też rola elektrowni, która będzie bilansowała niedobory energii ze źródeł odnawialnych. Niemniej jeszcze długo będzie nam potrzebna – przekonuje Derski. Wyjaśnia, iż wynika to z tego, że nie mamy na razie rozwiniętej technologii magazynowania energii tak, by oprzeć się wyłącznie na źródłach odnawialnych. Ekspert zauważa, że są już plany zagospodarowania w przyszłości dzisiejszej elektrowni węglowej. – Miałby tu powstać blok gazowy, który dostarczałby okolicznym mieszkańcom ciepło, a oprócz tego pełniłby funkcję regulacyjną – dodaje.

Przyszłość pozyskiwania energii jest jasno ukierunkowana. W lutym została przyjęta przez rząd uchwała „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.”, która wyznacza kierunki transformacji energetycznej w naszym kraju. Dokument zakłada coraz mniejszą produkcję energii z węgla na rzecz źródeł odnawialnych. A co z kopalniami i elektrowniami węglowymi? – Będą zamykane. A właściwie już to się dzieje – jak w przypadku elektrowni Adamów w Turku i towarzyszącej jej kopalni węgla brunatnego. Niebawem przestanie funkcjonować inna taka elektrownia w tamtym zagłębiu. Później pewnie Bełchatów, a na końcu Turów – puentuje. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama