Nowy numer 24/2021 Archiwum

Na żywo, ale w sieci

Oglądanie transmisji to nie to samo co wyjście na koncert. W dodatku większość artystów nie zarabia na rozpowszechnianiu utworów w internecie.

Online prezentowany był spektakl teatralny w moim przekładzie oraz trzy czytania przełożonych przeze mnie sztuk, na platformie YouTube. Jedno z nich do tej pory obejrzało ponad 213 tys. widzów, pozostałe – mocno powyżej 50 tys. Wyżej wymieniona działalność przyniosła mi 0,00 PLN – relacjonuje jeden z twórców ankietowanych przez Instytut Teatralny. Na zerowe lub groszowe dochody z rozpowszechniania utworów przez internet skarży się wielu artystów. Nawet w przypadku płatnych platform na większe zyski mogą liczyć tylko najbardziej znani twórcy.

Wymarłe płyty

W tej chwili ponad 60 proc. zysków rynku fonograficznego pochodzi ze sprzedaży utworów przez platformy streamingowe, takie jak Tidal, Deezer, Spotify czy Apple Music (można do nich zaliczyć także serwis YouTube). To portale lub aplikacje, przez które można słuchać muzyki w internecie. Jedne są płatne, inne udostępniają za darmo część swojej oferty. Płyty przynoszą dziś jedynie 20 proc. dochodu całej branży. Młodsi odbiorcy prawie w ogóle ich nie kupują. W dodatku 2020 r. był wyjątkowo słaby – w Polsce spadek w porównaniu z 2019 r. wyniósł niemal 25 procent. Związek Producentów Audio-Video podał, że w 2020 r. 100 najpopularniejszych albumów sprzedało się w łącznym nakładzie 1 258 926 egzemplarzy. Dla porównania: debiutancka płyta „A gu gu” zespołu Arka Noego sprzedała się lepiej, osiągając półtoramilionowy nakład. To wprawdzie jeden z dziejowych rekordów, ale w latach 90. nikogo nie dziwiło to, że album „12 groszy” Kazika Staszewskiego kupiło 200 tys. słuchaczy, a i tak nie była to najpopularniejsza płyta roku – po „Nic nie boli tak jak życie” Budki Suflera sięgnęło 5 razy więcej kupujących.

Nie oznacza to, że rok był słaby dla branży muzycznej w ogóle. Global Music Report podał, że cały rynek odnotował przychody w wysokości 21,6 mld dol. Był to zatem szósty z rzędu rok ze wzrostem, tym razem o 7,4 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Bardzo wzrosła wartość serwisów streamingowych. Giełdowa wartość Spotify przekraczała pod koniec roku 60 mld dol. Tidal został w 2015 r. kupiony przez kilku muzyków, w tym rapera Jay-Z, za 56 mln dol. W marcu ogłosili oni, że sprzedają serwis za 297 mln dol. Nabywcą jest spółka należąca do Jacka Dorseya, szefa portalu społecznościowego Twitter.

Dajcie i mnie grosik

W przypadku platform streamingowych popularność mierzy się liczbą wyświetleń danej piosenki. Najpopularniejszym utworem w dziejach serwisu YouTube jest dziecięca piosenka „Baby shark”. Wersja w wykonaniu Azjatów odnotowała 8,4 mld odsłon, więc o ponad 1 mld wyprzedza królujące do niedawna „Despacito” Luisa Fonsiego. Na Spotify tylko w zeszłym roku album rapera Bada Bunny’ego odtworzono 8,3 mld razy. Najpopularniejsza piosenka, „Blinding Lights” kanadyjskiego wokalisty o pseudonimie The Weeknd, miała 1,6 mld odsłon. Tych liczb nie można oczywiście porównywać z wynikami sprzedaży płyt w sklepach. Nieporównywalne są także zyski. W Polsce muzyk dostaje na ogół ok. 10 proc. sklepowej ceny każdego sprzedanego albumu, czyli 3–4 zł. Tymczasem zarobek z jednego wyświetlenia piosenki to o wiele mniej niż 1 grosz. Stawki niewiele się zmieniły od 2017 r., kiedy to serwisy Napster i Tidal płaciły nieco więcej niż 0,01 amerykańskiego centa, Apple Music, Deezer i Google Play Music o połowę mniej, Spotify 0,0038 centa, a YouTubie był jeszcze bardziej oszczędny. Nie oznacza to, że artysta dostanie najwięcej za umieszczenie piosenki na Napsterze i Tidalu, a najmniej na YouTubie. Ostatni z serwisów ma najwięcej użytkowników, więc w przypadku przynajmniej niektórych dzieł odtworzeń będzie znacznie więcej niż u konkurentów. Niemniej jednak zarobki ze streamingu zdecydowanej większości artystów nie wystarczają, by się utrzymać. Najpopularniejsi, jak Dua Lipa, Ariana Grande czy Taylor Swift, nie mają z tym problemu, zwłaszcza że mogą negocjować własne stawki. Jednak ta ostatnia w 2014 r. na kilka lat zaprzestała rozpowszechniania piosenek przez Spotify. Najwyraźniej i dla sław streaming nie jest żyłą złota. Stąd rozpoczęta przez amerykańskich artystów akcja „Justice at Spotify”. Jej inicjatorzy chcieliby, aby za każde odtworzenie wypłacano artyście 1 centa.

Granie do kamery

Lockdown sprawił, że wielu artystów – od bezimiennych po celebrytów – musiało nie tylko umieszczać w sieci teledyski, ale i koncertować przed kamerami internetowymi. To samo stało się z teatrami. – To jest pewien sposób, aby nie dać o sobie zapomnieć i pozostać cały czas w świadomości widzów, skoro nie można działać, pracować i występować normalnie. Tą drogą teatr mówi im: jesteśmy, działamy – tłumaczy Michał Wojnarowski, kierownik literacki Teatru Muzycznego Roma. Wojnarowski nie ma jednak wątpliwości, że wyświetlanie spektakli w interencie nie zastąpi przedstawienia na żywo. – Istotą teatru jest autentyczny, namacalny wręcz kontakt z widzem i przede wszystkim energia, która płynie przez rampę w obie strony – ze sceny do widzów i odwrotnie. I to jest w teatrze najważniejsze, nie da nam tego żadna transmisja on-line.

Podobnego zdania jest Łukasz Jankowski, muzyk z zespołu Grzeczni Chłopcy, który od czasu zamknięcia sal koncertowych nieraz brał udział w transmitowanych koncertach. – Występuje się między innymi po to, żeby zobaczyć, że komuś się to podobało. A tutaj następuje drętwy moment: kończy się utwór i cisza. Ewentualnie sami możemy sobie podziękować za dobrą robotę – mówi. Jak dodaje, wszystkie występy internetowe, w których uczestniczył, były organizowane przez większe instytucje, np. domy kultury. Organizowanie takich wydarzeń przez niezależne kapele jest w zasadzie niemożliwe. – Nie wystarczy znalezienie miejsca – wyjaśnia Jankowski. – Potrzeba jak najlepszego sprzętu do transmisji. Dużo czasu i energii kosztuje promocja koncertu, a i tak ludzie nie zapłacą za bilety, bo w sieci jest mnóstwo darmowych transmisji. W większości wypadków to nie ma prawa się opłacić.

Teatr w telewizji

Za darmo można obejrzeć wiele spektakli teatralnych. Widownia różnie je odbiera. Jak wynika z raportów Instytutu Teatralnego, przed komputerami zasiedli widzowie, którzy do teatru by nie poszli, zatem liczba odbiorców poszerzyła się. Polacy uzyskali też dostęp do spektakli francuskich czy brytyjskich. Jednocześnie wiele osób, zwłaszcza stałych bywalców, uważa, że oglądanie transmisji to tylko proteza wyjścia do teatru. Jeden z ankietowanych twórców porównał tę sytuację do oglądania lodów przez szybę sklepu. Nawet profesjonalnie nagrywany spektakl często nie jest tak atrakcyjny wizualnie jak zwykły film, który też można obejrzeć na komputerze. Nie zawsze zresztą realizacja jest udana.

Na stronie warszawskiego Teatru Współczesnego można znaleźć adaptację „Szelmostw lisa Witalisa” Jana Brzechwy, w którym co prawda występują znani aktorzy (m.in. Borys Szyc), ale całość wygląda tak, jakby każdy z nich osobno nagrywał swoją część komórką w domu. Dlatego niektórzy cytowani w raportach artyści uznali, że dali sobie spokój z internetem, bo nie chcą tworzyć czegoś kiepskiego.

Teatr Roma umieścił na płatnej platformie tylko jeden musical, zatytułowany „Piloci”, nagrywany we współpracy z pewną dużą telewizją. W przypadku innych przedstawień umowy licencyjne zabraniały rozpowszechniania przez internet. W dodatku, jak zaznacza Michał Wojnarowski, realizacja jest droga i skomplikowana.

Kwietniowe zapowiedzi poluzowania obostrzeń epidemicznych dają artystom nadzieję na powrót do normalnych występów, za którymi bardzo tęsknią. – Wyjście na koncert to wydarzenie społeczne. Ubierasz się, szykujesz, spotykasz z ludźmi – tłumaczy Łukasz Jankowski. – Koncerty online traktuję jako środek tymczasowy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także