Nowy numer 19/2021 Archiwum

Covidowa (nie)odpowiedzialność

Pandemia koronawirusa to nie tylko choroba, śmierć lub rozmaite powikłania, z którymi zmagać się musi spora część ozdrowieńców. To nie tylko dramaty finansowe, życiowe, utrata pracy, izolacja, alienacja i rozpad relacji międzyludzkich, a także frustracja – zwłaszcza wielu spośród tych, którzy w aktualnym kryzysie dostrzegają także winę zarządzających systemem społecznym decydentów. Pandemia to również rodząca głębokie poczucie bezradności niepewność. I może właśnie ona sprawia, że radykalnie polaryzują się nie tylko opinie ale i postawy – tak bardzo, że przyszłe skutki wytworzonej przez nie międzyludzkiej wrogości już dziś są trudne do przewidzenia i opisania.

Tu nic nie jest oczywiste. Wbrew opiniom sporej części domorosłych interpretatorów i komentatorów pandemicznej rzeczywistości, nie wiemy do końca ani jak się to wszystko zaczęło, ani jak się skończy. Nie potrafimy do końca przewidzieć pełnego efektu szczepień i tego, na ile będą one skuteczne. Nie znamy jeszcze wielu odpowiedzi na pytania o długofalowe skutki, jakie pozostawi w organizmie ludzkim COVID-19 i o to, który wariant profilaktyki, zapobiegania czy leczenia, jest lub byłby najlepszy. Mamy więc głównie hipotezy o mniejszym lub większym stopniu prawdopodobieństwa, spekulacje i przypuszczenia. Fakty, które udało się ustalić, nie prowadzą do bezdyskusyjnych wniosków; rodzą raczej mnóstwo pól interpretacyjnych – od tych najbardziej racjonalnych i zdroworozsądkowych, aż po najbardziej fantastyczne i przez to może dla wielu tak bardzo atrakcyjne. Jedno jest pewne. W tej skomplikowanej i niejasnej rzeczywistości wygenerowanej przez wirusa, jako społeczeństwo nie zachowujemy się adekwatnie do sytuacji – ani w wymiarze tego, co mówimy, ani tego, jak postępujemy.

Covidowa (nie)odpowiedzialność   "W realiach tak powszechnej, pandemicznej nieoczywistości musimy liczyć się z faktem, że nasze oceny mogą być błędne". Unsplash

Najbardziej niepokoi mnie nie to, że w temacie pandemii jest tyle niewiadomych, ale raczej to, w jaki sposób owe niejasności są w przestrzeni społecznej interpretowane. Z każdym dniem w mediach społecznościowych pojawiają się kolejni znawcy tematu, którzy tonem nieznoszącym sprzeciwu, w sposób bezdyskusyjny i apodyktyczny formułują swoje rozwiązania – diagnozują, oceniają, prognozują i krytykują wszystkich myślących inaczej. Oni już znaleźli pewne odpowiedzi na wszystkie niemal pytania. Wiedzą, kto jest winny, kto za tym wszystkim stoi, jak leczyć i jak nie zachorować, co pomaga, a co szkodzi, kto jest głupi, a kto mądry. Poza nimi samymi tych ostatnich jest oczywiście niewielu. Wyszukują rozmaite dane lub dobierają te powszechnie dostępne, interpretując je pod z góry przyjętą tezę – zazwyczaj w sposób wąski, wybiórczy, nieuwzględniający całego spektrum problemowego. Dochodzi nawet do sytuacji, gdy niektórzy zaangażowani w tego rodzaju grę lekarze potrafią na internetowych forach podważać kompetencje swoich kolegów po fachu i formułować diagnozy przypadków poszczególnych chorych bez jakiejkolwiek głębszej wiedzy o faktycznym stanie zdrowia danej osoby – tylko po to, aby przekonać do swych racji i do swojej wizji pandemicznej rzeczywistości. W sposób oczywisty znajdują liczne grono słuchaczy, naśladowców, czy zwolenników, którzy wprost stosują artykułowane przez nich zalecenia – często bez refleksji nad tym, do czego może doprowadzić bezkrytyczne zaufanie narcystycznej omnipotencji przebranej w szaty kompetencji.

Dlaczego zatem ich słuchamy? Bo w pewnym sensie nie mamy wyjścia. Bo w większości nie jesteśmy i nigdy nie będziemy specjalistami od koronawirusa; bo w dobie szalejącej niepewności i bezradności musimy na kimś się wesprzeć. Zwracamy się więc do specjalistów i autorytetów. A ponieważ nie jesteśmy w stanie sami kompetentnie ocenić problemu, szukamy tych, którzy zrobią to za nas – pomogą nam zrozumieć, co się dzieje. Jak ich wybieramy? Co decyduje, że ufamy jednym, a nie drugim? Bynajmniej nie czynniki w pełni racjonalne. Przyciąga nas to, co dla nas przekonujące, a przekonuje nas to, co pokrywa się z naszymi intuicjami i przeczuciami, co odpowiada na nasze lęki, kanalizuje frustracje, daje proste odpowiedzi i rozwiązania spójne z naszym światopoglądem. Nie łudźmy się – tu nie merytoryka gra pierwsze skrzypce, bo tej sami nie potrafimy należycie ocenić, ale sposób, w jaki jest nam podana. Dlatego opinii tych, których słuchamy, nie przyjmujemy tak, jak naukowej wiedzy – ta wszak podlega dyskusji i krytyce – ale na sposób ideologicznej wiary, zaciekle zwalczając każdego, kto ośmiela się myśleć inaczej. Pół biedy, gdybyśmy formatujące nasze myślenie rozwiązania „specjalistów” zatrzymali dla siebie jako prywatny pogląd na świat. Gorzej, gdy za tym idą czyny – gdy postępując za ich diagnozami, zachowujemy się w sposób, który może faktyczne zagrażać zdrowiu i życiu bliźniego.

W czym zatem tkwi problem? W tym, że niezależnie od tego, kogo słuchamy i w co wierzymy – to w końcu, ostatecznie jest nasza osobista sprawa – nie wolno nam w postępowaniu z drugim człowiekiem nie uwzględniać faktu, że możemy się mylić. W realiach tak powszechnej, pandemicznej nieoczywistości musimy liczyć się z faktem, że nasze oceny mogą być błędne. Zdrowa, spójna osobowość oraz psychiczna dojrzałość właśnie tym się cechują, że posiadają zdolność do reflektowania i świadomego kwestionowania siebie – swych potrzeb i przekonań – w imię odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie ufa też na ślepo, ale próbuje ocenić skalę prawdopodobieństwa danego argumentu i wiążące się z daną sytuacją ryzyko. Znaczy to, po prostu, że nawet, jeśli mam w danej sprawie określone przekonania, w praktyce kieruję się nimi zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania, wiedząc, że oparte są nie na absolutnie niepodważalnych rozstrzygnięciach, ale na hipotezach, domysłach, czy też – po prostu – na autorytecie drugiego człowieka, który może okazać się zawodny. Powinienem więc to uwzględnić i w tak specyficznej sytuacji, jaką generuje pandemia, nie ignorować niebezpieczeństwa zaszkodzenia drugiemu, wliczając je w swój sposób postępowania.

Kwestia dotyczy nie tylko czynów, ale i słów. Jeśli w sposób apodyktyczny wygłaszam określone przekonania, ciesząc się przy tym dużym zakresem społecznego wpływu (np. dzięki znacznym zasięgom w mediach społecznościowych), muszę liczyć się z faktem, że pewna część osób postąpi wedle moich rad. Jeśli podjudzam ich do nieodpowiedzialności, ewentualna ludzka krzywda, która będzie tego konsekwencją, obciąża również moje sumienie. I nie jest to kwestia spekulacji czy intelektualnej manipulacji, ale odpowiedzialności za słowa i czyny, a przede wszystkim – za życie drugiego człowieka. Święty Szarbel miał kiedyś powiedzieć: „Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje. Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze, niż twoje milczenie”. Ta lekcja w dobie pandemicznego szaleństwa przyda się nam wszystkim.  

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksander Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, członek Rady ds. Apostolstwa Świeckich KEP, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także