Nowy numer 19/2021 Archiwum

Księga cudów

​Nieprzebrany tłum wypełniał cały plac Świętego Piotra i ciągnął się aż do potężnego Zamku Anioła. Grały cztery orkiestry. Nic dziwnego. Na ołtarze wynoszono tego, który „mocen jest wskrzeszać zmarłych”.

Tu naprawdę wzrok odpoczywa. Spaceruję po opustoszałym Kamieniu Śląskim. Pandemia plus lodowaty wiatr skutecznie wykurzyły turystów. Dzięki temu można odsapnąć. Myślami cofam się do 1183 roku, gdy na świat przyszedł Jaczko Odrowąż. Jego imię niektórzy wywodzili z języka węgierskiego, w którym oznaczało Izaaka, inni zapisywali je po łacinie Hiacyntus, od nazwy kwiatu.

Wajda kręcił „Człowieka z żelaza” i „Człowieka z marmuru”, ja rozmyślam o „człowieku z Kamienia”.

Tu wszystko się zaczęło. To, co Jan Paweł II mówił o Wadowicach, Faustyna o Świnicach Warckich, Maksymilian Kolbe o Zduńskiej Woli, a Jerzy Popiełuszko o Suchowoli, Jacek mógłby powiedzieć o tym miejscu. Czy mieszkańcy wiosek zielonej Opolszczyzny przeczuwali, że mieszkają obok jednego z największych polskich świętych?

Prorockie papiery

Jacek ruszył nad Wisłę, mając w ręku bullę rozpoczynającą się od słów: „Jeżeli ktoś przyjmuje proroka, nagrodę proroka otrzyma”. Do Krakowa dotarł na Wszystkich Świętych 1222 roku. Tu dzień przed śmiercią 71-letni Apostoł Północy miał powiedzieć braciom: „Nie płaczcie nade mną, najdrożsi synowie, bo Pan mnie wzywa, abym jutro przeszedł do Ojca. Radujcie się raczej i winszujcie mi, bo dla mnie żyć – jest Chrystus, a śmierć – to zysk. Pozostawiam wam zbawienne napomnienie ojca naszego Dominika, zachowujcie je w całości: Bądźcie łagodni, miłujcie się nawzajem, posiądźcie dobrowolne ubóstwo. To jest testament wiecznego dziedzictwa”.

Zmarł rzeczywiście dzień później: w święto Wniebowzięcia Matki Bożej 1257 roku. W dniu jego śmierci błogosławiona Bronisława, norbertanka z klasztoru na pobliskim Zwierzyńcu, miała wizję, w której ujrzała go wstępującego do nieba w asyście Maryi.

Zmarłego pochowano w kościele Świętej Trójcy. Cały Kraków wyległ, by go pożegnać. W dniu pogrzebu gród szeptał o kolejnym Jackowym cudzie. Młodzieniec Żegota skręcił kark, spadając z konia na błoniach świętego Floriana. Rodzice przynieśli ciało martwego syna do dominikanów i położyli je przed grobem Odrowąża, a po godzinie modlitw młodzieniec wstał zdrowy, bez śladów wypadku.

Cuda, cuda ogłaszają

Już w XIII wieku kult Jacka był tak żywy, a wierni tak licznie szturmowali jego grób, że w 1266 roku dominikanie musieli założyć „biuro cudów”. Bracia w białych habitach spisywali w Liber miraculorum cuda i łaski, które wierni otrzymali za wstawiennictwem Odrowąża. Już wówczas myśleli o przyszłej kanonizacji. Pierwszą próbę podjęto, gdy w 1289 r. zanotowano siedem spektakularnych cudów za wstawiennictwem świętego. Kanonizację odraczano z powodu wojen czy pustoszących Europę epidemii. Kronika spisana po stu latach od śmierci Odrowąża wyjaśnia skuteczność jego modlitw: „Święty Jacek w trakcie modlitwy w wigilię Wniebowzięcia Dziewicy Maryi, kiedy z oddaniem i łzami się modlił, ujrzał bijące z ołtarza światło o niezwykłej mocy, w którym ukazała się Błogosławiona Dziewica i rzekła do niego: Synu Jacku, wesel się, ponieważ twoje modlitwy miłe są przed obliczem Syna mego, Zbawcy wszystkiego, i o cokolwiek prosić będziesz za moim wstawiennictwem, zostaniesz wysłuchany”.

Przepychanki

Dlaczego na kanonizację trzeba było czekać aż 337 lat? – To specyfika polska – uśmiecha się o. Tomasz Gałuszka, dominikanin. – A dlaczego Bolesław Chrobry nie postarał się o kanonizację swego ojca Mieszka? Było to przecież zwyczajem wielu władców europejskich. Niektórzy historycy mówią nawet o naszej indolencji… Pierwsza „polska” kanonizacja to Stanisław (1253 rok), druga – Jadwiga Śląska (1267), na trzecią trzeba było czekać aż do 1594 roku! Dlaczego tak długo? U nas w zakonie nigdy nie było „kultu jednostki”. Dominik nie fascynował sobą, ale przyciągał braci do Jezusa. „W centrum Jezus – bracia w tle” – funkcjonował taki model. Wiesz, ilu mamy wyniesionych na ołtarze braci w prowincji? Dwóch! Jacka i o. Czartoryskiego, który zginął w powstaniu warszawskim. Proces próbowano wszcząć już w latach 60. XV wieku, gdy do władzy doszedł Kazimierz Wielki. Ogromne oczekiwania, „nowy duch w narodzie”, odnowione królestwo, zwycięska kampania na Rusi Halickiej. To wszystko sprawiło, że warto było mieć swego „lokalnego świętego patrona”. Czy lektor Stanisław, pisząc żywot świętego Jacka, myślał o jego procesie kanonizacyjnym? Być może… Na pewno chciał zainteresować Jackiem dwór królewski. Kolejną osobą, której bardzo zależało na uruchomieniu procesu, był biskup Zbigniew Oleśnicki, wielki pasjonat historii. Niestety, Jacek był przez lata ofiarą wielu politycznych przepychanek, które skutecznie blokowały jego wyniesienie na ołtarze – opowiada dominikanin. – Do kanonizacji mogło dojść dopiero w XVI wieku... Ten proces bardzo wiele mówi o nas samych, o Polakach, Kościele, naszych wzajemnych narodowych animozjach, przepychankach. Jacek był kartą przetargową w rozgrywkach między prowincjami ruską a polską. Pierwsza chciała pokazać, że jest związany z Kijowem (wówczas wydobyto opowieść o figurze Maryi, która miała się do niego odezwać), druga – że z Krakowem. Dominikanom na Zachodzie nie podobało się, że jakaś wschodnia prowincja chce kanonizować „swego człowieka”. Pamiętajmy, że przez lata bitwa pod Grunwaldem była postrzegana jako walka Jagiełły (który niby się ochrzcił, ale pewnie pozostał w sercu poganinem) z chrześcijańskim Zachodem! Ta niechęć do polskiej prowincji spowodowała, że na kanonizacji Jacka nie było… generała zakonu! Wyjechał do Bolonii… To pokazuje klimat tych jałowych sporów…

Wskrzesił trzech zmarłych

Król Zygmunt Stary na prośbę prymasa Jana Łaskiego wystosował w 1518 roku list postulacyjny z prośbą o kanonizację Odrowąża. Pisał do papieża Leona X: „Gdy jeszcze żył, wskrzesił trzech zmarłych, po śmierci zaś aż po dzień dzisiejszy jaśnieje wielkimi cudami”.

Komisja powołana przez upoważnionego przez papieża sufragana krakowskiego Jana Amicinusa i rektora Akademii Krakowskiej Jakuba Arciszewskiego przesłuchała ponad 400 świadków. „Przedstawiane trybunałowi uzdrowienia dotyczą przeróżnych chorób: poczynając od powrotu do życia ludzi uważanych za zmarłych, zwłaszcza dzieci, nie dających znaku życia, uduszonych, wyciągniętych z wody, poprzez konających na różne choroby” – wymieniał historyk Zdzisław Obertyński. W 1586 roku prowincjał polskich dominikanów, Feliks z Sieradza, opracował listę cudów i zjednał poparcie dla sprawy kanonizacji króla Zygmunta III, prymasa Stanisława Karnkowskiego i kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego.

Z tą imponującą listą zapoznał się generał zakonu Hipolit Maria Beccaria de Monte Regali, a w 1589 roku dokumenty przedstawiono Sykstusowi V. Papież zlecił zbadanie sprawy powołanej rok wcześniej Kongregacji ds. Świętych Obrzędów i Ceremonii. Komisja kierowana przez kard. Alfonso Gesualdo wybrała 8 cudów, uznając je za wystarczające do wyniesienia Odrowąża na ołtarze.

Jako koty morskie

Awentyn tonie w zieleni. Szukam cienia w przepięknej bazylice św. Sabiny. W 1219 r. świątynię przekazano nowo powstałemu zakonowi. Tu leżący nocami na zimnej posadzce Dominik wołał: „Boże, co się stanie z grzesznikami?”.

Tu w kaplicy wykonanej przez Berniniego czytałem: „Przybyszu, bądź uważny, w tym miejscu święci mężowie Dominik i Franciszek odbywali nocne czuwania”. Dwóch mężczyzn, wymienianych w litanii na jednym oddechu, którzy odbudowali to, co pozostawało w ruinie.

Wchodząc do kościoła, mijam białą tablicę poświęconą św. Jackowi, który tu przyjął habit.

– Dotąd kanonizacje odbywały się poprzez papieski dokument czy aklamację. W 1588 roku ruszyły prace Kongregacji ds. Świętych Obrzędów i Ceremonii – opowiada inicjator powieszenia tablicy ks. Arkadiusz Nocoń. – Pierwszym procesem kanonizacyjnym wedle nowych norm był właśnie proces Odrowąża. Komisja spotkała się na ponad 40 sesjach, zbadała kilkadziesiąt cudów. Polacy długo czekali na tę kanonizację. Opóźniały ją występujące w Rzeczpospolitej i Państwie Kościelnym zawirowania polityczne, społeczne i dziesiątkujące Europę zarazy. W roku 1527 papież Klemens VII zezwolił polskiej prowincji dominikanów na publiczny kult świętego Jacka w liturgii. Przywilej ten określa się często mianem beatyfikacji, choć o beatyfikacji w dzisiejszym rozumieniu tego słowa można mówić dopiero od XVII wieku. W maju roku 1527 w wyniku tragicznych wydarzeń tak zwanego sacco di Roma, czyli złupienia Rzymu przez niemiecko-hiszpańskie wojska Karola V, zagubiły się akta procesowe, co opóźniło sprawę o kilkadziesiąt lat. Gdy ruszyły przygotowania do kanonizacji, Polacy się przestraszyli. Do Watykanu przybył 15 stycznia 1594 r. wysłannik króla, wojewoda Stanisław Miński. W kronikach zachował się zabawny opis jego wjazdu do Wiecznego Miasta. Jechał na rosłym rumaku otoczony pełnym przepychu orszakiem. Na powitanie przy Porta Flaminia ruszyli watykańscy prałaci. Jechali na swych małych mułach, a widząc ich uśmiechnięte twarze, dumny wojewoda zapisał: „Witają nas, zęby szczerząc jako te koty morskie”. „Nie mamy pieniędzy, zróbmy tę kanonizację po cichu, bez rozgłosu” – przekonywał papieża wojewoda.

Polacy obawiali się trochę tego kanonizacyjnego rozmachu, a reprezentant naszego kraju przedstawił papieżowi smutny stan finansowy państwa, prosząc o jak najskromniejszą uroczystość. Papież Sykstus V powiedział jednak, że taka uroczystość nie może odbyć się skąpo, bo uwłaczałoby to statusowi Polski i świętego Jacka. Jego następca Klemens VIII podzielił to zdanie (w latach 1588–1589 kard. Ippolito Aldobrandini przebywał na Śląsku jako nuncjusz apostolski, a w Krakowie widział żywy kult, jakim mieszkańcy otaczali grób Jacka). Powiedział: „Nie ma mowy! Cicha kanonizacja tak wielkiego świętego? To nie do pomyślenia!”.

Papież na kolanach

17 kwietnia 1594 roku potężny tłum pojawił się na Piazza San Pietro. Widok musiał być imponujący… Ludzie szczelnie wypełniali teren od dawnej bazyliki Świętego Piotra (obecna nie była jeszcze gotowa, a jej budowa zakończyła się trzydzieści lat później) aż po Zamek Anioła. Wojewoda Miński jako poseł króla Polski na kolanach prosił papieża o zaliczenie Jacka w poczet świętych. Klemens VIII ukląkł. Po odśpiewaniu Litanii do Wszystkich Świętych papież zaintonował hymn „Veni Creator” i wygłosił dekret kanonizacyjny: „W imieniu Boga wszechmogącego, Ojca i Syna, i Ducha Świętego, Świętych Apostołów Piotra i Pawła i w naszym imieniu postanawiamy i oświadczamy, że błogosławionej pamięci Jacek z Polski należący do Zakonu Kaznodziejskiego jest świętym – stwierdził uroczyście”.

Wyniesieniu na ołtarze pochodzącego z Kamienia Śląskiego dominikanina towarzyszyła huczna oprawa. Grały cztery orkiestry. „Orszak papieski wyruszył z Cappella Paolina w następującym porządku: dworzanie papiescy w czerwieni, sekretarze apostolscy i adwokaci konsystorialni we fioletach, trębacze, wikariusz generalny Zakonu Kaznodziejskiego w towarzystwie sześciu współbraci, niosący chorągiew kanonizacyjną św. Jacka, dalej chóry śpiewające przy akompaniamencie czterech orkiestr hymn »Ave Maris Stella«. Następnie kroczyli abbrewiatorzy, apostolscy akolici, audytorzy Roty, subdiakoni apostolscy, pośród których niesiono krzyż papieski, penitencjarze bazyliki” – wylicza Zdzisław Obertyński.

Kończąc uroczystą kanonizację, Klemens VIII zaznaczył: „Święci Starego i Nowego Testamentu nie uczynili cudu, którego by święty Jacek nie był uczynił”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także