Nowy numer 19/2021 Archiwum

To się dobrze skończy!

O świętym kryzysie, szczęśliwej winie i Biblii, w której jest odpowiedź na wszystkie pytania, mówi ks. Krzysztof Wons.

Marcin Jakimowicz: Czy znajduje Ksiądz w Biblii odpowiedź na kryzysy i zawirowania związane z dzisiejszym Kościołem?

Ks. Krzysztof Wons: To dobre pytanie – powinienem znajdować, bo w niej na pewno są. Bóg ma odpowiedź na wszystko. On nie łapie się za głowę z krzykiem: „Ojej! Pandemia!”. Inna sprawa, że nie jest ona, jak chcą niektórzy, Jego pomysłem. Podobnie jak cierpienie, bo On nie jest źródłem cierpienia.

Bóg naprawdę ma odpowiedź na wszystko. Trzeba jedynie otwierać Biblię i czytać. Problemem jest to, że jesteśmy niecierpliwi i czytamy ją, przyciskając klawisz „enter”, domagając się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas, pobyć z nią, otworzyć się na słowo, które otwiera się na mnie. Pokorny Bóg, który potrafił ukryć się w literze, jeśli spotka się z naszą miłością, otworzy się przed nami. A otwiera się wówczas, gdy spotyka miłość. Nieraz trzeba nawet się z Biblią pokłócić.

Nie uczono nas tego na religii…

Bóg nie boi się naszych pytań. Żadnych. Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań.

Święty Piotr pisał: „Pora zaś, by sąd się rozpoczął od domu Bożego” (1 P 4,17). Tym, którzy psioczą i pomstują na ten „zły świat”, Bóg przypomina: „Najpierw oczyszczę swój dom”, Kościół, „swoich”. Jesteśmy na rozprawie sądowej?

Tak! Bóg oczyszcza swój Kościół od chwili, gdy go powołał. Ostatnio robi to intensywniej. Proponuję księżom, dla których prowadzę właśnie rekolekcje: otwierajcie Dzieje Apostolskie! One uczą nas tego, jak Kościół żyje, jak Kościół się staje dzięki słuchaniu Słowa. Jaki jest sposób Jezusa na oczyszczenie Kościoła? Zabiera uczniów na Górę Oliwną – na miejsce, gdzie przeżyli swój upadek, gdzie uciekli w sen, bo nie mogli znieść widoku Jezusa wzgardzonego, bezradnego, pocącego się krwią.

Nie wypomina im jednak tej sytuacji, lecz wznosi ręce do błogosławieństwa!

On taki jest! Na Górze Oliwnej Jezus pozwala uczniom zmierzyć się z ich porażką, tchórzostwem, ucieczką, słabością. Dziś musimy przede wszystkim nauczyć się żyć w Kościele słabym, grzesznym, upadającym. Innego nie ma. Kościół jest święty, bo należy do Świętego, i grzeszny, bo doskonale znamy naszą kondycję… Powinniśmy uczyć się Kościoła słabego, grzesznego. Być może niektórych to zgorszy, ale wydaje mi się, że zbyt długo oswajaliśmy się z wizją Kościoła triumfującego. A Kościół triumfujący to wizja przyszłości: Jeruzalem Niebieskie, rzeczywistość Apokalipsy. Kościół grzeszników umie klękać, płakać i wołać: „Moja bardzo wielka wina!”. Potrafi spojrzeć w lustro i zobaczyć swą biedę.

Co zrobić, by nie zamknął się w błędnym kole samooskarżania?

Uwierzyć, że Bóg z największego zła, bagna, grzechu jest w stanie wyprowadzić dobro. Przecież niedawno śpiewaliśmy o „szczęśliwej winie, którą zgładził tak wielki Odkupiciel!”. W największych ranach, wyrwach po grzechu, Bóg sadzi ogrody. Warunkiem jest odkrywanie przed Nim tych zranień, pozwolenie na to, by ich dotknął.

Boli…

Ale jednocześnie leczy, uzdrawia! On jest delikatny. Jest w nas w miejscach, w których jesteśmy najsłabsi. Tam umiera, zmartwychwstaje. Bóg nieustannie odnawia Kościół: Ecclesia semper renovanda. Duch Święty nie pozwoli Kościołowi zgnuśnieć, pogrążyć się w bagnie grzechu. Zawsze podnosi go, odmładza, odświeża.

W Dziejach Apostolskich, jednej wielkiej manifestacji mocy Ducha, znajdujemy zgrzyt. Ananiasz i Safira skłamali wobec apostołów i… padli trupem. Czy to symbol tego, że pierwsi chrześcijanie nie wyobrażali sobie, by do ich wspólnoty wdarło się kłamstwo?

To przede wszystkim symbol Kościoła, który nie zgadza się na podwójne życie. Na zewnątrz wszystko wygląda dobrze (imię Safira oznacza piękna, Ananiasz – Jahwe jest łaskawy), ale to nie jest pełna prawda o ich kondycji… Nikt nie kazał im sprzedawać posiadłości i składać pieniędzy u stóp apostołów. Uczynili to z własnej woli. Ich grzech nie polegał nawet na tym, że zatrzymali część zarobku. Oni skłamali: „Za tyle sprzedaliśmy ziemię”. Chcieli to zataić przed Kościołem, wieść podwójne życie. Duch Święty walczy o Kościół prawdziwy, niezakłamany, czysty, niedwuznaczny. Podwójne życie rodzi śmierć. I nie chodzi jedynie o to małżeństwo z Dziejów Apostolskich, ale o mnie. Nie może być rozdźwięku między słowem a czynem, między tym, co głoszę i jak żyję. W tle tej sceny jest piękny obraz, uwieczniony znakomicie w bazylice św. Piotra: ciała Ananiasza i Safiry wynoszą młodzi ludzie. Co to oznacza? Kościół jest zawsze „świeży i młody”, jak pisał Ireneusz z Lyonu. Duch Święty nie pozwoli, by zestarzał się, zgnuśniał, uznał dwuznaczność za coś normalnego. Będzie upominał się o jego przejrzystość. Zauważmy, że w następnej scenie Dziejów chorych uzdrawia sam cień świętego Piotra! Wierzę, że oczyszczenie, które przeżywamy, jest po to, by ludzie ujrzeli w nas Kościół, którego misją nie jest osądzanie, ale uzdrawianie, dawanie życia. By mogli znaleźć w naszym cieniu uzdrowienie.

Zauważam ogromny paradoks. Furorę w sieci robi profetyczna intuicja kard. Josepha Ratzingera o Kościele przyszłości – małym, uduchowionym, pokornym zaczynie. Tyle że gdy Pan Bóg zaczął tak formować swój Kościół, wiele osób podniosło lament: „Kryzys! Kryzys!”.

Ja bardzo lubię słowo „kryzys”. (śmiech) Jest do bólu prawdziwe! Zapowiada nową jakość życia. Zachwyca mnie ta intuicja Ratzingera o Kościele jako zaczynie, małym ognisku; a nie da się przecież osiągnąć tego stanu bez solidnego oczyszczenia, doświadczenia kryzysu. Kryzys zawsze jest szansą. Więc zamiast podnosić lament: „Kryzys! Kryzys!”, wejdźmy w niego. Dajmy się poprowadzić Duchowi…

…który wyprowadza Jezusa na pustynię.

Pierwszy kryzys przeżywaliśmy, gdy wychodziliśmy na świat z łona matek. Reagowaliśmy płaczem, ale bez odcięcia pępowiny nie moglibyśmy się przecież rozwinąć. Najpiękniejszą definicją Kościoła, jaką ostatnio odkryłem u świętego Pawła w Drugim Liście do Koryntian, jest jedno słowo składające się z dwóch liter: „My”. Piękne! Proszę ludzi: nie mówcie o hierarchach, pasterzach, Kościele: „oni”, „tamci”. To ustawianie się „poza” jest bardzo niebezpieczne. Jest udawaniem, że kryzys nas nie dotyczy, że to nie nasza sprawa. A przecież by dobrze go przeżyć, powinniśmy wyjść z „wygodnej kwarantanny”, paść na kolana, otwierać Biblię, wołać… „my”, nie „oni”! Paweł w liście do Rzymian pisze, że jesteśmy „zrośnięci” z Jezusem (w tłumaczeniach czytamy „złączeni”, ale tam użyte jest bardzo mocne słowo: „zrośnięci”). Jeśli jesteśmy od chrztu zrośnięci z Jezusem, to kłócąc się, dzieląc, rozszarpujemy w pierwszej kolejności Jego ciało!

W mediach nie znajduję takiego spojrzenia. Klikam i ląduję na polu walki. A Benedykt XVI przypomniał: „Jedność Kościoła była zagrożona od wieków, ale ostatecznie zawsze przebijała się świadomość, że jest on zjednoczony i tak musi pozostać”.

Piękne słowa! Jeśli jesteśmy „zrośnięci z Jezusem”, to co nas może podzielić, skłócić? Poglądy? Partie? Ideologia? To śmieszne, groteskowe. Nie siejmy zamętu! Grzegorz Wielki, widząc napór barbarzyństwa na Rzym, wprowadził do liturgii prośbę, abyśmy byli „bezpieczni od wszelkiego zamętu”! Głoszenie słowa „poza Kościołem”, „wbrew Kościołowi”, zawsze grozi zamętem. Najmocniej obrywają najsłabsi, ci, którzy nie mają się jak obronić. Nie znają Słowa, nie czytają Biblii i nie potrafią zmierzyć się z tym siejącym zamęt nauczaniem.

W czasie pandemii do głosu doszło wielu proroków rozpaczy, zamętu. „Teraz Bóg przychodzi ze sprawiedliwością, a nie z miłosierdziem” – straszyli. Czy lęk jest językiem Pana Boga?

Nigdy! „Doskonała miłość usuwa lęk”. Bóg nigdy nie posługuje się lękiem, by nas zbawić, przyciągnąć. Odwrotnie: On wchodzi w nasze lęki, wyprowadza nas z nich. Są one żerowiskiem Złego, cierpieniem, odpryskiem grzechu pierworodnego. Lęk rodzi się zawsze z poczucia zagrożenia…

I powoduje, że kryjemy się w krzakach…

…a przecież kroki Boga są takie same! On się nie zmienił. Zmieniło się serce człowieka. Bóg przychodzi w porze łagodnego wiatru, z łaską, miłosierdziem, przebaczeniem. Woła: „Gdzie jesteś?” nie po to, by mnie potępić, osądzić, ale podnieść. Grzech powoduje, że Jego kroki odczytuję jako zagrożenie. Wchodzę w lęk i jak czytamy w Księdze Rodzaju… nie wychodzę z tych krzaków.

Pytam ludzi, jaka była reakcja Boga na grzech Adama i Ewy i słyszę: wygnał ich z raju.

A On „sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich”. Własnoręcznie uszył im solidne ubrania! Piękny gest! Bóg nie wygnał człowieka z raju (pamiętajmy, że to język Semity, w którym jest On praprzyczyną wszystkiego!). To człowiek sam wygnał siebie z ogrodu Eden. Bóg jest jak tułacz (Psalm 56!). Idzie za człowiekiem i zbiera łzy do swego bukłaka.

Jest – jak pisała Simone Weil – „wiecznym żebrakiem”.

Zapisuje w księdze nasze biedy, słabości. Stworzony świat był jak otwarta Biblia. Gdziekolwiek człowiek przed grzechem spojrzał, tam „czytał Boga”. Bóg stworzył „drugą Biblię” (tę, którą dziś czytamy) ze względu na nas. Widział, że jesteśmy chorzy, ślepi i nie potrafimy już odczytać Jego pragnień, słów, zamiarów. Dlatego stworzył „drugą Biblię”, by obmywać nam nią oczy. On nie rozmawia z nami z pozycji siły. Czytajmy Biblię, ona naprawdę „dobrze robi” na oczy.

Dlaczego uczniowie idący do Emaus nie rozpoznali Jezusa, gdy wykładał im pisma? Dlaczego Maria Magdalena pomyliła Go ze zwykłym ogrodnikiem?

Może dlatego, że byli skoncentrowani na swych wizjach? Uczniowie mówili: „A myśmy się spodziewali...”, a pochylona, zgarbiona Maria Magdalena była skupiona na swym bólu, smutku, płaczu. Przyszła po to, by namaścić ciało w grobie. Miała swój obraz Boga. Mówiła przecież: „Zabrano Pana mego!”. A On przychodzi inaczej, niż się tego spodziewamy. Jest inny, niż myślimy. Nie rozpoznasz Go, jeśli nie pozwoli ci się rozpoznać.

Nie boi się Ksiądz głosić o Nim rekolekcji? Przecież wszystkie słowa są zawsze bezradne, za małe…

Dlatego rekolekcje rozpoczynam od słów: „Słuchajcie, jeśli nie jesteście gotowi na to, by Bóg was zaskoczył, to nie jesteście gotowi na rekolekcje”. On ma na imię „Inny”! Lęk włącza się, gdy rodzi się w nas poczucie zagrożenia. Chcielibyśmy mieć Boga naszego, oswojonego, skrojonego do naszych pragnień. Chcemy mieć Boga pod kontrolą. A On nigdy na to nie pozwoli. Powtarzam często, że „wczorajszy Bóg może stać się dla mnie moim dzisiejszym bożkiem”. Nie „ja na podobieństwo Boga”, ale „On na moje podobieństwo i wyobrażenie”.

Czy pandemia nie odsłoniła w nas takiego myślenia? Zostaliśmy odarci z praktyk, zwyczajów, zewnętrzności i wielu wpadło w popłoch. „Zabrano Pana mego!”.

W czasie lockdownu, widząc nasze kłótnie, zastanawiam się, czy bardziej od samego Pana Boga nie pokochaliśmy naszych praktyk i rytuałów. Myślę, że największym problemem chrześcijaństwa nie są skandale (choć nawet jeden z nich to o jeden za dużo!), ale letniość. Wygodne rozwalenie się w fotelu, poczucie „Boga na pilota”. Jeśli nie spełnia moich oczekiwań, musi się z tego tłumaczyć…

Naprawdę Bóg „wymiotuje letnich z ust swoich”?

Apokalipsa używa bardzo mocnego sformułowania: zwymiotuję was, wyrzygam. Jan pisze do Kościoła w Laodycei. Wody, który spływały do tego miejsca z odległego o kilkanaście kilometrów Hierapolis, stawały się letnie. Autor natchniony pisze do pasterzy i przypomina im: „Nigdy nie bądźcie letni!”.

Nawiedza Księdza pokusa, że coś wymknęło się Mu spod kontroli?

Nie, nigdy. To wszystko naprawdę się dobrze skończy. Ostateczne słowo należy przecież do Niego. „Ufajcie, Jam zwyciężył świat!”. •

Ks. Krzysztof Wons

salwatorianin, rekolekcjonista, dyrektor Centrum Formacji Duchowej w Krakowie i redaktor naczelny „Zeszytów Formacji Duchowej”. Jego największą pasją jest Biblia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także