Nowy numer 24/2021 Archiwum

Druga fala zgorszenia w Kościele

Gdy na moim facebookowym profilu zamieściłem komentarz do wstrząsających wydarzeń, które w latach 1996–2000 miały miejsce w dominikańskim duszpasterstwie akademickim we Wrocławiu, w ciągu dwóch godzin odezwały się do mnie trzy kobiety. Dwie z nich to ofiary nadużyć seksualnych ze strony księży. Trzecia w tamtym czasie formowała się u wrocławskich dominikanów.

Renata (imię zmienione) tak wspomina tamten czas:  Byłam w Duszpasterstwie Akademickim we Wrocławiu. Czuję się jakby trzy centymetry ode mnie przejechał rozpędzony TIR, a mi się nic nie stało. Może uratował mnie mój wyższy wzrost? Dominikanin był niski. Dobrze też, że nie chciałam angażować się „na maksa” w DA, bo dla mnie priorytetem były studia. Dobrze, że nie byłam taka energiczna i „do przodu”, żebym się nadawała do tej grupy. Dobrze, że był wiecznie zajęty tą grupą i poszłam się wygadać do pewnego franciszkanina. Pan Bóg mnie uchronił. Chyba mam syndrom ocaleńca. Po 20 latach. Przepraszam – za bardzo się skupiam na sobie. Przecież tamte osoby naprawdę ucierpiały. Znałam niektóre z nich, choć nie mam z nimi teraz kontaktu. Wtedy miałam ostry konflikt z rodzonym ojcem. Nawet szukałam kontaktu z duszpasterzem. Dobrze, że mi się nie udało. Poszłam do franciszkanina z innego DA. Ta [dominikańska] grupa była szczelna. Nie miałam pojęcia jak drastyczne rzeczy się tam dzieją. Nie podobało mi się, że jest "lepsza" grupa, ale to był czołówka DA, najbardziej zaangażowani, więc się pogodziłam, że do nich nie należę. Światełkiem, które mi się zapaliło, był fakt, że ojciec mówił, że w klasztorze nie mogą się dowiedzieć, co się dzieje w DA. Nie podobało mi się to, ale nie miałam żadnych konkretnych, niepokojących informacji, żeby iść komuś powiedzieć. Poza tym donosicielstwo nie jest chlubnym postępkiem. Myślałam, że po prostu niektórzy z zakonników są uprzedzeni do grupy charyzmatycznej i tyle. Potem wiedziałam, że była afera, że sekta, ale byłam przekonana, że to takie pobożne pranie mózgu, a nie tak drastyczne praktyki. Włos się jeży na głowie. Myślę, że psychiatra będzie miał co robić (a może egzorcysta). Prowincjał podjął stosowne kroki prawne świeckie i kanoniczne. Ból jest wielki.

Agnieszka (imię również zmienione) nie miała tyle szczęścia: Miałam piętnaście lat. On był wikarym. Mężczyzną, który dotknął mnie w intymny sposób, pocałował. Zbliżał się powoli. Wzbudzał zaufanie. Na wiele lat zostawił rany. Blizny na zawsze zostaną. Kocham Kościół pomimo tego. To, co mi zabrano, Bóg oddał w Oazie. Tych kilka słów było mi trudno napisać. Powiem, jeszcze i to, że potem poszłam do niego do spowiedzi. Miasteczko, w którym mieszkam ma tylko jedną parafię, a wyspowiadać się u księdza proboszcza było dla mnie nie do wykonania. Wiesz co usłyszałam? „Co dla jednych jest grzechem, dla drugich być nie musi”. I podczas komunii otrzymałam sporą część dużej Hostii, a nie mały opłatek. Ksiądz wikary niedługo odszedł do innej parafii. Wiesz, jednym ze skutków tamtego wydarzenia jest to, że nie ufam księżom. Niewielu szanuję. Przy niewielu czuję się bezpiecznie. Gdyby nie formacja oazowa nie poukładałabym sobie wartości, na których mogę budować życie wiary. Dla wielu ksiądz to synonim Kościoła. Dla mnie Jezus jest Zbawicielem i drogą w Duchu do Ojca. Słowo Boże jest pokarmem, który uczy, pociesza, jest realną relacją. Eucharystia miejscem spotkania w miejscu ofiary. W Oazie poznałam przyszłego męża. Tylko ja naprawdę nie umiem o tym mówić głośno! Nie wyobrażam sobie mojej rodziny słuchającej. Mój mąż wie, ale i tak nigdy o tym nie rozmawiamy.

Dlaczego dziś przywołuję te dwa świadectwa? Bo nie przekonuje mnie argument – nawet jeśli prawdziwy – że statystycznie rzecz ujmując odsetek nadużyć seksualnych w innych zawodach (np. aktorzy, lekarze, nauczyciele) jest zdecydowanie większy; na ich tle nadużycia w Kościele to zaledwie margines. Bo nie uważam, że fakt wykorzystywania przez osoby nieprzychylne Kościołowi odsłaniającego się w nim ludzkiego zła do atakowania całej wspólnoty wierzących w Chrystusa powinien zamykać nam usta. Przeciwnie, milczenie w tej sprawie konserwuje bezkarność oprawców, pogłębia ból ofiar i powoduje, że każda taka przemilczana sprawa jeszcze bardziej godzi w wiarygodność Kościoła.

Oczywiście, daleki jestem od tego, żeby każdy przypadek wprowadzać w obieg medialny, urządzając sobie igrzyska na bólu ofiar. Świadectwa obu kobiet pokazują jednak wyraźnie coś, z czym chyba wciąż jeszcze jako społeczeństwo nie mamy właściwego kontaktu: sfera ludzkiej intymności to coś ogromnie delikatnego i wrażliwego. Nadużycia w tym wymiarze, niezależnie przez kogo dokonane, pozostawiają ogromne, niegojące się rany i zazwyczaj potrzeba wielu lat modlitwy oraz psychoterapii, żeby móc po takiej krzywdzie normalnie funkcjonować. Dlatego nie może być zgody na to, aby seksualne skrzywdzenie bagatelizować, marginalizować czy ukrywać. Kocham Kościół całym sercem i wierzę, że jestem w nim mocno osadzony. Dlatego potrafię odróżnić w Kościele to, co jest świętością Boga, od tego, co jest ohydą ludzkiego grzechu. To prawda, że to drugie boli. Nie uważam jednak, że lekarstwem na ból – tym bardziej na cierpienie skrzywdzonych – jest jakiekolwiek tuszowanie zła, aby nie narażać się na krytykę i nie skalać wizerunku instytucji. Niestety, takie właśnie myślenie wciąż jeszcze przyświeca wielu katolikom.

Tymczasem obrona Kościoła to nie pudrowanie jego oblicza, bo on nie potrzebuje takich upiększeń; to stawanie po stronie ofiar, a więc sprzeciwianie się złu. Nie mam złudzeń. Kościół święty świętością Boga jest zarazem grzeszny grzesznością swych członków. Zawsze tak było i zawsze będzie. Oczywiście, dążymy do świętości i oby zgorszeń było jak najmniej – zwłaszcza wśród duchownych, którzy w szczególny sposób mają być znakiem Boga. Nie łudźmy się jednak, że uda się nam zło całkowicie zlikwidować. Możemy jednak je zmniejszyć, a przede wszystkim w sposób właściwy na nie reagować. Jestem przekonany, że w tym właśnie Kościół jako instytucja powinien i może stać się przykładem dla świata, otwarcie nazywając nieprawość, skutecznie karząc sprawców, wdrażając przejrzyste praktyki, a przede wszystkim – otaczając troską ofiary.

Ostatnie lata przyniosły wiele zgorszeń w związku ze skandalami pedofilskimi. To, co wydarzyło się u wrocławskich dominikanów jest de facto przejawem drugiej fali tego zgorszenia, która obecnie również daje o sobie znać. Chodzi mianowicie o nadużycia seksualne w stosunku do dorosłych kobiet – zwłaszcza tych z trudną przeszłością, skrzywdzonych, poszukujących wsparcia. Jakże łatwo je zranić, wykorzystać, uwikłać w toksyczne zależności i pod płaszczykiem quasi-duchowości sprowadzić na dno psychicznego piekła. Niezależnie od tego, jaka jest faktyczna skala takich przypadków, jedno wiem na pewno – instytucja Kościoła musi na nie we właściwy sposób reagować. Albo wyciągniemy lekcję ze skandalu pedofilii, albo już wkrótce okaże się, że Kościół w Polsce stanie się historycznym reliktem. I paradoksalnie nie tyle przez to, co zostało w nim uczynione tym najmniejszym, ile przez to, co uczynione nie zostało.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksander Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, członek Rady ds. Apostolstwa Świeckich KEP, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także